Po siedemdziesiątce stałam się nikomu niepotrzebna – choćby własny syn i córka nie zadzwonili z życzeniami urodzinowymi, a w dniu moich siedemdziesiątych urodzin jedynymi osobami, które o mnie pamiętały, były współlokatorka z domu opieki i pielęgniarka Kasia

newsempire24.com 2 dni temu

9 czerwca 2023

Dziś skończyłam siedemdziesiąt lat. Całe przedpołudnie przesiedziałam na wąskiej, zmianowanej ławce w parku przy Domu Opieki Złota Jesień w Gdańsku. Słoneczne światło przemykało przez stare klony, ale ja czułam jedynie chłód. Przez oczy płynęły mi ciche łzy goryczy i osamotnienia. Syn Michał ani córka Elżbieta choćby nie zadzwonili z życzeniami. Jedyną osobą, która o mnie pamiętała był współlokator, pani Halina przyniosła mi od serca własnoręcznie zrobione ciastko. Pielęgniarka Kasia uśmiechnęła się życzliwie, podarowała jabłko i pogratulowała okrągłych urodzin. Na tym kończyły się dziś przejawy ciepła. Tutaj w domu opieki personel jest poprawny, choć chłodny, trochę jakbyśmy wszyscy byli anonimowi dla siebie nawzajem.

Wszyscy tu wiedzą: dzieci przywożą nas, kiedy stajemy się problemem nie do udźwignięcia. Mój Michał zabrał mnie tu dwa lata temu. Mówił wtedy, iż muszę zatroszczyć się o zdrowie, iż potrzebuję odpoczynku. Prawda była inna byłam nie na rękę jego żonie, Agnieszce.

Jeszcze wtedy należało do mnie nasze mieszkanie na Przymorzu, przy ulicy Obrońców Wybrzeża. Michał długo przekonywał, iż wygodniej mi będzie przekazać mu mieszkanie iż i tak z nimi zamieszkam jak dawniej. Podpisałam akt darowizny, uwierzyłam. gwałtownie się jednak okazało, iż cały światek domowy kręci się wokół synowej. Agnieszka potrafiła mieć do mnie pretensje dosłownie o wszystko: raz przesolony barszcz, innym razem kałuża w łazience, ciagle coś. Michał najpierw mnie bronił, ale potem się zmienił coraz częściej podnosił głos i przestawał po mojej stronie. Zauważyłam nawet, jak po kątach o czymś szepcą.

Któregoś wieczoru zebrałam się na odwagę i zapytałam syna prosto w oczy:
Michał, czy naprawdę chcesz mnie oddać do domu starców?
Zarumienił się, spuścił głowę.
Mamo, no co Ty… To tylko sanatorium, trochę odpoczniesz, przemyślisz wszystko. Za miesiąc wrócisz.
Odwiózł mnie własnym autem, podpisał stertę papierów w recepcji. Powiedział, iż niedługo wpadnie w odwiedziny. O tamtej pory już tu zostałam.

Telefony milczą. Gdy zadzwoniłam pod dawny numer mieszkania, odezwał się obcy facet Michał podobno sprzedał mieszkanie jakiemuś inwestorowi z Warszawy. Przez kilka pierwszych miesięcy płakałam po nocach, żegnając resztki złudzeń. W głowie dudniło mi tylko jedno pytanie: Dlaczego?

Może to sprawiedliwość losu? Może wszystko wraca. W młodości popełniłam błąd niewybaczalny wobec Elżbiety. Zawsze stawiałam dobro syna na pierwszym miejscu.

Dorastałam w niewielkiej kaszubskiej wiosce pod Kartuzami. Mieliśmy spory dom, prowadziliśmy małe gospodarstwo. Pewnej wiosny sąsiad Franciszek przyniósł wieści: w Gdańsku można dostać mieszkanie, a praca czeka na każdego. Mój mąż, Zbyszek, zapalił się do pomysłu. Sprzedaliśmy wszystko na wsi dom, krowy, ziemię i przenieśliśmy się do miasta. Dali nam klucz do kawalerki w bloku z wielkiej płyty, potem kupiliśmy meble, stary fiat 126p… Aż pewnego dnia Zbyszek miał wypadek. Dzień po jego śmierci zostałam sama z dwójką dzieci w obcym mieście.

Pracowałam jak wół, choćby wieczorami sprzątałam klatki schodowe. Chciałam, by dzieci miały lepiej niż ja. Najpierw Michał wpadł w tarapaty zadłużyłam się, żeby nie trafił do więzienia po jakiejś burdzie. Elżbieta zaś wyszła gwałtownie za mąż, urodziła wnuczka Krzysia, który zaczął chorować. Córka porzuciła pracę, opiekowała się synkiem, biegała po lekarzach. Ciągle nikt nie wiedział, co mu dolega.

Wreszcie kolejny specjalista zdiagnozował rzadką chorobę, którą można było leczyć tylko w specjalistycznym szpitalu w Warszawie. Miejsce na oddziale? Lista oczekujących na pół roku. Wtedy mąż Elżbiety zostawił ją samą. Moja córka całymi dniami dyżurowała na korytarzu szpitala tam poznała wdowca, który walczył z tą samą chorobą swojej córki. Zostali parą.

Minęły cztery lata. Drugi mąż Elżbiety przeszedł zawał potrzebna była kosztowna operacja. Miałam wtedy odłożone 40 tysięcy złotych to były moje całe oszczędności, przeznaczone na mieszkanie dla Michała. Elżbieta błagała mnie o pomoc, a ja… odmówiłam. Nie chciałam wydawać pieniędzy na obcego człowieka. Córka zapłakała: Jesteś już dla mnie nikim, nie mam matki! i zerwała kontakt. Przez jedenaście lat nie odezwała się ani słowem.

Powoli wróciłam do swojego pokoju. Głowę miałam pełną ciężkich wspomnień. Gdy nagle za mną rozległo się wołanie:
Mamo!
Serce zamarło mi w piersi. Odwróciłam się i zobaczyłam Elżbietę. Kolana ugięły się pode mną, gdy córka przytrzymała mnie w ramionach.

Szukałam cię długo, mamo! Michał nie chciał podać adresu. Dopiero gdy zapowiedziałam, iż zgłoszę sprawę do sądu za nielegalną sprzedaż mieszkania, zdradził ci miejsce! mówiła, ściskając moją rękę. Wybacz, iż nie mogłam wcześniej przyjechać. Najpierw długo na ciebie się gniewałam, potem odkładałam to tygodniami. Aż śniło mi się, iż chodzisz sama po lesie i płaczesz. Rano obudziłam się cała roztrzęsiona. Opowiedziałam mężowi o tym śnie kazał natychmiast przeprosić i pogodzić się z tobą. Wróciłam do starego mieszkania, ale mieszka tam zupełnie obca rodzina. Musiałam długo szukać numeru Michała. Mamy teraz duży dom niedaleko Helu i mój mąż nalega, abyś zamieszkała razem z nami.

Nie mogłam powstrzymać łez, które spływały mi po policzkach. Ale tym razem były to łzy kilkuletniej nadziei i radości. Przytuliłam Elżbietę z całych sił, czując, iż jeszcze na coś czekam w tym życiu.

Idź do oryginalnego materiału