Mamo, Ty poważnie? Restauracja Wilanów? Przecież tam kolacja to minimum dwa tysiące złotych! Od osoby!
Igor rzucił kluczami o półkę z takim impetem, iż z brzękiem odbiły się od ściany. Ola odwróciła się od kuchenki, gdzie akurat mieszała sos, i od razu zauważyła zbielałe knykcie męża, który kurczowo ściskał komórkę.
Jeszcze przez chwilę w milczeniu słuchał mamy, po czym zaklął i gwałtownie zakończył rozmowę.
Co się stało?
Igor ciężko opadł na krzesło przy stole i zapatrzył się w talerz z ziemniakami. Ola wyłączyła palnik, wytarła ręce w ściereczkę i usiadła naprzeciwko.
Igor
Mama kompletnie zwariowała. Na stare lata. Podniósł wzrok, a w jego oczach Ola zobaczyła taką mieszaninę złości i bezsilności, iż aż ścisnęło jej się serce. Pamiętasz, mówiłem Ci o tym Walerianie? Z tańców?
Ola skinęła głową. Teściowa wspominała o nowym znajomym miesiąc temu przelotnie, z lekkim rumieńcem, bawiąc się brzegiem obrusu. Wyglądało to wtedy na coś uroczego: wdowa w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, pięć lat samotności, a tu klub tańca przy Domu Kultury, czarujący dżentelmen, co doskonale prowadzi w walcu.
No więc Igor odsunął od siebie talerz. Zabierała go do Wilnowa. Trzy razy w dwa tygodnie. Garnitur mu kupiła za dziewiętnaście tysięcy. W ostatni weekend byli razem w Krakowie, zgadnij, kto płacił za hotel i wycieczki?
Pani Zofia.
Brawo. Przetarł zmęczoną ręką twarz. Mama te pieniądze oszczędzała latami. Na remont, na czarną godzinę. A teraz wydaje wszystko na faceta, którego zna od półtora miesiąca. Koszmar jakiś
Ola milczała, szukając odpowiednich słów. Teściową znała dobrze: romantyczna, otwarta, aż do naiwności ufna. Z tych kobiet, które wierzą w wielką miłość choćby po pięćdziesiątce.
Słuchaj, Igor położyła dłoń na jego ręce. Pani Zofia jest dorosła. To jej pieniądze, jej decyzje. Nie wtrącaj się i tak teraz nikogo nie posłucha.
Ola, ona popełnia błąd za błędem!
Tak. Ale ma do tego prawo. I w ogóle uważam, iż trochę przesadzasz.
Igor wzruszył ramionami, ale dłoni nie cofnął.
Nie mogę patrzeć, jak…
Wiem, kochanie. Ale jej życia za nią nie przeżyjesz. Pogłaskała go po nadgarstku. Musi ponosić konsekwencje. choćby jeżeli to dla nas trudne. Przecież to całkiem rozważna osoba.
On pokiwał głową niechętnie.
Dwa miesiące minęły błyskawicznie. Temat Waleriana przycichł teściowa dzwoniła coraz rzadziej, mówiła wymijająco, jakby coś ukrywała. Ola uznała, iż to uczucie wygasło samo i przestała się przejmować.
Dlatego kiedy w niedzielny wieczór rozległ się dzwonek do drzwi i na progu stanęła pani Zofia, Ola nie od razu załapała, o co chodzi.
Dzieci! Moje kochane dzieci! teściowa wpadła do mieszkania, zostawiając po sobie smugę słodkich perfum. Oświadczył mi się! Patrzcie! No patrzcie tylko!
Na palcu lśnił pierścionek z malutkim oczkiem. Tani, ale ona patrzyła na niego tak, jakby to był brylant.
Bierzemy ślub! W przyszłym miesiącu! On jest taki Przytuliła dłonie do policzków i roześmiała się głośno, dziewczęco. Nigdy nie sądziłam, iż w tym wieku… I jeszcze to przeżyję
Igor objął mamę, a Ola zauważyła jak miękną mu ramiona. Może wcale nie jest tak źle. Może ten Walerian ją naprawdę kochał, a oni wszystko wyolbrzymili.
Gratulujemy, mamo. Igor odsunął się, uśmiechając się szeroko. Należy Ci się szczęście.
A ja już przepisałam mu mieszkanie! Teraz naprawdę jesteśmy rodziną! wypaliła nagle pani Zofia i w kuchni zapanowała totalna cisza.
Ola przestała oddychać. Igor zesztywniał, jakby wpadł na szybę.
Co co powiedziałaś?
Mieszkanie. Teściowa machnęła ręką, nie widząc ich twarzy. No, żeby wiedział, iż mu ufam. Przecież to miłość, dzieci, prawdziwa miłość! A miłość to zaufanie.
Zapanowała taka cisza, iż słychać było zegar w salonie.
Pani Zofio odezwała się Ola, wyjątkowo spokojnie i powoli. Przepisała pani mieszkanie komuś, kogo zna od trzech miesięcy? Jeszcze przed ślubem?
I co z tego? Teściowa uniosła podbródek. Wierzę mu, to dobry człowiek. Wy mnie nie rozumiecie, źle o nim myślicie.
Wcale nic nie myślimy. Ola zrobiła krok do przodu. Ale można było poczekać, choćby do aktu ślubu. Po co się spieszyć?
Nie rozumiecie. To jest dowód miłości. Pani Zofia skrzyżowała ramiona. Co wy wiecie o prawdziwych uczuciach? O zaufaniu?
Igor w końcu odetchnął ciężko.
Mamo
Nie! tupnęła nogą, i Ola nagle zobaczyła w niej uparciuchę, nie kobietę po przejściach. Nie chcę słuchać! Po prostu zazdrościcie mi szczęścia! Chcecie wszystko zepsuć!
Obróciła się na pięcie, uderzając ramieniem o framugę, i już po chwili zatrzęsły się szyby w kredensie, gdy trzasnęły drzwi wejściowe…
Ślub był skromny lokalny urząd stanu cywilnego na Ochocie, sukienka z lumpeksu, bukiet z trzech róż. Ale pani Zofia promieniała tak, jakby brała ślub w Mariackim. Walerian masywny facet z zakolami i śliskim uśmieszkiem zachowywał się idealnie. Całował ją w rękę, odsuwał krzesło, nalewał szampana. Wzór mężczyzny.
Ola przyglądała mu się zza kieliszka. Coś tu nie gra. Oczy. Gdy patrzył na Zofię, źrenice zostawały zimne, wyrachowane. Zawodowa troskliwość. Wyuczona czułość.
Nic nie mówiła. Jaki to ma sens, skoro i tak nikt nie słucha?
Pierwsze miesiące pani Zofia dzwoniła co tydzień aż się dławiła radością, wyliczając restauracje i teatry, gdzie ją zapraszał cudowny mąż.
On taki troskliwy! Przyniósł mi wczoraj róże, ot tak, bez powodu!
Igor słuchał, kiwał głową, rozłączał się i długo siedział nieruchomo, wpatrzony w pustkę.
Ola niczego nie komentowała. Czekała.
Rok zleciał błyskawicznie.
A potem znów dzwonek do drzwi
Ola otworzyła i zobaczyła na progu kobietę, której z trudem poznawała. Teściowa postarzała się o dziesięć lat: zmarszczki wypukłe, oczy zapadnięte, ramiona zgarbione. W ręku stary, zniszczony kuferek. Jeszcze ten sam, z którym wyjeżdżała do Krakowa.
On mnie wyrzucił. Pani Zofia zaszlochała. Wniósł pozew, wyrzucił mnie z mieszkania. Teraz to jego według papierów.
Ola odsunęła się, wpuszczając ją do środka.
Czajnik zagotował się szybko. Teściowa siedziała skulona w fotelu, obejmując filiżankę, i płakała cichutko, bez nadziei.
Tak go kochałam. Wszystko dla niego robiłam. A on po prostu
Ola nie przerywała. Głaskała ją po plecach i czekała, aż łzy wyschną.
Igor wrócił z pracy godzinę później. Stanął w progu, spojrzał na matkę i zesztywniał jak posąg.
Synku. Pani Zofia wstała, wyciągnęła do niego ręce. Synku, nie mam gdzie mieszkać Przyjmij mnie, ja naprawdę zajmę tylko jeden pokój. Dzieci mają obowiązek dbać o rodziców, przecież
Stop. Igor uniósł dłoń. Stop, mamo.
Nie mam pieniędzy. W ogóle. Wszystko poszło na niego, choćby grosza nie mam. Emerytura niewielka, sam wiesz
Ostrzegałem cię.
Co?
Mówiłem. Igor usiadł ciężko na kanapie, jakby ktoś nałożył mu worek kamieni. Mówiłem: nie spiesz się. Poznaj tego człowieka. Nie przepisuj mieszkania. Pamiętasz co mi odpowiedziałaś?
Teściowa spuściła wzrok.
Że nie rozumiemy prawdziwej miłości. Że zazdrościmy. Ja to świetnie pamiętam, mamo!
Igor wtrąciła cicho Ola, ale mąż tylko pokręcił głową.
Nie. Niech usłyszy. Zwrócił się do matki. Jesteś dorosła. Zrobiłaś wybór. Zignorowałaś wszystkich, którzy próbowali cię powstrzymać. A teraz chcesz, żebyśmy my naprawiali skutki?
Ale jestem twoją matką!
Właśnie dlatego jestem zły! Igor zerwał się z kanapy, nagle krzyknął. Mam dość, mamo! Mam dość, iż marnujesz życie, a potem biegniesz do mnie po pomoc!
Pani Zofia zgarbiła się, zmalała.
On mnie oszukał, synku. Ja naprawdę kochałam, wierzyłam
Wierzyłaś. Igor przeczesał włosy ręką. Tak bardzo, iż oddałaś mieszkanie obcemu facetowi. Wspaniale, mamo. Po prostu wspaniale. A nie pomyślałaś, iż to mieszkanie kupił tata!
Przepraszam cię. Łzy znowu popłynęły po jej policzkach. Przepraszam. Byłam ślepa, wiem. Ale daj mi szansę, proszę Już nigdy
Dorosły człowiek odpowiada za swoje czyny. Igor mówił cicho, zmęczonym głosem. Chciałaś być samodzielna? Proszę bardzo. Znajdź sobie mieszkanie. Zorganizuj życie. Jak umiesz.
Pani Zofia z płaczem wyszła z mieszkania. Ola spędziła całą noc przy mężu, tuląc go za rękę. Igor nie płakał. Po prostu patrzył w sufit i czasem ciężko wzdychał.
Dobrze zrobiłem? spytał nad ranem, gdy za oknem świtało.
Tak. Ola pogłaskała go po policzku. Drastycznie. Boleśnie. Ale dobrze.
Rano Igor zadzwonił do matki i wynajął jej pokój w starej kamienicy na Pradze. Opłacił pół roku z góry. To była ostatnia pomoc, na jaką się zdecydował.
Dalej radź sobie sama, mamo. Sama. Tak, jak będziesz pozywać do sądu, pomożemy, pokryjemy koszty. Ale zamieszkać u nas nie
Ola słuchała i myślała o sprawiedliwości. O tym, iż czasem najboleśniejsza lekcja jest tą jedyną, co działa. Teściowa dostała dokładnie to, na co zasłużyła swoją ślepotą.
I z tą myślą było jej jednocześnie przykro i spokojnie. I gdzieś w głębi miała przekonanie, iż to jeszcze nie koniec, a wszystko się poukłada. Nie wiadomo jak, ale się ułożyKilka miesięcy później, gdy wiosna zaglądała w okna rozkwitłym bzem, Ola gotowała rosół, a Igor podlewał kwiaty na balkonie, zadzwonił telefon. Ekran rozświetliło imię Mama. Ola, patrząc na wyświetlacz, uśmiechnęła się cicho.
Odbierzesz? zapytała, podsuwając aparat Igorowi.
Spojrzał na ekran i po chwili odebrał.
Słucham, mamo?
Po drugiej stronie cisza, długa aż Ola zaniepokoiła się, czy rozmowa nie przerwała się przypadkiem.
Igor zaczęła niepewnie pani Zofia. Chciałam ci podziękować. I przeprosić.
Igor zamarł, a Ola zatrzymała łyżkę w połowie ruchu.
Dziękuję, iż mnie wtedy nie przyjęliście do siebie. Musiałam się nauczyć Jak to jest trzymać się na powierzchni, kiedy nikt nie podaje ręki. I nauczyłam się. Dałam sobie radę.
Zatrzymała się na moment, jakby układała słowa z wielką ostrożnością.
Wiem już, iż miłość to nie wszystko. Że trzeba kochać siebie i myśleć, zanim się odda cały świat komuś obcemu. Ale wiesz Poznałam kogoś. Tym razem powoli choćby na kawę spotykamy się tylko w parku.
Igor westchnął, tym razem z ulgą, nie ze zmęczenia. W jego oczach Ola zobaczyła cień dawnego ciepła.
Mamo cieszę się. Wreszcie się uśmiechnął. Tylko pamiętaj: druga szansa należy się każdemu, ale w patrzeniu pod nogi nie ma nic złego.
Po skończonej rozmowie Igor położył telefon na stole i spojrzał na Olę. Oboje wiedzieli, iż życie nie wraca nigdy dokładnie na stare tory, ale iż zawsze, choćby po największej burzy, można znaleźć nową ścieżkę.
Bo czasem prawdziwa nauka przychodzi bolesną drogą i jest darem, który otwiera człowieka nie na naiwność, a na mądrą, czujną miłość. choćby jeżeli życie trzeba zaczynać od nowa, z jednym starym kuferkiem i własnym sercem na dłoni.
I tego wieczoru, kiedy wiatr pachniał bzami, a w garnku bulgotał rosół, żadne z nich nie czuło już goryczy, tylko spokój i cichą nadzieję, iż wszystko choć już inne jednak się poukładało.















