Podczas rozwodu żona powiedziała: „Weź wszystko!” – rok później mąż gorzko pożałował, iż jej uwierzy…

newsempire24.com 2 godzin temu

Podczas rozwodu żona powiedziała: Weź wszystko! a rok później mąż żałował, iż jej uwierzył

Grażyna patrzyła na papiery spokojnie. Jakoś choćby nie czuła złości.

Czyli zdecydowałaś się na dobre? Jerzy spoglądał na żonę z ledwo skrywanym poirytowaniem. No i co teraz? Jak to podzielimy?

Grażyna podniosła wzrok. W jej oczach nie było ani łez, ani błagania tylko upór, który pojawił się po bezsennej nocy spędzonej na rozmyślaniach, ile własnego życia adekwatnie straciła.

Zabierz wszystko powiedziała cicho, ale zdecydowanie.

Wszystko, czyli co? Jerzy zmrużył oczy podejrzliwie.

Mieszkanie, działkę, samochód, konta. Wszystko objęła w powietrzu ręką. Ja niczego nie chcę.

Żartujesz sobie? już się uśmiechał. To jakaś Twoja wiesz kobieca sztuczka?

Nie, Jurek. Ani żart, ani podstęp. Trzydzieści lat odkładałam swoje życie na półkę. Trzydzieści lat prałam, gotowałam, sprzątałam, czekałam. Trzydzieści lat słyszałam, iż podróże to marnotrawstwo i iż moje zainteresowania są śmieszne, a marzenia to mrzonki. Wiesz, ile razy chciałam nad morze? Szesnaście. Wiesz, ile pojechaliśmy? Dwa. I za każdym razem narzekałeś, iż po co, iż drogo.

Jerzy parsknął śmiechem.

No proszę, znowu swoje. Przecież mieliśmy dach nad głową, było co włożyć do garnka

Było, przytaknęła Grażyna. Teraz będziesz miał jeszcze i wszystko inne. Gratuluję wygranej.

Prawnik nie krył zaskoczenia, przysłuchując się tej scenie. Był przyzwyczajony do łez, krzyków, rzucania talerzami czy kłótni o meblościankę. Ale tu ona po prostu oddaje wszystko, za co ludzie zwykle toczą wojny do ostatniej łyżki.

Pani wie, co robi? odezwał się niepewnie do Grażyny. Przepisy są jasne: połowa wszystkiego się pani należy.

Wiem uśmiechnęła się lekko. Jakby zrzuciła ciężki plecak. I wiem też, iż połowa pustego życia, to dalej tylko puste życie, trochę mniejsze.

Jerzy z ledwością tłumił triumf. Czegoś takiego się nie spodziewał. Miał planować negocjacje, groźby, drobne manipulacje. A tu taki los nawoził pod nogi.

No, wreszcie rozsądek! zaklaskał w stół. W końcu sama rozumnie podeszłaś.

Nie myl rozsądku z uwolnieniem, Grażyna mruknęła i złożyła podpis.

Wracali jeszcze razem samochodem, ale jakby jechali na innych planetach.

Jerzy coś sobie podśpiewywał pod nosem chyba jakąś starą harcerską piosenkę. Samochód podskakiwał lekko na dziurach, a jego gwizd znikał w szumie silnika.

Grażyna go nie słuchała. adekwatnie świat wokół ginął w tle, bo wzrok miała wbity w brudnawe szyby, za którymi migały wesoło świerki i sosny, a dusza zatrzepotała nagle, lekka jak ptak tuż przed pierwszym lotem.

Dziwne to uczucie: zwykła droga, zmęczony wieczór, i nagle ogromna przestrzeń w środku. Ciężki kamień nagle się ulotnił. Grażyna uśmiechnęła się cicho, dotknęła zimnego policzka i pomyślała: to właśnie wolność…

Człowiekowi czasem wystarczy tylko sekunda, jedno spojrzenie za okno na drzewa uciekające w dal żeby życie zaczęło smakować dawno zapomnianymi kolorami.

Trzy tygodnie później Grażyna stała pośrodku wynajętego mieszkanka w Piasecznie.

Pokoik był skromny: tapczan, szafa, stół, małe radio. W oknie pyszniły się dwie doniczki z fiołkami pierwszy własny zakup w nowym miejscu.

Oszalałaś naprawdę głos syna Michała w słuchawce brzmiał wyraźnie rozdrażniony. Zostawiłaś wszystko i wywiozłaś się do tej dziury?

Nie zostawiłam, synku odpowiedziała spokojnie Grażyna. Zostawiłam za sobą. To zupełnie inna sprawa.

Mamo, a tata mówi, iż ty mu wszystko oddałaś z własnej woli. On teraz choćby działkę chce sprzedać mówi, po co mu tyle zachodu samemu.

Grażyna uśmiechnęła się do siebie w lusterku wiszącym na ścianie. Od tygodnia miała nową fryzurę, której nigdy nie odważyłaby się nosić przy Jurku. “Za młodzieżowo”, “niepoważnie”, “co powiedzą sąsiedzi” te teksty brzmiały znajomo.

Niech sprzedaje wzruszyła ramionami. Twój ojciec nigdy nie miał problemów z zarządzaniem majątkiem.

A ty? Z niczym, z pustymi rękami?

Z najważniejszym, Michał. Z własnym życiem. I wiesz co? W wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat można je zacząć od nowa.

Grażyna podjęła pracę jako recepcjonistka w prywatnym domu spokojnej starości. Było ciężko, ale ciekawie. Najważniejsze poznała nowych ludzi i miała czas wyłącznie dla siebie.

Jerzy tymczasem pławił się w swojej wygranej.

Przez dwa pierwsze tygodnie chodził po mieszkaniu niczym król nowej fortecy, rozkoszując się posiadaniem całości. Nikt już nie krzyczał, nie marudził o skarpetkach na podłodze, o brudnej patelni.

Ty to masz szczęście, Jurek! mówił kumpel Stasiu, popijając żubrówkę na kuchni. Jedni połowę albo i więcej tracą, a ty? Człowieku, masz wszystko: mieszkanie, działkę, fura…

A no, napuszył się Jerzy. Grażyna w końcu poszła po rozum do głowy. Bezemnie sobie nie poradzi, zobaczysz.

Ale pod koniec pierwszego miesiąca euforia zaczęła zamieniać się w kłopoty.

Czyste koszule kończyły się w szafie w tajemniczych okolicznościach. Lodówka ziejąca pustką, a ugotowanie zupy okazało się większą sztuką niż podanie w siatkówce. Koledzy z pracy zaczęli się dopytywać, czy wszystko w domu gra.

Coś pan mizerny, panie Jerzy zauważył szef z delikatnym współczuciem. Coś się stało?

Wszystko cacy Jerzy próbował się uśmiechnąć kwadratowo. Po prostu parę organizacyjnych zmian w domu.

Pewnego wieczoru otworzył lodówkę: ketchup, dwie parówki, otwarta butelka mineralnej i serek topiony. W brzuchu zaburczało, przypominając, iż rano było tylko pół sucha z serem.

Kurde no burknął, zamykając lodówkę z impetem. Tak to dłużej nie pociągnę…

Zamówił oczywiście jedzenie z dostawą bo kto by tu gotował. Zerkając na kartki z rachunkami, nagle ogarnął go zimny pot: czynsz, prąd, gaz, internet, karty…

Wcześniej takie sprawy istniały gdzieś w tle, jakby były poboczem życia. Gdy żyje się z kimś pod jednym dachem, byt sam się ogarnia. Człowiek nie zauważa kosztów po prostu funkcjonuje.

Dzwonek do drzwi wyrwał go z zamyślenia.

Dzień dobry, pięćdziesiąt siedem złotych czterdzieści groszy monotonnym głosem wyrecytował dostawca.

Za co, proszę pana?! Za te dwie pyzy i wodę?

Normalna cena, proszę pana wzruszył ramionami kurier, widząc kolejne zaskoczenie dnia.

Zapłacił, usiadł przy stole i popatrzył po pustym mieszkaniu. choćby lodówka buczała jakoś samotnie. Modne lampy, kolekcja kieliszków, szklane bibeloty rzeczy, o których kiedyś marzył, teraz wyglądały jak eksponaty w muzeum niepotrzebnych gratów. Zimno. Pusto. W tej swojej fortecy poczuł się jak cień.

A tymczasem Grażyna stała na plaży w Międzyzdrojach, wystawiając twarz do słońca i słonej bryzy.

Wokół hałasowała grupa radosnych weteranów życia lokalny klub seniorów ogarnął tygodniowy wyjazd nad Bałtyk. Po raz pierwszy podróż bez słuchania, iż tracimy kasę, bez wiecznego narzekania, ile można by zaoszczędzić, siedząc w domu.

Graża, dawaj! Fotka grupowa! zawołała świeża koleżanka, Zdzisława, energiczna wdowa po sześćdziesiątce, którą poznały się na zajęciach plastycznych.

Grażyna z euforią pobiegła do grupy, wszyscy ustawili się do zdjęcia. Kto by pomyślał, iż w tym wieku można założyć kolorową sukienkę, rozpuścić włosy i śmiać się jak nastolatka!

Teraz selfie, panie i panowie! rozkazała Zdzisława, wyjmując kijek. Wrzucimy na Facebooka!

Wieczorem, siedząc w pokoju hotelowym, Grażyna oglądała zdjęcia. Na nich promienna kobieta z uśmiechem niemal siebie nie poznawała. Kiedy zniknęła ta wieczna zmarszczka na czole? Kiedy ramiona się rozprostowały?

Wypadałoby wrzucić do neta mówiła do siebie i, wahając się sekundę, opublikowała kilka fotek na swoim kurzem pokrytym profilu.

W tym samym czasie Jerzy prowadził samotną walkę z przeciekającą rurą pod zlewem. Woda zalała całą kuchnię, szafka do śmieci, hydraulik oznajmił z powątpiewaniem: Takich już nie naprawiają, trzeba wymieniać całość.

No pięknie! klął Jerzy, wycierając kałużę starym ręcznikiem. Gdzie, do cholery, mam numer do dobrego fachowca? Grażyna zawsze wszystko wiedziała.

Dotarło do niego, iż żona znała w pamięci dziesiątki numerów od ślusarza po fryzjera, od ulubionego mięsnego do solidnego szewca. Ten niewidzialny szkielet domowego spokoju runął został sam z kranami i kłopotami, które dotąd znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Głupia rura! wrzucił mokry ręcznik do kosza. Gotować trzeba, sprzątać trzeba, a tu jeszcze ta cholerna praca…

Kiedy wreszcie odetkał wodę i posprzątał bajzel, przypomniał sobie o Facebooku. Z nudów zaczął przewijać aktualności i zamarł: na ekranie widniała rozpromieniona Grażyna na tle morza. Sukienka w kwiaty, nowa fryzura, szczęście w oczach?

Co jest grane powiększył zdjęcie. Przecież ona wyjechała, bez niczego praktycznie!

Pod postem mnożyły się komentarze:

Grażynko, młoda jak nastolatka!

Pięknie wyglądasz!

Morze ci służy!

Przewinął dalej jeszcze więcej. Spotkania w bibliotece, malowanie w parku, Grażyna z bukietem polnych kwiatów.

Cuda się dzieją rzucił pod nosem i spojrzał po pustej kuchni, gdzie talerze udają cmentarzysko. Przecież ona miała cierpieć beze mnie…

Kilka dni później na działce zaczął przeciekać dach. Nadciągała burza, trzeba było zakryć strych jakąś folią.

Stachu, ratuj! błagał przez telefon. Chociaż gwoździe podrzuć, sam nie dam rady!

Wiesz, Jurek, westchnął kumpel moja teściowa w szpitalu, muszę być przy niej. A co, Grażyny nie zawołasz? Zawsze ci pomagała!

Ona Jerzy zaklął pod nosem wyjechała.

Ale dokąd? Stachu nie krył zaskoczenia.

Po prostu wyjechała. Dam radę sam.

No właśnie, dam radę Deszcz bębnił w blaszany dach, gdy próbował sam nałożyć folię. Noga poślizgnęła mu się nagle, zsunął się i wylądował z jękiem na ziemi.

Skręcenie, miał pan szczęście powiedział młody lekarz w szpitalu. Mogło być gorzej. Tydzień w domu, noga w górze.

Tydzień? Kto mi dach naprawi?

To już pański problem lekko wzruszył ramionami lekarz. Może żona pomoże?

Odpowiedział milczeniem.

Trzy dni snuł się o kulach po pustym mieszkaniu, kończąc zapasy drogiego żarcia z dostawy. Gotowanie na jednej nodze okazało się wyższą szkołą jazdy.

Czwartego dnia zadzwonił do syna:

Michał, hej, wszystko ok?

Spoko, tato Co się stało?

Nic Tak tylko nogę trochę uszkodziłem. Wpadniesz, pomożesz staruszkowi?

Cisza.

Przepraszam, tata, delegacja w Gdańsku jeszcze trzy dni.

E tam dam radę

A może mamę poprosisz? Ona by ci

NIE! przerwał mu Jerzy szybko. Po co jej zawracać głowę. Świetnie sobie radzę.

Odłożył telefon z impetem. I choćby teraz nie umiał przyznać, jak bardzo tęskni. Zawsze sądził, iż wszystko dzieje się samo, niejako w tle a Grażyna po prostu wszystko ogarniała dyskretnie. Teraz docierało do niego, ile trudu wkładała, żeby dom był domem.

Po półtora tygodnia pozbył się kul. Pojechał na działkę oceniać straty po ulewie. Widok był przygnębiający plamy grzyba na suficie, ich ulubiona kanapa do wymiany, zapach wilgoci w powietrzu. Jabłonie, którymi zawsze opiekowała się Grażyna, zarastały chwastami. Ścieżki, które dawniej układała z kamieni, prawie zniknęły w zielsku.

Wracając, zatrzymał się na stacji i zamówił barszcz i kompot. Już od pierwszej łyżki poczuł gula w gardle barszcz był bez smaku i kwaśny, zupełnie nie ten, co u Grażyny.

Wszystko w porządku, panie? zagadnęła kelnerka z troską.

Tak tak nie potrafił odpowiedzieć inaczej. Jak wytłumaczyć, iż zwykła miska barszczu wywołała lawinę wspomnień całego życia?

W domu długo patrzył na zdjęcia na półce. On i Grażyna młodzi na tle Zamku Królewskiego w Warszawie. Zdjęcie z przyjęcia, Michał jeszcze przedszkolak. Jubileusz dwudziestolecia ślubu

Ależ ja jestem głupi, wyszeptał, patrząc na uśmiechniętą żonę z dawnych lat.

Zebrał się w sobie, złapał za telefon i napisał wiadomość. Ale odpowiedź była całkiem inna, niż oczekiwał.

Grażyna mieszkała już nad morzem, wśród wesołych znajomych, z muzyką i prawdziwym życiem, które należało wreszcie tylko do niej.

Mając prawie sześćdziesiątkę, Grażyna zaczęła żyć naprawdę.

Idź do oryginalnego materiału