Na rozwodzie żona powiedziała: „Weź wszystko!” a po roku mąż żałował, iż uwierzył
Danuta patrzyła na dokumenty bez śladu emocji. choćby złość gdzieś wyparowała.
Czyli naprawdę się zdecydowałaś? zapytał Janusz z ledwie skrywaną irytacją. I co teraz? Jak to podzielimy?
Danuta uniosła wzrok. Nie było w jej oczach łez ani błagania tylko pewność, która zrodziła się po długiej, bezsennej nocy pełnej refleksji nad straconym życiem.
Weź wszystko powiedziała cicho, ale stanowczo.
Co znaczy „wszystko”? Janusz zmrużył oczy podejrzliwie.
Mieszkanie, działkę, samochód, oszczędności. Wszystko zrobiła ręką szeroki gest. Niczego nie chcę.
Żartujesz sobie? na twarzy pojawił mu się uśmiech. To jakiś kobiecy podstęp?
Nie, Janku. Ani żarty, ani podstępy. Trzydzieści lat odkładałam siebie na później. Trzydzieści lat prałam, gotowałam, sprzątałam, czekałam. Trzydzieści lat słyszałam, iż podróże to rozrzutność, a moje pasje to fanaberie, iż moje marzenia to głupstwa. Wiesz, ile razy marzyłam o wypadzie nad morze? Dziewiętnaście. A wiesz, ile razy pojechaliśmy? Trzy. I za każdym razem narzekałeś, iż drogo i niepotrzebnie.
Janusz prychnął pod nosem.
Znowu zaczynasz Przecież mieliśmy dach nad głową, obiad na stole.
Tak, mieliśmy skinęła głową Danuta. Teraz będziesz miał i wszystko inne. Gratuluję zwycięstwa.
Prawnik patrzył z niedowierzaniem. Był przyzwyczajony do łez, krzyków, wzajemnych oskarżeń. Ale ta kobieta oddawała bez walki to, o co inni biją się do ostatniej chwili.
Czy pani wie, co robi? zapytał cicho. Zgodnie z prawem należy się pani połowa wspólnego majątku.
Wiem uśmiechnęła się lekko, jakby zrzuciła z pleców niewidzialny ciężar. Ale wie pan, połowa pustego życia to wciąż tylko puste życie w miniaturze.
Janusz ledwo ukrywał triumf. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Myślał, iż będą się licytować, może choćby grozić, manipulować. A tu los się do niego uśmiechnął!
O, to się nazywa dorosłość! klepnął w stół. Wreszcie przemówił rozsądek.
Nie myl rozsądku z wolnością odpowiedziała cicho Danuta i podpisała papiery.
Wracali jednym samochodem, ale jakby byli z innych światów.
Janusz cicho nucił coś pod nosem chyba dawną piosenkę harcerską. Samochód lekko się kołysał na dziurach, przez chwilę jego gwizd rozbrzmiewał w przestrzeni, to nagle gasł.
Danuta nie słuchała adekwatnie niemal nie słyszała niczego wokół, wpatrując się w matową szybę, za którą migały wesołe świerki i sosny. Wewnątrz czuła się lekka, jak ptak zlatujący z gniazda po raz pierwszy.
Jak to dziwne: zwykła droga, zmęczony wieczór, a tu uczucie jakby wolna przestrzeń otworzyła się w sercu. Ciężki kamień po latach zniknął. Danuta dotknęła zimnego policzka i pomyślała: to właśnie jest wolność…
Czasem człowiekowi potrzeba sekundy, by przez szybę zobaczyć uciekające drzewa i zrozumieć, iż wszystko może się odmienić.
Po trzech tygodniach Danuta stała pośrodku ciasnego pokoiku w Ciechanowie.
Wynajęte mieszkanie było skromne: łóżko, szafa, stół, mały telewizor. Na parapecie kwitły dwa fiołki pierwsza własnoręcznie kupiona rzecz w nowym życiu.
Naprawdę zwariowałaś głos syna Pawła w słuchawce brzmiał z wyraźnym rozdrażnieniem. Zostawiłaś wszystko i wyjechałaś do jakiegoś zadupia?
Nie zostawiłam, synu spokojnie poprawiła Danuta. Odeszłam. To różnica.
Mamo, ale jak to? Tata mówi, iż oddałaś mu wszystko bez żadnego sprzeciwu. Teraz choćby działkę chce sprzedać stwierdził, iż dla jednego za dużo zachodu.
Danuta uśmiechnęła się do siebie w niewielkim lusterku nad stołem. Od tygodnia nosiła nową, krótką fryzurę, na którą nigdy by się nie odważyła, gdy był przy niej Janusz. „Zbyt młodzieżowa”, „co ludzie powiedzą” te słowa wracały jej echem.
Niech sprzedaje wzruszyła ramionami. Tata zawsze miał talent do handlowania.
A ty? Nic ci nie zostało!
Zostało mi to, co najważniejsze, Paweł. Moje życie. Wyobraź sobie w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat można zacząć je od nowa.
Zaczęła pracę jako recepcjonistka w małym prywatnym domu spokojnej starości. Praca była trudna, ale interesująca poznała nowych ludzi, miała czas, którym mogła dowolnie dysponować.
Janusz oddawał się triumfowi.
Pierwsze dwa tygodnie paradował po mieszkaniu jak właściciel dworu, rozkoszując się świadomością posiadania. Już nikt mu nie zwróci uwagi na porzucone skarpetki czy bałagan w kuchni.
Ale masz szczęście, Janek popijał koniak jego przyjaciel Zdzisław w kuchni. Jedni tracą połowę, inni więcej, a ty jesteś ustawiony mieszkanie, działka, samochód wszystko twoje.
Zgadza się uśmiechał się samolubnie Janusz. Danusia wreszcie zachowała się rozsądnie. Pewnie zrozumiała, iż beze mnie przepadnie.
Po miesiącu euforia ustąpiła pierwszym trudnościom.
Czyste koszule kończyły się podejrzanie szybko. Lodówka zionęła pustką. Przygotowanie obiadu okazywało się znacznie trudniejsze niż wyglądało. W pracy koledzy zaczęli zauważać, iż Janusz wygląda coraz bardziej niechlujnie.
Coś mizernie wyglądasz, Januszu zauważył kierownik. Wszystko w domu okej?
Świetnie skwitował Janusz. Po prostu mam teraz małą rewolucję w życiu.
Pewnego wieczoru otworzył lodówkę znalazł tylko musztardę, serek topiony i niedopitą butelkę mineralnej. Głód dał się we znaki rano jadł zaledwie kromkę chleba z margaryną.
Do cholery mruknął pod nosem, trzaskając drzwiczkami. Tak się nie da. Trzeba coś wymyślić.
By nie myśleć o głodzie, gwałtownie zamówił jedzenie jak tu inaczej, gdy lodówka pusta jak pole zimą. Gdy czekał na dostawcę, przeglądał rachunki. Nagle liczby przytłoczyły go jak kubeł zimnej wody: czynsz, prąd, internet, abonament
Dawniej to była tylko szarzyzna w tle, problem z innego świata. o ile ktoś był obok, życie szło jakby samo. I wydatków się nie dostrzegało.
Zadzwonił domofon dostawca wręczył mu torbę i terminal.
Sto szesnaście złotych oznajmił spokojnie chłopak.
Ile?! Janusz aż zakrztusił się kluczami. Za gulasz i wodę?
Takie ceny teraz wzruszył ramionami z wytrenowaną uprzejmością.
Janusz zapłacił i usiadł w kuchni. Cisza. choćby lodówka buczała nieprzyjemnie, jakby też czuła się samotna. Mieszkanie duże, nowoczesne, z tym wszystkim, co niegdyś określał jako cel Teraz było jak poczekalnia. Zimne, puste, nieprzyjazne. Jakby wiatr hulakał po korytarzach i w jego duszy.
Tymczasem Danuta stała na brzegu Bałtyku, wystawiając twarz do słońca i wilgotnej bryzy.
Wokół rozmawiała grupa aktywnych emerytów klub zorganizował tygodniowy wyjazd do Władysławowa. Po raz pierwszy podróżowała bez narzekania, bez wyliczania, ile można by zaoszczędzić, zostając w domu.
Danusia, chodź na zdjęcie! zawołała nowa przyjaciółka Jadwiga, energiczna wdowa, z którą poznały się na warsztatach malarskich.
Danuta radośnie pobiegła do grupy, ustawiającej się do wspólnej fotografii. Kto by pomyślał, iż mając prawie sześćdziesiąt lat można nosić barwną sukienkę, rozpuścić włosy i śmiać się jak dziewczyna?
Teraz selfie! zarządziła Jadwiga, wyciągając kijek. Musimy wrzucić zdjęcia do naszej grupy!
Wieczorem Danuta oglądała zdjęcia w hotelowym pokoju. Była tam kobieta o promiennych oczach, szerokim uśmiechu prawie jej nie poznawała. Zmarszczka z czoła zniknęła, ramiona się wyprostowały, ruchy stały się jakieś lżejsze.
Powinnam to wrzucić na fejsa powiedziała sama do siebie i po chwili zawahania wrzuciła kilka zdjęć na niemal zapomniany profil.
W tym czasie Janusz walczył z cieknącą rurą w kuchni. Woda zalała podłogę, zniszczyła szafkę, a wezwany hydraulik powiedział bez emocji: „starocie, cały pion do wymiany”.
Do diabła! przeklinał Janusz, zbierając szmatą wodę. Gdzie ten numer do hydraulika? Danuta zawsze wiedziała, kogo wezwać.
Uświadomił sobie nagle, iż żona pamiętała tysiące numerów od hydraulika po sprawdzoną fryzjerkę, od zaufanego rzeźnika po dobrego szewca. Cała ta krucha konstrukcja komfortu rozpadła się w jednej chwili.
Głupia rura! z wściekłością cisnął mokrą ścierką w kąt. Tu trzeba ugotować, uprać, jeszcze ta cholerna robota
Gdy wreszcie usunął awarię, wszedł na Facebooka dla zabicia czasu. Przeglądał zdjęcia i nagle zamarł na ekranie zobaczył Danutę nad morzem. W kolorowej sukience, z nową fryzurą, uśmiechniętą. Szczęśliwą?
Co za absurd wyszeptał, powiększając zdjęcie. Ona pojechała w siną dal, mając prawie nic?
Komentarze pod zdjęciem nie pomagały:
„Danusiu, jaka Ty młoda na tym zdjęciu!”
„Wyglądasz cudnie, przyjaciółko!”
„Nad morzem Ci do twarzy!”
Przeglądał dalej zdjęcia ze spotkań w bibliotece, grupka ludzi z malarskimi sztalugami w parku, Danuta z naręczem polnych kwiatów, siedząca na ławce.
Co jest grane? odłożył telefon, spojrzał na brudne gary w pustej kuchni. Przecież miała miała
Nie mógł dokończyć zdania, bo nagle zrozumiał naprawdę myślał, iż Danuta będzie cierpieć bez niego, bez tego wszystkiego, co on uznawał za ważne. ale na tych zdjęciach była inna kobieta wolna i pogodna.
Kilka dni później na działce przeciekł dach. Szła burza, trzeba było okryć strych folią.
Zdzisiek, ratuj! zadzwonił dramatycznie. Przywieź gwoździe, sam nie dam rady.
Przykro mi, Janku odpowiedział przyjaciel. Teściowa w szpitalu, dyżuruję przy niej. Może żonę poproś? Danusia zawsze ci pomagała.
Ona Janusz zmieszał się. Wyjechała.
Jak wyjechała? zapytał Zdzisiek zdziwiony. Gdzie?
Po prostu wyjechała urwał Janusz. Dobra, poradzę sobie.
Było trudniej niż myślał. Deszcz bębnił w dach, a on przeklinając próbował rozciągać folię. Noga mu się omsknęła i zjechał z dachu z okrzykiem. Ból w kostce był ostry.
Skręcenie, na szczęście nie złamanie powiedział młody lekarz na izbie przyjęć. Proszę odpoczywać tydzień, trzymać nogę wyżej.
Tydzień?! A kto mi naprawi dach? Przecież leje!
To pana problem wzruszył ramionami lekarz, wypisując receptę. Niech żona pomoże.
Janusz ugryzł się w język.
Trzy dni spędził sam, poruszając się po mieszkaniu o kulach. Zamówione jedzenie się skończyło, a poza tym kosztowało sporo. Próbował ugotować coś sam, ale na jednej nodze prawie się przewrócił.
Czwartego dnia nie wytrzymał i zadzwonił do syna.
Cześć, Paweł zagadnął na siłę wesołym tonem. Co słychać?
W porządku, tato odpowiedział Paweł, a w głosie pobrzmiewał dystans. Coś się stało?
Nie, tylko noga mi ucierpiała, może byś wpadł, pomógł staruszkowi?
Cisza.
Przepraszam, tato, jestem w Gdańsku na delegacji. Wrócę za trzy dni.
A no trudno rozczarowanie dusiło w gardle. Dam sobie radę.
Może zadzwonisz do mamy? Ona
Nie! przerwał ostro Janusz. Po co? Sam świetnie sobie radzę.
Rzucił telefon na tapczan. Głupia duma nie pozwalała przyznać, iż tęskni za Danutą, za jej troską, za jej obecnością. Kiedyś nie dostrzegał, ile robiła bo wszystko działo się niewidocznie, bez słowa o podziękowania.
Po tygodniu Janusz ruszał już bez kul. Pojechał na działkę sprawdzić szkody po ulewie. Widok był przygnębiający na suficie pojawiły się plamy pleśni, kanapa przemokła, powietrze było stęchłe.
Przeklęty los usiadł smutny na zarośniętej ławce.
Jabłonie, którymi zawsze opiekowała się Danuta, zarosły. W wysokiej trawie zginęły kiedyś uporządkowane ścieżki. Wszystko wydawało się osierocone bez jej rąk.
W drodze powrotnej zatrzymał się na modlony do stacji bar. Zmęczony i zły zamówił barszcz i kompot. Już po pierwszej łyżce poczuł ścisk w gardle zupa była kwaśna, bez smaku zupełnie nie jak ta Danuty.
Wszystko w porządku? zapytała troskliwie kelnerka.
Tak, tylko nie umiał odpowiedzieć. Jak wyrazić, iż zwykły barszcz przypomina o całym utraconym życiu?
W domu długo siedział w ciszy, patrzył na stare zdjęcia na półce. Tu z Danutą młodzi, uśmiechnięci na tle Zamku Królewskiego. Tu zdjęcie rodzinne, gdzie Paweł jeszcze mały. Tu dwudziesta rocznica ślubu
Głupi ja wyszeptał na starym zdjęciu uśmiechniętej żony.
Zebrał się na odwagę i napisał wiadomość. Odpowiedź była zupełnie inna niż się spodziewał.
Danuta przeniosła się do miasteczka nad Bałtykiem. Otaczały ją nowe znajomości, muzyka, śmiech i prawdziwe życie, które po raz pierwszy należało tylko do niej.
Po niemal sześćdziesięciu latach wreszcie naprawdę zaczęła żyć.















