Podczas rozwodu żona powiedziała: „Weź wszystko!” — a po roku mąż gorzko pożałował, iż jej uwierzył Natalia patrzyła na dokumenty ze spokojem. Dlaczegoś choćby nie czuła złości. – Czyli jednak się zdecydowałaś? – Włodzimierz spoglądał na żonę z ledwo skrywaną irytacją. – I co teraz? Jak będziemy dzielić? Natalia podniosła wzrok. W jej oczach nie było łez ani próśb – tylko pewność, która pojawiła się po nieprzespanej nocy wypełnionej refleksją nad straconą młodością. – Zabierz wszystko – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Co to znaczy wszystko? – Włodzimierz zmrużył oczy z niedowierzaniem. – Mieszkanie, działkę, samochód, konta. Wszystko – wskazała gestem przestrzeń dookoła. – Ja niczego nie potrzebuję. – Żartujesz? – zaczął się uśmiechać. – To jakiś kobiecy fortel? – Nie, Włodku. Ani żart, ani fortel. Trzydzieści lat odkładałam życie na później. Trzydzieści lat prałam, gotowałam, sprzątałam, czekałam. Trzydzieści lat słyszałam, iż podróże to strata pieniędzy, iż moje pasje są bez sensu, iż marzenia to głupstwa. Wiesz, ile razy chciałam zobaczyć morze? Dziewiętnaście. Wiesz, ile razy tam byliśmy? Trzy. I za każdym razem marudziłeś, iż drogo i po co… Włodzimierz prychnął. – Znowu to samo. Mieliśmy dach nad głową, było jedzenie… – Tak, było – przytaknęła Natalia. – Teraz u ciebie będzie już wszystko. Gratulacje, wygrałeś. Prawnik patrzył z niedowierzaniem. Przywykł do łez, krzyków, wzajemnych oskarżeń. A tu kobieta tak po prostu oddaje wszystko, o co inni walczą do krwi. – Ma pani świadomość? – zapytał Natalię cicho. – Zgodnie z prawem przysługuje pani połowa wspólnego majątku. – Mam, – uśmiechnęła się, jakby zrzuciła z ramion niewidzialny ciężar. – Ale wiem też, iż połowa pustego życia to po prostu puste życie w mniejszej skali. Włodzimierz ledwo ukrywał radość. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Planował się targować, trochę postraszyć, może ponarzekać. A tu los przynosi prezent! – Wreszcie zachowujesz się rozsądnie! – klasnął w stół. – Teraz już rozumiesz, co to stabilność! – Nie myl rozsądku z uwolnieniem – odpowiedziała cicho. I podpisała papiery. Do domu wracali jednym autem, ale jak z dwóch różnych światów. Włodzimierz coś sobie pod nosem nucił – chyba jakąś starą piosenkę z dzieciństwa. Samochód kołysał się lekko na wybojach, a wraz z nim jego gwizd stawał się raz donośniejszy, raz cichł. Natalia nie słuchała – niemal nie zauważała otoczenia. Jej wzrok był utkwił za matową szybą, którą mijały wesołe sosny, a w sercu trzepotał ptak, jakby szykujący się do pierwszego lotu. Jak to dziwne: zwykła droga, zmęczony wieczór, a nagle wewnętrzny ogrom przestrzeni. Jakby ciężar ciągnięty latami po prostu wyparował. Natalia uśmiechnęła się, dotknęła chłodnego policzka i pomyślała – to jest właśnie wolność… Człowiekowi czasem wystarczy jedno spojrzenie zza szyby na migoczące drzewa, by całe życie nabrało nowych, dawno utraconych barw. Po trzech tygodniach Natalia stała w niewielkim pokoiku pod Warszawą. Wynajmowane mieszkanie było skromne: łóżko, szafa, stół i mały telewizor. Na parapecie zamieszkały dwa doniczki z fiołkami – pierwsze własnoręczne zakupy w nowym życiu. – Naprawdę ci odbiło – głos syna Krzyśka dźwięczał w słuchawce rozdrażnieniem. – Zostawiłaś wszystko i przeniosłaś się do tej dziury? – Nie zostawiłam, synku – odparła spokojnie Natalia. – Zostawiłam. To co innego. – Ale jak to? Tata mówił, iż wszystko mu oddałaś. choćby działkę chce sprzedać, bo po co mu samemu tyle kłopotu. Natalia uśmiechnęła się do swojego nowego odbicia w lustrze. Chodziła już tydzień z nową fryzurą – taką, na którą nigdy by się nie zdobyła za Włodka. „Za młodzieżowa”, „niesolidna”, „co ludzie powiedzą” – te głosy rozbrzmiewały echo pamięci. – Niech sprzedaje – zgodziła się bez wysiłku. – Twój ojciec zawsze był dobry w zarządzaniu majątkiem. – A ty? Przecież nie masz już nic! – Mam najważniejsze, Krzysiu. Swoje życie. I wiesz co? Okazuje się, iż po pięćdziesiątce można zacząć od nowa. Natalia została recepcjonistką w kameralnym prywatnym domu opieki. Praca okazała się niełatwa, ale interesująca, a przede wszystkim pojawili się ludzie i wolny czas, którym mogła zarządzać samodzielnie. Tymczasem Włodzimierz upajał się „sukcesem”. Dwa tygodnie chodził po mieszkaniu jak dumny właściciel nowego pałacu. Nikt już nie zwracał mu uwagi, nie przypominał o brudnych skarpetkach czy niewyniesionych śmieciach. – Masz farta, Włodek – chwalił przy kieliszku kolega Roman. – Inni tracą połowę, ty z wszystkim zostajesz: mieszkanie, działka, samochód – twoje! – No ba – uśmiechał się ze zwycięstwem. – Wreszcie Natalia okazała się rozsądna. Zrozumiała, iż beze mnie zginie. Pod koniec pierwszego miesiąca euforia ustąpiła niewygodom. Czyste koszule przestały się pojawiać w szafie. Lodówka zionęła pustką, a ugotować obiad było znacznie trudniej, niż myślał. W pracy koledzy zauważyli, iż Włodzimierz wygląda coraz bardziej zaniedbanie. – Coś marnie wyglądasz, Włodku – skomentował szef. – Wszystko gra w domu? – Oczywiście – zapewniał radośnie. – Mały remont organizuję. Wieczorem otworzył lodówkę: ketchup, serki topione i napoczęta butelka. Żołądek złowrogo zaburczał. – Do diabła – mruknął, trzaskając drzwiczkami. – Tak być nie może… Zamówił jedzenie z dowozem – jak tu inaczej, gdy lodówka zionie pustką. Rozpakowując rachunki, aż zamarł: czynsz, internet, karta, prąd… Wcześniej to był jakiś szum w tle. Tak to jest – dopóki ktoś jest obok, codzienność sama się kręci. Nie zwracasz uwagi na wydatki – po prostu żyjesz. Głośny dzwonek – kurier dostarcza paczkę. – Pięćdziesiąt osiem złotych – równo. – Ile?! – wyrwało mu się aż za głośno. – Za pieczeń i wodę? – Standard teraz – kurier wzruszył ramionami jak ktoś, kto to słyszy dziesięć razy dziennie. Zapłacił i wszedł do mieszkania. Cisza. choćby lodówka buczała smutniej. Mieszkanie – duże, z modnymi lampami, wszystkim, o czym marzył – wydało się zimne i puste. Tak puste, jakby choćby wiatr mógł wyć po korytarzach – tak, jak w jego duszy. Natalia stała nad polskim morzem, wystawiając twarz do słońca i słonego wiatru. Obok śmiała się grupa radosnych emerytek – klub seniora zorganizował tygodniowy wyjazd do Trójmiasta. Po raz pierwszy w życiu podróżowała bez nieustannego marudzenia o „wyrzuconych pieniądzach”. – Natalka, chodź na zdjęcie! – zawołała nowa przyjaciółka, energiczna Irena z kółka plastycznego. Natalia podbiegła roześmiana, cała grupa ustawiła się do wspólnej fotki. Któż by pomyślał, iż w jej wieku można nosić kwiecistą sukienkę i śmiać się jak dziewczyna? – A teraz selfie! – rozkazała Irena, wyciągając kijek do telefonu. – I koniecznie wrzucamy na fejsa! Wieczorem, oglądając zdjęcia w hotelu, Natalia zaskoczona patrzyła na swoje własne szczęście. Kiedy znikła ta wieczna zmarszczka na czole? Skąd się wzięła lekkość ruchów? – Może wrzucę je na profil? – i wahała się chwilę, ale udostępniła kilka zdjęć. A w Warszawie Włodzimierz walczył z zalaną kuchnią – pęknięta rura, zniszczona szafka, ślepy hydraulik oświadczył, iż „takich już nie robią”. – Cholera jasna! – klął, wyciskając mokrą szmatę. – No gdzie ten numer do fachowca? Natalia zawsze wiedziała, kto co naprawi… Nagle dotarło do niego, ile numerów i spraw żona miała w głowie – od hydraulika po dobry warzywniak. Ten niewidzialny szkielet wygodnego życia rozpadł się, a jemu zostały tylko problemy zwykle rozwiązywane jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. – Durny kran! – rzucił znów szmatą. – Trzeba gotować, sprzątać, pracować… Gdy w końcu poradził sobie z przeciekiem, z nudów zajrzał do internetu. Przeglądając wiadomości, zamarł – na ekranie radosna twarz Natalii na tle Bałtyku. Nowa fryzura, kolorowa sukienka, była… szczęśliwa? – Co za bzdura – mruknął, powiększając zdjęcie. – Przecież niemal bez grosza została… Komentarze wprawiały go w osłupienie: „Natalio, promieniejesz!” „Wyglądasz bosko, przyjaciółko!” Było więcej zdjęć: spotkanie w bibliotece, grupa malująca w parku, Natalia na ławce z bukietem polnych kwiatów. – Co tu się wyprawia – odłożył telefon, ogarniając wzrokiem pustą kuchnię. – Przecież ona miała… miała… Nie umiał dokończyć. Bo zrozumiał, iż na fotografiach zobaczył kobietę, która zrzuciła z siebie ciężar lat i odzyskała wolność. Po kilku dniach na działce przeciekł dach. Nadciągała burza, trzeba było gwałtownie łatać. – Roman, ratuj! – dzwonił błagalnie. – Przywieź gwoździe, sam nie dam rady. – Wybacz, Włodku – odpowiedział Roman. – Teściowa w szpitalu. A zresztą, czemu Natalii nie zaprosisz? Zawsze ci pomagała. – Ona… – głos mu się załamał. – Wyjechała. – Jak to? – Roman zdziwiony. – Dokąd? – Po prostu wyjechała – urwał Włodzimierz. – Dam radę sam. Ale nie dał rady. Deszcz bębnił o dach, gdy walczył z folią. Nagle noga się omsknęła, Włodzimierz stoczył się z krzykiem. Po upadku czuł silny ból w kostce. – Skręcenie. Szczęście, iż gorzej nie jest – mruknął młody lekarz na pogotowiu. – Tydzień odpoczynku, noga do góry. – Tydzień? Kto mi dach naprawi? Przecieka mi do środka! – To nie mój problem – wzruszył ramionami lekarz. – Niech żona się zajmie, pan leży. Włodzimierz chciał zaprotestować, ale zamilkł. Trzy dni spędził sam, ledwo chodząc o kulach. Zamówione jedzenie się skończyło, a stało się drogie. Próby gotowania kończyły się fiaskiem – na jednej nodze trudno warzyć zupę. Czwartego dnia zadzwonił do syna. – Krzysiek, cześć, jak tam? – Dobrze, tato. Coś się stało? – Nie, tak tylko… Mam uraz nogi. Wpadniesz, pomożesz staruszkowi? Chwila milczenia. – Przepraszam, tato, jestem teraz w delegacji w Gdańsku. Wrócę za trzy dni. – A… to trudno, poradzę sobie. – A może zadzwonisz do mamy? Ona na pewno… – Nie! – przerwał ostro. – Po co jej zawracać głowę? Obejdę się. gwałtownie rozłączył się, rzucając telefon na kanapę. Żałosna duma nie pozwalała przyznać, jak mu brakuje Natalii: jej troski, codzienności, obecności. Nie zauważył, ile rzeczy robiła – bo wszystko działo się po cichu. Po półtora tygodnia mógł już chodzić. Od razu pojechał na działkę ocenić straty po deszczu. Było żałośnie – grzyb na suficie, ulubiona kanapa spalona wilgocią, zapach stęchlizny wszędzie. – Co za życie – mruknął, siadając na ławce pod jabłoniami, które Natalia zwykle pielęgnowała. Wszystko dookoła zdziczało – wysokie trawy, zarośnięte ścieżki. Wracając, zatrzymał się w przydrożnej knajpce. Zamówił barszcz i kompot. Pierwsza łyżka aż ścisnęła gardło – barszcz był bez smaku i zbyt kwaśny, zupełnie nie jak u Natalii. – Wszystko w porządku, panie? – zainteresowała się kelnerka. – Tak, tylko… – zabrakło mu słowa. Jak wyjaśnić, iż najprostszy barszcz przypomniał całe utracone życie? W domu długo siedział w ciszy, patrząc na wspólne zdjęcia na półce. Tu są młodzi na tle Zamku Królewskiego. Tu rodzinnie. Tu na dwudziestoleciu ślubu… – Ależ ty byłeś głupi – szepnął, wpatrzony w dawny uśmiech żony. W końcu zebrał się na odwagę i napisał wiadomość. Ale odpowiedź była zupełnie inna, niż oczekiwał. Natalia przeprowadziła się do nadmorskiego miasta. Wokół nowi znajomi, muzyka, uśmiechy – a życie, prawdziwe życie, wreszcie należało tylko do niej. Prawie sześćdziesiąt lat – i wreszcie zaczęła żyć.

polregion.pl 2 godzin temu

Na rozwodzie żona powiedziała: „Weź wszystko!” a po roku mąż żałował, iż uwierzył

Danuta patrzyła na dokumenty bez śladu emocji. choćby złość gdzieś wyparowała.

Czyli naprawdę się zdecydowałaś? zapytał Janusz z ledwie skrywaną irytacją. I co teraz? Jak to podzielimy?

Danuta uniosła wzrok. Nie było w jej oczach łez ani błagania tylko pewność, która zrodziła się po długiej, bezsennej nocy pełnej refleksji nad straconym życiem.

Weź wszystko powiedziała cicho, ale stanowczo.

Co znaczy „wszystko”? Janusz zmrużył oczy podejrzliwie.

Mieszkanie, działkę, samochód, oszczędności. Wszystko zrobiła ręką szeroki gest. Niczego nie chcę.

Żartujesz sobie? na twarzy pojawił mu się uśmiech. To jakiś kobiecy podstęp?

Nie, Janku. Ani żarty, ani podstępy. Trzydzieści lat odkładałam siebie na później. Trzydzieści lat prałam, gotowałam, sprzątałam, czekałam. Trzydzieści lat słyszałam, iż podróże to rozrzutność, a moje pasje to fanaberie, iż moje marzenia to głupstwa. Wiesz, ile razy marzyłam o wypadzie nad morze? Dziewiętnaście. A wiesz, ile razy pojechaliśmy? Trzy. I za każdym razem narzekałeś, iż drogo i niepotrzebnie.

Janusz prychnął pod nosem.

Znowu zaczynasz Przecież mieliśmy dach nad głową, obiad na stole.

Tak, mieliśmy skinęła głową Danuta. Teraz będziesz miał i wszystko inne. Gratuluję zwycięstwa.

Prawnik patrzył z niedowierzaniem. Był przyzwyczajony do łez, krzyków, wzajemnych oskarżeń. Ale ta kobieta oddawała bez walki to, o co inni biją się do ostatniej chwili.

Czy pani wie, co robi? zapytał cicho. Zgodnie z prawem należy się pani połowa wspólnego majątku.

Wiem uśmiechnęła się lekko, jakby zrzuciła z pleców niewidzialny ciężar. Ale wie pan, połowa pustego życia to wciąż tylko puste życie w miniaturze.

Janusz ledwo ukrywał triumf. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Myślał, iż będą się licytować, może choćby grozić, manipulować. A tu los się do niego uśmiechnął!

O, to się nazywa dorosłość! klepnął w stół. Wreszcie przemówił rozsądek.

Nie myl rozsądku z wolnością odpowiedziała cicho Danuta i podpisała papiery.

Wracali jednym samochodem, ale jakby byli z innych światów.

Janusz cicho nucił coś pod nosem chyba dawną piosenkę harcerską. Samochód lekko się kołysał na dziurach, przez chwilę jego gwizd rozbrzmiewał w przestrzeni, to nagle gasł.

Danuta nie słuchała adekwatnie niemal nie słyszała niczego wokół, wpatrując się w matową szybę, za którą migały wesołe świerki i sosny. Wewnątrz czuła się lekka, jak ptak zlatujący z gniazda po raz pierwszy.

Jak to dziwne: zwykła droga, zmęczony wieczór, a tu uczucie jakby wolna przestrzeń otworzyła się w sercu. Ciężki kamień po latach zniknął. Danuta dotknęła zimnego policzka i pomyślała: to właśnie jest wolność…

Czasem człowiekowi potrzeba sekundy, by przez szybę zobaczyć uciekające drzewa i zrozumieć, iż wszystko może się odmienić.

Po trzech tygodniach Danuta stała pośrodku ciasnego pokoiku w Ciechanowie.

Wynajęte mieszkanie było skromne: łóżko, szafa, stół, mały telewizor. Na parapecie kwitły dwa fiołki pierwsza własnoręcznie kupiona rzecz w nowym życiu.

Naprawdę zwariowałaś głos syna Pawła w słuchawce brzmiał z wyraźnym rozdrażnieniem. Zostawiłaś wszystko i wyjechałaś do jakiegoś zadupia?

Nie zostawiłam, synu spokojnie poprawiła Danuta. Odeszłam. To różnica.

Mamo, ale jak to? Tata mówi, iż oddałaś mu wszystko bez żadnego sprzeciwu. Teraz choćby działkę chce sprzedać stwierdził, iż dla jednego za dużo zachodu.

Danuta uśmiechnęła się do siebie w niewielkim lusterku nad stołem. Od tygodnia nosiła nową, krótką fryzurę, na którą nigdy by się nie odważyła, gdy był przy niej Janusz. „Zbyt młodzieżowa”, „co ludzie powiedzą” te słowa wracały jej echem.

Niech sprzedaje wzruszyła ramionami. Tata zawsze miał talent do handlowania.

A ty? Nic ci nie zostało!

Zostało mi to, co najważniejsze, Paweł. Moje życie. Wyobraź sobie w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat można zacząć je od nowa.

Zaczęła pracę jako recepcjonistka w małym prywatnym domu spokojnej starości. Praca była trudna, ale interesująca poznała nowych ludzi, miała czas, którym mogła dowolnie dysponować.

Janusz oddawał się triumfowi.

Pierwsze dwa tygodnie paradował po mieszkaniu jak właściciel dworu, rozkoszując się świadomością posiadania. Już nikt mu nie zwróci uwagi na porzucone skarpetki czy bałagan w kuchni.

Ale masz szczęście, Janek popijał koniak jego przyjaciel Zdzisław w kuchni. Jedni tracą połowę, inni więcej, a ty jesteś ustawiony mieszkanie, działka, samochód wszystko twoje.

Zgadza się uśmiechał się samolubnie Janusz. Danusia wreszcie zachowała się rozsądnie. Pewnie zrozumiała, iż beze mnie przepadnie.

Po miesiącu euforia ustąpiła pierwszym trudnościom.

Czyste koszule kończyły się podejrzanie szybko. Lodówka zionęła pustką. Przygotowanie obiadu okazywało się znacznie trudniejsze niż wyglądało. W pracy koledzy zaczęli zauważać, iż Janusz wygląda coraz bardziej niechlujnie.

Coś mizernie wyglądasz, Januszu zauważył kierownik. Wszystko w domu okej?

Świetnie skwitował Janusz. Po prostu mam teraz małą rewolucję w życiu.

Pewnego wieczoru otworzył lodówkę znalazł tylko musztardę, serek topiony i niedopitą butelkę mineralnej. Głód dał się we znaki rano jadł zaledwie kromkę chleba z margaryną.

Do cholery mruknął pod nosem, trzaskając drzwiczkami. Tak się nie da. Trzeba coś wymyślić.

By nie myśleć o głodzie, gwałtownie zamówił jedzenie jak tu inaczej, gdy lodówka pusta jak pole zimą. Gdy czekał na dostawcę, przeglądał rachunki. Nagle liczby przytłoczyły go jak kubeł zimnej wody: czynsz, prąd, internet, abonament

Dawniej to była tylko szarzyzna w tle, problem z innego świata. o ile ktoś był obok, życie szło jakby samo. I wydatków się nie dostrzegało.

Zadzwonił domofon dostawca wręczył mu torbę i terminal.

Sto szesnaście złotych oznajmił spokojnie chłopak.

Ile?! Janusz aż zakrztusił się kluczami. Za gulasz i wodę?

Takie ceny teraz wzruszył ramionami z wytrenowaną uprzejmością.

Janusz zapłacił i usiadł w kuchni. Cisza. choćby lodówka buczała nieprzyjemnie, jakby też czuła się samotna. Mieszkanie duże, nowoczesne, z tym wszystkim, co niegdyś określał jako cel Teraz było jak poczekalnia. Zimne, puste, nieprzyjazne. Jakby wiatr hulakał po korytarzach i w jego duszy.

Tymczasem Danuta stała na brzegu Bałtyku, wystawiając twarz do słońca i wilgotnej bryzy.

Wokół rozmawiała grupa aktywnych emerytów klub zorganizował tygodniowy wyjazd do Władysławowa. Po raz pierwszy podróżowała bez narzekania, bez wyliczania, ile można by zaoszczędzić, zostając w domu.

Danusia, chodź na zdjęcie! zawołała nowa przyjaciółka Jadwiga, energiczna wdowa, z którą poznały się na warsztatach malarskich.

Danuta radośnie pobiegła do grupy, ustawiającej się do wspólnej fotografii. Kto by pomyślał, iż mając prawie sześćdziesiąt lat można nosić barwną sukienkę, rozpuścić włosy i śmiać się jak dziewczyna?

Teraz selfie! zarządziła Jadwiga, wyciągając kijek. Musimy wrzucić zdjęcia do naszej grupy!

Wieczorem Danuta oglądała zdjęcia w hotelowym pokoju. Była tam kobieta o promiennych oczach, szerokim uśmiechu prawie jej nie poznawała. Zmarszczka z czoła zniknęła, ramiona się wyprostowały, ruchy stały się jakieś lżejsze.

Powinnam to wrzucić na fejsa powiedziała sama do siebie i po chwili zawahania wrzuciła kilka zdjęć na niemal zapomniany profil.

W tym czasie Janusz walczył z cieknącą rurą w kuchni. Woda zalała podłogę, zniszczyła szafkę, a wezwany hydraulik powiedział bez emocji: „starocie, cały pion do wymiany”.

Do diabła! przeklinał Janusz, zbierając szmatą wodę. Gdzie ten numer do hydraulika? Danuta zawsze wiedziała, kogo wezwać.

Uświadomił sobie nagle, iż żona pamiętała tysiące numerów od hydraulika po sprawdzoną fryzjerkę, od zaufanego rzeźnika po dobrego szewca. Cała ta krucha konstrukcja komfortu rozpadła się w jednej chwili.

Głupia rura! z wściekłością cisnął mokrą ścierką w kąt. Tu trzeba ugotować, uprać, jeszcze ta cholerna robota

Gdy wreszcie usunął awarię, wszedł na Facebooka dla zabicia czasu. Przeglądał zdjęcia i nagle zamarł na ekranie zobaczył Danutę nad morzem. W kolorowej sukience, z nową fryzurą, uśmiechniętą. Szczęśliwą?

Co za absurd wyszeptał, powiększając zdjęcie. Ona pojechała w siną dal, mając prawie nic?

Komentarze pod zdjęciem nie pomagały:

„Danusiu, jaka Ty młoda na tym zdjęciu!”

„Wyglądasz cudnie, przyjaciółko!”

„Nad morzem Ci do twarzy!”

Przeglądał dalej zdjęcia ze spotkań w bibliotece, grupka ludzi z malarskimi sztalugami w parku, Danuta z naręczem polnych kwiatów, siedząca na ławce.

Co jest grane? odłożył telefon, spojrzał na brudne gary w pustej kuchni. Przecież miała miała

Nie mógł dokończyć zdania, bo nagle zrozumiał naprawdę myślał, iż Danuta będzie cierpieć bez niego, bez tego wszystkiego, co on uznawał za ważne. ale na tych zdjęciach była inna kobieta wolna i pogodna.

Kilka dni później na działce przeciekł dach. Szła burza, trzeba było okryć strych folią.

Zdzisiek, ratuj! zadzwonił dramatycznie. Przywieź gwoździe, sam nie dam rady.

Przykro mi, Janku odpowiedział przyjaciel. Teściowa w szpitalu, dyżuruję przy niej. Może żonę poproś? Danusia zawsze ci pomagała.

Ona Janusz zmieszał się. Wyjechała.

Jak wyjechała? zapytał Zdzisiek zdziwiony. Gdzie?

Po prostu wyjechała urwał Janusz. Dobra, poradzę sobie.

Było trudniej niż myślał. Deszcz bębnił w dach, a on przeklinając próbował rozciągać folię. Noga mu się omsknęła i zjechał z dachu z okrzykiem. Ból w kostce był ostry.

Skręcenie, na szczęście nie złamanie powiedział młody lekarz na izbie przyjęć. Proszę odpoczywać tydzień, trzymać nogę wyżej.

Tydzień?! A kto mi naprawi dach? Przecież leje!

To pana problem wzruszył ramionami lekarz, wypisując receptę. Niech żona pomoże.

Janusz ugryzł się w język.

Trzy dni spędził sam, poruszając się po mieszkaniu o kulach. Zamówione jedzenie się skończyło, a poza tym kosztowało sporo. Próbował ugotować coś sam, ale na jednej nodze prawie się przewrócił.

Czwartego dnia nie wytrzymał i zadzwonił do syna.

Cześć, Paweł zagadnął na siłę wesołym tonem. Co słychać?

W porządku, tato odpowiedział Paweł, a w głosie pobrzmiewał dystans. Coś się stało?

Nie, tylko noga mi ucierpiała, może byś wpadł, pomógł staruszkowi?

Cisza.

Przepraszam, tato, jestem w Gdańsku na delegacji. Wrócę za trzy dni.

A no trudno rozczarowanie dusiło w gardle. Dam sobie radę.

Może zadzwonisz do mamy? Ona

Nie! przerwał ostro Janusz. Po co? Sam świetnie sobie radzę.

Rzucił telefon na tapczan. Głupia duma nie pozwalała przyznać, iż tęskni za Danutą, za jej troską, za jej obecnością. Kiedyś nie dostrzegał, ile robiła bo wszystko działo się niewidocznie, bez słowa o podziękowania.

Po tygodniu Janusz ruszał już bez kul. Pojechał na działkę sprawdzić szkody po ulewie. Widok był przygnębiający na suficie pojawiły się plamy pleśni, kanapa przemokła, powietrze było stęchłe.

Przeklęty los usiadł smutny na zarośniętej ławce.

Jabłonie, którymi zawsze opiekowała się Danuta, zarosły. W wysokiej trawie zginęły kiedyś uporządkowane ścieżki. Wszystko wydawało się osierocone bez jej rąk.

W drodze powrotnej zatrzymał się na modlony do stacji bar. Zmęczony i zły zamówił barszcz i kompot. Już po pierwszej łyżce poczuł ścisk w gardle zupa była kwaśna, bez smaku zupełnie nie jak ta Danuty.

Wszystko w porządku? zapytała troskliwie kelnerka.

Tak, tylko nie umiał odpowiedzieć. Jak wyrazić, iż zwykły barszcz przypomina o całym utraconym życiu?

W domu długo siedział w ciszy, patrzył na stare zdjęcia na półce. Tu z Danutą młodzi, uśmiechnięci na tle Zamku Królewskiego. Tu zdjęcie rodzinne, gdzie Paweł jeszcze mały. Tu dwudziesta rocznica ślubu

Głupi ja wyszeptał na starym zdjęciu uśmiechniętej żony.

Zebrał się na odwagę i napisał wiadomość. Odpowiedź była zupełnie inna niż się spodziewał.

Danuta przeniosła się do miasteczka nad Bałtykiem. Otaczały ją nowe znajomości, muzyka, śmiech i prawdziwe życie, które po raz pierwszy należało tylko do niej.

Po niemal sześćdziesięciu latach wreszcie naprawdę zaczęła żyć.

Idź do oryginalnego materiału