Patrząc przez okno, dostrzegłam matkę spacerującą z córką, rozmawiały ze sobą czule, pełne bliskości. Widok przywołał wspomnienia z dzieciństwa jak mama prowadziła mnie do przedszkola i mieliśmy własne, magiczne chwile w parku, gdy zajadałyśmy się wspólnie lodami. Ogarnęło mnie bolesne uczucie straty; pojedyncza łza spłynęła po policzku, gdy po raz kolejny opłakiwałam jej nieobecność.
Moje myśli przerwał brat, Wojciech, pytaniem o powrót do Warszawy. Odpowiedziałam niepewnie, wspominając, iż może będę musiała udać się do notariusza. Zaskoczył mnie oskarżeniem, iż chcę zagarnąć mieszkanie po mamie dla siebie, a ku mojemu zdumieniu ciotka Helena stanęła po jego stronie. Napięcie narastało podczas mszy za mamę Wojciech podniósł na mnie głos, burząc atmosferę żałoby i sprawiając mi ogromny ból. Gdy wszyscy rozeszli się już do swoich domów, ciotka podeszła do mnie z gniewem malującym się na twarzy. Powiedziała, iż mieszkanie zostanie sprzedane, a za te pieniądze kupią dwa osobne dla Wojciecha oraz jej córki, Agnieszki. Kazano mi wracać do stolicy i żyć sobie dobrze.
Oszołomiona i upokorzona takim podejściem, w końcu dotarłam do mamy mieszkania z nadzieją, iż będę mogła zabrać stamtąd jakieś drobiazgi na pamiątkę. Ku mojej rozpaczy zastałam zmienione zamki. Wojciech i jego żona Marta odmówili mi wstępu, a Marta, bez odrobiny współczucia, dosłownie wyprosiła mnie za drzwi. W tym momencie podjęłam decyzję zrobię wszystko, by odzyskać swoje prawa i eksmitować ich z mieszkania.
Jeszcze niedawno, mimo ich pogardy, to ja pomagałam im finansowo wysyłałam złotówki na leki, zatrudniłam choćby opiekunkę, choć to oni mieszkali z mamą. O jej śmierci dowiedziałam się od znajomych na Facebooku, bo Wojciech nie raczył mnie powiadomić być może liczył na dalsze wsparcie.
Stanęłam z nim twarzą w twarz, jasno deklarując, iż pozwę go o całe mieszkanie. Zobaczyłam w jego oczach strach, choć próbował tego nie okazać. Byłam zdeterminowana pozwolę sądowi zdecydować, komu naprawdę należy się ten dom.





