Pies pamięta ulicę Bema, choć minęło dziewięć lat
Weronika Duda pracowała w schronisku przy ulicy Grunwaldzkiej w Toruniu dopiero drugi miesiąc, kiedy dostała tę suczkę po raz czwarty. Metryczka na kojcu numer 11 mówiła: Bella, owczarek mieszaniec, wiek około dziesięciu lat. Trzy rodziny już ją oddały. Pierwsza napisała, iż "boi się wszystkiego". Druga zwróciła ją po dziewięciu dniach z adnotacją: "drży, nie je przy ludziach". Trzecia rodzina, państwo Kowalscy z Bydgoszczy, przywieźli ją z powrotem w niedzielny wieczór i powiedzieli tylko, iż pies całymi dniami siedział pod pralką w kotłowni i warczał, kiedy ktokolwiek próbował go dotknąć. Nikt się wtedy nie zastanawiał dlaczego akurat tam — pralka pracowała cyklicznie, głośno, z tym samym rytmicznym stukotem co silnik ciężarówki, która kiedyś potrąciła Bellę na drodze.
Weronika nie miała z tym problemu, przywykła. Ale coś ją tknęło, żeby zajrzeć do starej dokumentacji, tej jeszcze papierowej, którą trzymano w segregatorach na zapleczu, bo elektroniczna baza sięgała dopiero 2019 roku. W kartonowej teczce z odciśniętym kubkiem po kawie znalazła kartkę sprzed dziewięciu lat. Napisano na niej odręcznie, iż suczka o imieniu Bella była pod opieką tymczasową przez prawie osiem miesięcy u starszej kobiety, niejakiej Ireny Sobczak, która zajmowała się nią po tym, jak psa znaleziono rannego przy trasie numer 10 pod Włocławkiem, potrąconego przez samochód ciężarowy.
Zadzwoniła pod numer z teczki, licząc się z tym, iż będzie nieaktualny. Odebrała kobieta, głos miała chrapliwy, jakby dopiero co obudzona z popołudniowej drzemki. Pani Sobczak nie widziała psa od dnia, kiedy Bella trafiła wtedy do adopcji, dziewięć lat temu. Miała teraz 79 lat, poruszała się o balkoniku, mieszkała sama w kawalerce na Bielanach w Toruniu, odkąd zmarł jej mąż. Powiedziała, iż nie jest pewna, czy pies w ogóle ją skojarzy po tylu latach, ale przyjedzie, bo sąsiadka zawiezie ją samochodem.
Przyjechały we wtorek, tuż po trzynastej. Na zewnątrz padał ten drobny, uporczywy deszcz, jaki bywa w Toruniu we wrześniu, a w korytarzu schroniska pachniało mokrą sierścią i środkiem do dezynfekcji podłóg. Z radia w dyżurce leciała jakaś stara piosenka Maryli Rodowicz, ktoś ją ściszył, gdy zobaczył, iż przyjechała gościni o kulach.
Bella została w głębi kojca, przy samej ścianie, i patrzyła. Pani Sobczak stanęła przy kratach, oparła się na balkoniku i przez chwilę nic nie mówiła. Potem, cicho, powiedziała imię, którego w schronisku od dawna nikt już nie używał w ten sposób.
— Bellunia.
Pies uniósł głowę.
Zaczął węszyć, usiadł i wpatrywał się w twarz kobiety. A potem ogon zastukał o betonową podłogę kojca, raz, drugi, coraz szybciej.
Kilka sekund później Bella rzuciła się w stronę drzwiczek.
Kiedy Weronika je otworzyła, suczka nie pobiegła korytarzem, nie rzuciła się na nikogo z obecnych, nie zaczęła obwąchiwać innych kojców. Poszła prosto do pani Sobczak, wcisnęła się całym ciałem w jej nogi i wydała ten sam cichy, skowyczący dźwięk, jaki robiła jako przestraszony młody pies dziewięć lat temu.
Pani Sobczak nie mogła usiąść na podłodze, biodro by tego nie wytrzymało, więc pochyliła się, ile mogła, opierając balkonik jedną ręką, i objęła psa drugą.
— Pamiętasz mnie — powiedziała. Nie było w tym pytania.
Sąsiadka, pani Halina, stała z tyłu i milczała, tylko wyjęła z torebki chusteczkę i przetarła nos, mówiąc, iż to od kurzu w schronisku.
Radość trwała krótko. Weronika musiała zadzwonić do kierowniczki, pani Barbary Wiśniewskiej, która akurat była na zwolnieniu i odebrała telefon z przychodni, gdzie czekała na wynik badania krwi. Barbara wysłuchała i powiedziała wprost, iż nie może zgodzić się na adopcję przez osobę w wieku 79 lat, samą, poruszającą się o balkoniku, bez rodziny w mieście — regulamin fundacji wymagał opiekuna rezerwowego, a takiego formularza pani Sobczak wypełnić nie miała komu.
Weronika przekazała to pani Sobczak, patrząc, jak starsza kobieta trzyma dłoń na karku psa, który wcisnął się jej w kolana i nie chciał odejść ani na krok. Pani Halina, słysząc to, odłożyła chusteczkę do torebki i powiedziała, iż ona podpisze się jako opiekun rezerwowy — mieszka piętro niżej, zna psa od dziś, ale zna panią Sobczak od dwudziestu lat, to chyba się liczy.
Barbara zadzwoniła jeszcze raz po piętnastu minutach, kiedy Weronika przefaksowała jej dane sąsiadki i numer telefonu do potwierdzenia. Kazała już wpisywać dane do umowy adopcyjnej.
Ustalili, iż fundacja przy schronisku, ta sama, która organizowała wolontariat dla seniorów, zorganizuje pani Sobczak pomoc: wolontariuszkę do wyprowadzania psa dwa razy dziennie i dowóz na wizyty do weterynarza przy ulicy Szosa Chełmińska, bo tam było najbliżej. Koszt karmy i szczepień, około 60 złotych miesięcznie, miała pokrywać fundacja przez pierwszy rok.
Wyszły ze schroniska tego samego popołudnia. Deszcz akurat ustał, na parkingu stał zaparkowany bokiem stary opel pani Haliny, a Bella wskoczyła na tylne siedzenie sama, bez podnoszenia, i położyła łeb na oparciu, patrząc przez okno na budynek schroniska.
Tej pierwszej nocy suczka spała przy fotelu pani Sobczak, na starym kocu w kratę, który leżał tam jeszcze sprzed lat, nigdy nieoddany do pralni, bo pani Sobczak nie miała serca go wyrzucić. Pralki w tym mieszkaniu nie było — stała w piwnicy, dwa piętra niżej, i Bella nigdy choćby nie zbliżyła się do drzwi piwnicznych.
Rano sąsiadka zapukała z pytaniem, czy nie trzeba czegoś przynieść ze sklepu na Mickiewicza. Pani Sobczak odpowiedziała przez uchylone drzwi, iż nie, dziękuje, iż wszystko już ma. Za jej plecami, na dywanie, leżała Bella z łbem opartym o nogę fotela i uchem skierowanym w stronę drzwi, oddychając równo i głęboko.











