Śniłam o szczęściu, planowałam przyszłość, a dostałam tylko upokorzenia!
Mam na imię Elżbieta Krawczyk i mieszkam w Toruniu, gdzie Kujawsko-Pomorskie ukrywa swoje zaciszne uliczki w cieniu starych drzew. Spotkałam go ponownie na zjeździe absolwentów – po dwudziestu latach. Staś stał przede mną, nieco szerszy w ramionach, z rozwichrzonymi włosami, ale jego oczy – duże, głębokie, pełne tej samej tęsknoty – przeszywały mnie na wskroś, jak za młodu. Zaprosił mnie do tańca, jak wtedy, gdy byliśmy parą. Poczułam jego ciepło, jego oddech, jego siłę – i moje ciało zadrżało, jakby czas cofnął się. Tej nocy znów pojawił się w moich snach, i zrozumiałam, iż dawna miłość nie umarła.
Dlaczego się rozstaliśmy? Nie pamiętam. Trzy lata żyliśmy jak mąż i żona, snuliśmy plany: domek z ogrodem, mały sklepik z kwiatami i świecami, wymyślaliśmy imiona dzieciom – Ania, Igor… A potem zniknął – bez słowa, bez śladu, zostawiając mnie w pustce. Na spotkaniu, po kilku kieliszkach wina i tańcach, oboje wiedzieliśmy: to szansa na nowy początek. Po pół roku przeprowadziłam się do niego do Wrocławia, do jego domu. Jego żona zmarła, a ja nie znalazłam nikogo, z kim mogłabym zbudować dom. Na początku wszystko było dobrze, ale marzenia o szczęściu zamieniły się w koszmar.
Chciałam miłości, a dostałam tylko poniżenie. Staś miał dwóch synów – 16 i 18 lat, Arka i Łukasza. Nie próbowałam być dla nich matką – to byłoby głupie. Chciałam tylko przyjaźni, zrozumienia, by mnie zaakceptowali. Starałam się z całych sił: otaczałam ich troską, gotowałam, kupowałam prezenty, ustępowałam, by w domu był spokój. Zamiast ciepła, spotkałam się z chłodem. Wszystko pogarszało się, gdy przyjeżdżali rodzice ich zmarłej mamy. Szukałam w nich szacunku – byli przecież częścią rodziny. Ale każda ich wizyta stawała się próbą: patrzyli na mnie jak na obcą, a ja czułam się jak cień.
Miałam 38 lat, nie przywykłam do nowego miasta, obcych ludzi, ich domu. Ciągłe próby dogadzania wszystkim wykańczały mnie. Dusiłam się od bałaganu, który zostawiali chłopcy, od ich obojętności. Starszy, Arek, zaczął przyprowadzać swoją dziewczynę, gdy byłam w pracy. Leżeli w naszej sypialni, w naszym łóżku, brudzili pościel. Korzystała z moich kremów, szczotki do włosów, kapci, burzyła kuchnię tak, iż godzinami sprzątałam po jej chaosie. Młodszy, Łukasz, ciągle narzekał: iż ubrania, które mu kupiłam, nie takie, iż jedzenie nie jak u mamy. „Jesteś tylko gospodynią, siedzisz w domu i nic nie robisz” – rzucał mi w twarz. Znosiłam to, jak długo mogłam. A gdy próbowałam porozmawiać z Stasiem, odpychał mnie, jakby moje słowa były bezwartościowe.
Marzyłam, by zaprzyjaźnić się z sąsiadami – mówią, iż są bliżsi niż rodzina. Ale i tu czekało mnie rozczarowanie: wszyscy tylko mówili, jaka idealna była jego zmarła żona. A ja? Jestem tu, żywa, kochałam go przez te lata, porzuciłam wszystko – pracę, miasto, dotychczasowe życie – dla niego i jego rodziny. Pomyślałam: jeżeli urodzę dziecko, wszystko się zmieni, zaczną mnie szanować. Ale gdy o tym wspomniałam, Stanisław stanowczo powiedział: „Mam dzieci, więcej nie chcę”. A ja? Zostałam z pustymi rękami, z marzeniem o macierzyństwie, które zniszczył.
Po tym wszystko zaczęło się sypać. Staś się zmienił – nie był już tym chłopcem z mojej młodości. Życie wypaliło w nim ciepło, patrzył na mnie z niechęcią. Znajdował we mnie wady, czepiał się, jak jego synowie. Próbowałam z całych sił, ale wszystko było na próżno. Miarka się przebrała, gdy wróciłam z pracy i zobaczyłam dziewczynę Arka w moim szlafroku. Krążyła po domu jak właścicielka, a to było moje – osobiste, jak bielizna, którą mogła zakładać za moimi plecami! Opanowałam się, cicho powiedziałam: „Nie dotykaj moich rzeczy, proszę”. A ona zaśmiała mi się w twarz: „Daj spokój, nie denerwuj się!” Dlaczego? Karmiłam ją, sprzątałam po niej, jak po swojej, a ona odpłaciła mi pogardą.
Wybuchłam, wybiegłam z pokoju. Staś wyskoczył z kuchni, czerwony ze złości i rzucił się na mnie z krzykiem. Stałam, osłupiała, nie wierząc własnym uszom. Nazywał mnie leniem, krzyczał, żebym się wynosiła z jego domu, rzucał we mnie przedmiotami – kubkiem, książką, co było pod ręką. Łzy zalewały mi oczy, chwyciłam torbę i wybiegłam na ulicę, jak stałam. Wsiadłam do pierwszego pociągu do Torunia, do rodziców. Rano przysłał moje rzeczy kurierem – zimno, bez słowa, jak śmieci.
Mówią, iż czas leczy rany. Staram się o tym nie myśleć. Ból cichnie, ale rana zostaje. Wierzę, iż znajdę kogoś, kto pokocha mnie – prawdziwą, z moimi marzeniami i bliznami. Staś był moją pierwszą miłością, ale nie przeznaczeniem. Chciałam szczęścia, a dostałam rozbite kawałki. Teraz jestem w moim Toruniu, wśród znanych ulic, i uczę się znów oddychać, mając nadzieję, iż przede mną czeka światło, a nie nowe upokorzenia.