Pod jarzmem matki – historia trzydziestopięcioletniej Barbary, skromnej księgowej z małego miasteczk…

polregion.pl 8 godzin temu

Wspomnienie spod jarzma matki

Mijało już trzydzieści pięć lat od narodzin Barbary, a ona wciąż była cichą, przygaszoną kobietą. Nigdy nie spotykała się z mężczyznami, choć od skończenia technikum pracowała na stanowisku księgowej w tej samej firmie w Warszawie.

Nie dbała o swój wygląd, wybierała obszerne ubrania, była raczej pulchna, a w jej oczach najczęściej gościł smutek. Jej dolna warga opadała wyraźnie. Matka Barbary, Grażyna, urodziła ją w wieku osiemnastu lat ojca Barbara nigdy nie poznała, bo o nim nie wspominano. Wychowywała ją babcia w maleńkiej wiosce niedaleko Lublina. Tam skończyła szkołę, a dopiero wyjeżdżając do technikum, zamieszkała z matką w Warszawie.

W czasie, gdy Barbara dorastała na wsi, Grażyna bawiła się w mieście pracowała, przy tym zmieniała adoratorów i używała życia. Bywała piękna i odważna. Do wioski zaglądała rzadko, raz w miesiącu, niekiedy jeszcze rzadziej. Wnosiła córce zabawkę i gwałtownie znów znikała. Babcia Barbary była surowa, więc wnuczka nie znała czułości ani od niej, ani od matki.

Nawet dziś Barbara mieszkała w mieszkaniu z matką. Grażyna, mając już ponad pięćdziesiąt lat, prezentowała się świetnie zgrabna, zadbana, używała drogich polskich kosmetyków, regularnie chodziła do salonu fryzjerskiego, czasem spotykała się z mężczyznami. Córka była jej całkowitym przeciwieństwem.

Barbara po pracy przekazała dokumenty koleżance, która miała ją zastępować podczas urlopu, i wyszła z biura.

No i znowu urlop pomyślała. Premię wypłacili, mam ją w torebce. Znów mama wszystko mi zabierze. Ileż można to znosić? Czemu nie potrafię się postawić? Przecież nie jestem dzieckiem. Mama trzyma mnie przy sobie, każe oddawać każdą złotówkę, nie mogę choćby swoją pensją rozporządzać. Żadnej nadziei

Otworzyła drzwi do mieszkania i zobaczyła matkę, która już czekała w przedpokoju.

Nareszcie jesteś mruknęła Grażyna. To jak, wypłacili urlopowe? Dawaj tutaj.

Mam, zaraz oddam, tylko zdejmę płaszcz.

Zdąży zdejmować

Barbara zaczęła szperać w torebce, chcąc znaleźć portfel.

Panie Boże, z taką starą, wysłużoną torbą chodzisz, wstyd ci nie jest? burknęła matka.

Barbarze zaszkliły się oczy.

Skąd mam mieć pieniądze na nową torebkę, skoro wszystko mi zabierasz? wyrwało się jej nieoczekiwanie. Sama była zdziwiona, iż sprzeciwiła się matce.

Nie tylko torebka, ale i ty sama wyglądasz byle jak, brudna i otyła. Schudnij, zadbaj o siebie drwiła Grażyna. Wstyd się z tobą pokazać.

Wstyd? wykrzyknęła Barbara. A odbierać mi pieniądze to nie wstyd? I tak z tobą nigdzie nie chodzę.

Krzycząc, wybiegła z mieszkania.

Czuła się całkiem załamana; łzy płynęły jej ciurkiem. Wybiegła na klatkę schodową, potem na dwór i usiadła na drewnianej ławce pod blokiem, zakrywając twarz dłońmi. Nie wiedziała, ile siedziała, kiedy usłyszała głos.

Basia, czemu tu tak siedzisz? Uniosła głowę i zobaczyła panią Annę, starszą kobietę z sąsiedniego bloku. Płaczesz? Anna usiadła obok niej i ujęła ją za rękę. No co się stało, aż tak źle?

Barbara nie wytrzymała i wyznała wszystko pani Annie.

Mama odbiera mi całe pieniądze, kupuje sobie drogie kosmetyki, a ja chodzę w starych rzeczach. Sama sobie winna, taka jestem od dziecka, zawsze potulna najpierw wobec babci, teraz wobec matki. Moja mama jest władcza i nieprzyjemna

Anna tylko kiwała głową.

Oj, co ja mówię speszyła się Barbara Jeszcze pani uzna, iż plotkuję, nieudacznica ze mnie.

Pani Anna znała Grażynę od dawna, raczej jej nie szanowała. Barbarze zawsze współczuła i rozumiała, iż córka jest tłamszona przez władczą matkę.

Basia, przestań się zadręczać i płakać. Jesteś dorosłą kobietą, czas zacząć dbać o siebie.

Jaką tam kobietą Nigdy nikt mnie nie kochał, i ja też nie umiem kochać, nikogo nie obchodzę

Posłuchaj, musisz wyprowadzić się od matki powiedziała Anna. Barbara spojrzała na nią z przerażeniem.

Dokąd pójdę? Za wypłatę nie wynajmę mieszkania w Warszawie. Poza tym mama będzie się złościć i czeka na moje pieniądze. Już nie wytrzymałam i wybiegłam

Mówisz, odebrałaś urlopowe i nie zdążyła ci ich odebrać? O matkę się nie martw, ona sobie poradzi. Życie toczy się dalej. Ty musisz pomyśleć o sobie. Możesz zamieszkać u mnie na działce pod Warszawą. Domek tam porządny, jeszcze mój świętej pamięci mąż go budował Teraz jesteś na urlopie, to odpoczniesz, nie chcę od ciebie pieniędzy.

Nie boi się pani mnie puścić do domu? spytała Barbara.

Nie, Basiu, znam cię od dawna. Poczekaj tu, zaraz przyniosę klucze, adres i swój numer telefonu.

Barbara dojechała na dworzec Warszawa Wschodnia, kupiła bilet na pociąg podmiejski. Wsiadła do wagonu i obserwowała pasażerów. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżała poza Warszawę dom i praca. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Patrzyła w okno na migające polskie krajobrazy. Wysiadła na adekwatnej stacji, potem gwałtownie dotarła do działki, otworzyła drzwi i weszła do środka.

Ogarnęła ją dzwoniąca cisza. Rozejrzała się, po czym usiadła w starym fotelu.

Boże, jaka cisza Jak dobrze być samej Jaki nieznany świat wolności pomyślała.

Matki nie było pod bokiem, nie szydziła z niej. Znalazła na stole pilot i włączyła telewizor. Leciało jakieś polskie talk-show, którego nigdy nie mogła obejrzeć w domu, bo matka zaraz przełączała na swoje ulubione seriale, nie licząc się z jej chęciami.

Nie tylko wyglądasz głupio, ale i głupie programy oglądasz zwykła mówić Grażyna, a Barbara tylko spuszczała głowę, nie odważywszy się odpowiedzieć.

Barbara nigdy nie potrafiła sprzeciwić się matce, choćby słowem.

Wkrótce obeszła dom, włączyła lodówkę i włożyła tam torbę pierogów, kawałek sera i opakowanie jogurtu kupiła wszystko w sklepie przy dworcu.

Ugotowała pierogi, najadła się do syta, wreszcie poczuła spokój.

Jak cudownie być samej cieszyła się.

Po jakimś czasie zadzwonił jej telefon matka.

Uciekłaś, widziałam cię z Anną pod blokiem. No dobrze, pobądź sama trochę, zobaczysz gwałtownie wrócisz. Słuchasz obcych ludzi, a nikt ci nie pomoże, bo nie jesteś samodzielna i rozsądna. Zginiesz beze mnie

Barbara rozłączyła się, przewidując dalszą litanię przykrych słów. Co dziwne, nie poczuła przykrości. Wieczorem zadzwoniła pani Anna.

Basiu, jak się odnalazłaś? Oswoiłaś z nowym miejscem?

Tak, pani Aniu, dziękuję

Jutro przyjedzie mój siostrzeniec, Stefan. Przywiezie ci rzeczy.

Jakie rzeczy?

Grażyna przyniosła wielką torbę twoich rzeczy, mówiąc: Zabrałaś moją córkę, to weź i jej rzeczy.

Dobrze, pani Aniu, jak rozpoznam Stefana?

Sam trafi, będzie samochodem, wysoki, w okularach. Nie pytaj dalej, Basiu, zacznij myśleć o sobie i pokochaj siebie. Musisz o siebie zadbać, kupić nowe ubrania, bo jesteś bardzo sympatyczna, tylko się zaniedbałaś. Trzymaj się, kochana.

Rosa połyskiwała na trawie, gdzieś szczekał pies, śpiewały ptaki.

Barbara zamyśliła się nad słowami sąsiadki i podeszła do lustra.

Rzeczywiście, zaniedbałam się. Oczy mam przecież ładne, tylko smutne. Włosy gęste, a ciągle spinam je w kok na czubku głowy, jak babcia. Chyba matka ma rację trzeba schudnąć.

Spała tej nocy spokojnie jak nigdy. Obudziła się skoro świt, gdy przez zasłony wpadało słońce. Podeszła do okna i szeroko je otworzyła. Rosa połyskiwała na trawie, w oddali szczekał pies, śpiewały ptaki.

Tak cudownie pomyślała Barbara, przeciągając się.

Wkrótce siedziała na werandzie, popijając kawę znalezioną w szafce. Oglądała telewizję. Przez myśl przeszło jej, by zmienić pracę i znaleźć własne mieszkanie w Warszawie z tej działki byłoby uciążliwie dojeżdżać. O matce choćby nie pomyślała. Serce drżało z ekscytacji nowym życiem.

Nareszcie będę samodzielna, bez zależności od matki. Jej myśli przerwało ciche pukanie do drzwi.

Kto to? Zaniepokoiła się i niepewnie otworzyła drzwi.

Stał za nimi wysoki mężczyzna w okularach, z dużą torbą.

Dzień dobry uśmiechnął się. Jestem Stefan, a pani Barbara?

Dzień dobry, Barbara, proszę wejść odsunęła się i wpuściła go do środka.

Ciocia Ania poprosiła, żebym przywiózł pani rzeczy i w razie potrzeby pomógł. Gdyby trzeba było gdzieś pojechać, mam samochód. Niech się pani nie krępuje, Basiu, ciocia opowiadała mi, jaka jest pani nieśmiała i skromna. Przepraszam trochę znam pani sprawy ze słów cioci.

Tak poznała Barbara swojego przyszłego męża. Stefan szczerze ją pokochał, zwłaszcza iż jego wcześniejsze małżeństwo okazało się nieudane. Barbara, obdarzona miłością, zmieniła się całkowicie zniknęła niepewność, pojawiła się śmiałość. Schudła, zaczęła dbać o siebie, odwiedzała fryzjera i kosmetyczkę, do tego wybrała gustowne ubrania.

Niemożliwe, iż to ja! śmiała się do lustra, a w oczach pojawiły się iskierki radości.

Stefan zabrał ją do swojego mieszkania w Warszawie.

Basiu, zawsze marzyłem o kobiecie takiej jak ty życzliwej, prawdziwej, troskliwej. Nie owijajmy w bawełnę, jesteśmy dorośli. Wyjdź za mnie.

Barbara zgodziła się bez wahania, czując, iż Stefan to jej szczęście. Byli do siebie podobni. Ślub był skromny, ale zaproszona została i Grażyna. Jak zwykle kąśliwie komentowała przy stole, ale Anna gwałtownie ją uciszyła. Grażyna długo nie zabawiła. Nikt nie zauważył jej wyjścia, a Barbara choćby się nie przygnębiła.

Rodzina Stefana polubiła Barbarę od pierwszego spotkania. Stefan patrzył na nią z miłością i myślał:

Prędzej czy później, szczęście spotyka człowieka. Do mnie przyszło razem z Basią.

Wkrótce Barbara spodziewała się dziecka, czuła się podwójnie szczęśliwa. Choć szczęście przyszło późno, to pojawiło się naprawdę. Zapomniała już o życiu pod presją matki znalazła w sobie siłę, by odmienić swój los. Nie tylko wypiękniała zewnętrznie, ale rozkwitła wewnętrznie bo nareszcie pokochała samą siebie i Stefana.

Dziękuję za przeczytanie, życzę szczęścia każdemu, kto tego potrzebuje.

Idź do oryginalnego materiału