Z życia wzięte. "Córka podrzuca mi wnuki w każdy weekend bez pytania": Gdy raz odmówiłam, bo źle się czułam, nie odzywa się do mnie od miesiąca

zycie.news 2 godzin temu

Kiedy na świat przyszły dzieci mojej córki, Klaudii, czułam, iż moje życie nabrało nowych barw. Przez pierwsze lata pomagałam z euforią – gotowałam zupki, spacerowałam godzinami, cieszyłam się każdą chwilą. Ale z czasem „pomoc” stała się obowiązkiem, a moja euforia – darmową usługą dostępną 24 godziny na dobę.

Klaudia zaczęła traktować mój dom jak świetlicę. W każdy piątek wieczorem, bez pytania, w progu stawały dzieci z torbami. „Mamo, musimy z mężem odpocząć”, „Mamo, mamy wyjście”, „Mamo, przecież ty i tak siedzisz w domu”. Nikt nie pytał, czy mam plany, czy bolą mnie plecy, czy po prostu chcę poczytać książkę w ciszy.

Mijały miesiące. Czułam się coraz bardziej zmęczona. Mam sześćdziesiąt pięć lat i choć kocham wnuki nad życie, ich energia czasem mnie przerasta. W ostatni czwartek obudziłam się z potwornym bólem kręgosłupa i zawrotami głowy. Ledwo doszłam do kuchni, by zaparzyć herbatę.

Kiedy o osiemnastej zadzwonił telefon, a w słuchawce usłyszałam radosne: „Mamo, będziemy za pół godziny, podrzucimy dzieciaki, bo lecimy na kolację ze znajomymi”, coś we mnie pękło.

— Klaudia, kochanie, nie gniewaj się, ale dziś naprawdę nie dam rady. Bardzo źle się czuję, ledwo stoję na nogach. Muszę odpocząć — powiedziałam cicho, licząc na odrobinę zrozumienia.

W słuchawce zapadła lodowata cisza. Potem usłyszałam głos mojej córki, ale nie był to głos pełen troski. Był ostry i pełen pretensji.

— Żartujesz sobie? Mamy rezerwację od miesiąca! Co ja mam teraz zrobić z dziećmi? Jesteś straszną egoistką, mamo. My ciężko pracujemy cały tydzień, a ty nam żałujesz tych kilku godzin? Inne babcie błagają o czas z wnukami, a ty robisz fochy!

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, rozłączyła się. Myślałam, iż ochłonie, iż zadzwoni rano zapytać, jak się czuję. Ale telefon milczał w sobotę, w niedzielę i przez cały kolejny tydzień. Minął miesiąc.

Próbowałam dzwonić – odrzuca połączenia. Pisałam SMS-y: „Klaudia, tęsknię za wami, jak się czują dzieci?”. Zero odpowiedzi. Od sąsiadki dowiedziałam się, iż Klaudia opowiada w rodzinie, jaka to jestem „trudna” i jak bardzo „zawiodłam ją w potrzebie”.

Siedzę w moim cichym mieszkaniu i patrzę na zabawki, które wciąż leżą w kącie pokoju. Serce mi pęka, bo tęsknię za wnukami, ale jednocześnie czuję straszny żal. Czy trzydzieści lat mojego poświęcenia, wychowania jej i pomagania we wszystkim, warte jest mniej niż jedna odwołana kolacja w restauracji?

Zrozumiałam najsmutniejszą rzecz: dla mojej córki nie jestem matką, którą warto odwiedzić, by zapytać o zdrowie. Jestem tylko wygodnym narzędziem. Kiedy narzędzie się zepsuło i przestało służyć, zostało wyrzucone na stertę zbędnych rzeczy.

Najbardziej boli mnie myśl, co ona mówi dzieciom. Że babcia ich nie chce? Że babcia jest chora psychicznie? Ten szantaż emocjonalny to najgorsza kara, jaką dziecko może wymierzyć rodzicowi.

Idź do oryginalnego materiału