Nazywam się Bartosz Wieczorek, mam sześćdziesiąt jeden lat i przez trzydzieści dwa lata prowadziłem sklep z płytami winylowymi przy ulicy Świętojańskiej w Gdyni. Sklep zamknąłem dwa lata temu — czynsz podskoczył, a młodzi wolą Spotify. Ale ludzi, którzy tam przychodzili, pamiętam dobrze. Zwłaszcza tę parę.
Poznałem ich w dziewięćdziesiątym trzecim. On grał muzykę elektroniczną, ona śpiewała — nie powiem tu jak się naprawdę nazywali, bo obiecałem sobie, iż nie będę handlował cudzymi nazwiskami, powiem tylko: on Adam, ona Halina. Przychodzili do mnie, kiedy byli w Polsce z jakąś trasą albo po prostu na urlopie — Halina miała tu jakieś dalekie korzenie po babce, więc lubiła wpadać. Kupowali płyty dla syna. Chłopak miał chyba z osiem lat, kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, w za dużej kurtce, z minę taką, iż nic go nie interesuje. A potem Adam podał mu płytę Green Day i twarz chłopaka się zmieniła. Kupili trzy egzemplarze — na wypadek gdyby jeden się zniszczył w podróży.
Zapach w sklepie pamiętam do dziś: kurz, tektura, trochę stęchlizny od starych okładek i kawa z termosu, który zawsze stały u mnie na ladzie. Radio grało cicho w tle, czasem Trójka, czasem stara kaseta. Kot sąsiada z warzywniaka, rudy, chudy, wchodził czasem przez uchylone drzwi i układał się na pudle z płytami klasyki — nikt go nigdy stamtąd nie przegonił.
Halina nie zachowywała się jak gwiazda. To było pierwsze, co zauważyłem. Nie miała przy sobie ochroniarza, nie kazała nikomu nosić toreb. Raz zapytała mnie, czy mam coś Niny Simone na winylu, bo akurat wtedy — mówiła — potrzebowała czegoś, co ją "postawi z powrotem na nogi". Nie tłumaczyła dlaczego. Ja się nie pytałem. Nie moja sprawa.
Adam za to potrafił stać pół godziny przy półce z muzyką elektroniczną, gadając ze mną o jakichś niemieckich wydawnictwach z lat siedemdziesiątych, których choćby ja nie znałem. Miał taki spokój w sobie, jakiego u ludzi z show-biznesu się nie spodziewasz. Zawsze płacił gotówką, zawsze dawał chłopakowi wybrać coś dla siebie, choćby jeżeli to było zupełnie inne od tego, czego on sam słuchał.
Był taki jeden wieczór, może dziewięćdziesiąty ósmy, dziewięćdziesiąty dziewiąty — nie pamiętam dokładnie roku, ale pamiętam, iż na dworze lało jak z cebra i syn siedział na krześle przy kasie, machając nogami, bo nie sięgał podłogi. Halina wyglądała inaczej niż zwykle. Zmęczona. Nie umalowana tak jak na scenie, włosy związane byle jak. Zapytałem ją, czy wszystko gra, tak, jak się pyta klienta, którego się trochę zna. Powiedziała, iż dopiero wróciła z trasy, iż zostawiła koncerty w połowie sezonu, bo syn potrzebował jej w domu bardziej niż sale potrzebowały jej głosu. Powiedziała to bez żalu w głosie. Jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie — zrezygnować z czegoś takiej wielkości dla ośmiolatka z za dużą kurtką.
Adam stał obok i nic nie mówił, tylko położył jej rękę na ramieniu, tak zwyczajnie, jakby robił to tysiąc razy dziennie. I może robił.
Widziałem ich razem z pięć, sześć razy przez te wszystkie lata. Ostatni raz musiało być z dziesięć lat temu, syn był już dorosłym mężczyzną, wysokim, w okularach, kupował coś dla siebie, sam, bez rodziców przy boku. Wszedł, przywitał się ze mną, jakbyśmy się znali od dawna, chociaż ja go pamiętałem głównie z tamtego krzesła przy kasie. Zapytał, czy mam coś z francuskiej muzyki elektronicznej, bo — powiedział — ojciec by to docenił na urodziny.
Zapłacił kartą. Czasy się zmieniły.
Nie wiem, co się z nimi dzieje teraz. Nie śledzę takich rzeczy, nie mam Instagrama, żona się śmieje, iż jestem ostatnim człowiekiem w Trójmieście bez konta. Ale pamiętam tamten wieczór z deszczem, rękę na ramieniu i chłopaka z płytami przyciśniętymi do piersi, jakby to były coś więcej niż winyle. Sklep już nie istnieje. Półki rozdałem, kota sąsiada przygarnął ktoś inny. Ale ten obraz — kobieta zmęczona, mężczyzna cichy, dziecko szczęśliwe — został.







![Dolny Śląsk: Tajemnicza kolia z 42 zębów. Archeolodzy odkryli ją w kurhanie sprzed około 5 tys. lat [+FOTO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/08/UMS.jpg)





