Joanna stała w korytarzu, przyciskając telefon do ucha. Za drzwiami łazienki słyszała stłumiony głos Marka, który mówił coś o „złotku” i iż dzisiaj nie może, bo obiecał żonie kino. Dość. Mężczyzna, z którym dwa lata temu brała ślub w urzędzie na Starym Mieście, nazywał inną kobietę „słoneczkiem”. Wyszła z korytarza, usiadła w kuchni na stołku i wbiła wzrok w filiżankę z zimną już kawą. Został po niej brązowy ślad na porcelitowej ściance, wyglądał jak pęknięcie.
Marek wrócił do pokoju, rozłączył się i schował komórkę do kieszeni spodni. choćby nie spojrzał na żonę.
To była ta nowa z jego działu — Klaudia. Joanna wiedziała, bo pół roku wcześniej sama mu pomagała wybierać służbową koszulę na firmową Wigilię, a on wtedy powiedział, iż „ta Klaudia to naprawdę ogarnięta dziewczyna”. I tyle. A teraz okazuje się, iż nie tylko ogarnięta, ale i chętna do przyjmowania cudzych mężów w cudzych łóżkach.
Zadzwoniła do znajomej z biura męża, Ewy. Ta potwierdziła: Klaudia Malinowska, mężatka, mąż prowadzi warsztat samochodowy na Pradze. W internecie znalazła go w niecałe dziesięć minut. Artur Malinowski, lat czterdzieści dwa, na zdjęciu profilowym stoi przy czerwonym audi A4. Pod spodem numer telefonu, bo w ogłoszeniu o usługach blacharskich zostawił kontakt. Joanna zapisała go na kartce, a potem przepisała do notatek w telefonie. Na wszelki wypadek.
W niedzielę powiedziała Markowi, iż musi na trzy dni pojechać do siostry do Białegostoku. Pomóc przy remoncie kuchni. Marek prawie się ucieszył.
— Jasne, jedź, rodzinie trzeba pomagać.
Nawet nie zauważył, iż nie wzięła dużej torby, tylko małą torbę na ramię. Wyszła rano, pojechała do pracy, a po południu zamiast na dworzec wróciła na swoje osiedle. Na Ursynowie. Zostawiła samochód dwie ulice dalej, koło piekarni, gdzie zawsze pachniało drożdżówkami z serem. Stanęła pod blokiem, w kieszeni płaszcza zacisnęła palce na kluczach. W oknie sypialni na trzecim piętrze paliło się światło. Ktoś tam był.
Kwadrans później na balkonie stanęła kobieta. Chuda, ciemne włosy, krótkie spodenki, w ręku e-papieros. Joanna wyjęła telefon i nagrała krótkie wideo. Ręce jej się trzęsły, obraz skakał, ale twarz wyszła dobrze. Klaudia. We własnej osobie. W jej mieszkaniu.
Znalazła numer Artura i zadzwoniła, opierając się o chłodną ścianę sąsiedniego bloku.
— Dzień dobry, pan Artur? Bardzo pana przepraszam za najście. Nie znamy się, ale pańska żona jest teraz w moim mieszkaniu z moim mężem. Tak, w sypialni. Podam panu adres.
Artur, jak się okazało, był dziesięć minut drogi stąd. Suszył właśnie lakier po kolizji w swoim warsztacie, więc wpadł w poplamionych farbą dżinsach i z kluczykiem dynamometrycznym wystającym z kieszeni bluzy. Wyglądał, jakby go ktoś wyciągnął spod auta.
— Pani Joanno, wchodzimy razem. Bez żadnych scen, chcę tylko zobaczyć. Potem się zobaczy.
Weszli na górę. Joanna przekręciła klucz w zamku, starała się robić to powoli, ale zamek zgrzytnął. W przedpokoju stały buty Marka i obok damskie botki na obcasie, zamszowe, beżowe. Takie, na które sama patrzyła w galerii handlowej i uznała, iż są zbyt drogie. W środku pusto, z kuchni dochodził cichy szum lodówki, z sypialni — chichot.
Pchnęła drzwi sypialni.
Marek siedział na brzegu łóżka, w rozpiętej koszuli i boso. Klaudia na jego poduszce, przykryta kołdrą aż pod brodę, trzymała w palcach kieliszek z winem. Joanna pamiętała, iż ten kieliszek dostała od babci razem z kredensem. Czeski kryształ, komplet dwunastu sztuk. Jeden z nich — z lekko wyszczerbionym brzegiem — stał teraz w dłoni kochanki jej męża.
Była gotowa na kłótnię, na krzyki, na płacz. Ale Klaudia zerknęła na męża stojącego w drzwiach i powiedziała tylko, takim dziwnie bełkotliwym tonem:
— Ojej. To chyba nie tak, jak myślicie.
Artur nie podniósł głosu. Podszedł do łóżka, zabrał z jej ręki kieliszek, odstawił na szafkę nocną, obok lampki z abażurem w kolorze starej żółci. Potem odpiął z kluczy jeden mały kluczyk i położył go na szafce.
— To do skrzynki na listy. Wracasz do rodziców, Klaudia. Nie do naszego mieszkania. Rzeczy odbierzesz, jak mnie nie będzie.
Marek spróbował coś powiedzieć, ale Joanna mu przerwała. Wyjęła z torebki wydrukowany w pracy wniosek o rozwód. Nie zaniosła go do sądu, po prostu trzymała w dłoni, jak paragon za zepsuty towar.
— To jest do podpisu. Jutro rano. Potem zmieniam zamki, a twoje rzeczy będą czekać w kartonie pod drzwiami. Cztery torby, nie więcej. Nie zostaniesz w tym mieszkaniu ani jednej nocy.
Marek wciągnął buty, zgarnął z szafy chyba wszystko, co wpadło mu pod rękę, i wyszedł. Klaudia za nim, owinięta w koc, z botkami w ręku. Joanna patrzyła, jak wsiadają do windy, i nie czuła już nic.
Artur stał przy oknie w kuchni, patrzył na parking. Zadzwonił do swojego pracownika i poprosił, żeby zamknął warsztat. Na stole leżała ta kartka z jego numerem, którą Joanna przepisała rano. Wzięła ją, zgniotła i wyrzuciła do kosza pod zlewem. Obok stał pojemnik na szkło; wrzuciła do niego oba kieliszki, z których nikt już nie pił.
W piątek rano, zanim pojechała do sądu, zmieniła zamki. Nowy klucz miał wygrawerowaną cyfrę 3. Oddała stary do kosza z makulaturą, razem z wydrukowanym podaniem o rozwód, które okazało się martwe — bo ostatecznie rozstali się przed notariuszem, szybko, bez orzekania o winie.
Artur przyjechał wieczorem. Przywiózł pudełko z ciastkami z piekarni, przy której Joanna zostawiła wtedy auto. Usiadł na krześle przy drzwiach i powiedział, iż nie może wejść, bo czuje się jak intruz. Ale potem weszli do kuchni, zaparzyła herbatę w dzbanku, który dostała od mamy na parapetówkę. Pili ją w milczeniu, a potem Artur powiedział, iż życzy Markowi, żeby mu kiedyś ktoś tak samo otworzył drzwi w środku nocy.
Kiedy wychodził, Joanna stała w progu i patrzyła na niego, jak wkłada buty z plamą od rozcieńczalnika na nosku. Zatrzymał się na półpiętrze, odwrócił i rzucił:
— Gdyby pani chciała, to mogę pomalować pani przedpokój. Bo ten szary to paskudny kolor. Za darmo, jako sąsiad.
Zamknęła drzwi. W przedpokoju zapachniało tynkiem i herbatą. Wtedy po raz pierwszy od poniedziałku zmyła makijaż przed lustrem, a nie płakała. Wyjęła z szafki w łazience nową szczoteczkę do zębów, bo tamtej, Marka, nie chciała już dotykać. Wyrzuciła ją do kosza razem z kablem od jego ładowarki.
Następnego ranka przyszła paczka. W środku puszka farby w kolorze ciepłej bieli i pędzel z szerokim włosiem. Na kartce przyklejonej do uchwytu ktoś napisał długopisem: „Żeby było od nowa”. Joanna rozpakowała puszkę na gazetach, rozłożyła folię malarską i zdjęła osłonki z kontaktów. Farba pachniała kredą i żywicą.
Malowała całą sobotę. Drugą warstwę położyła w niedzielę po południu, przy otwartym oknie, z radiem nastawionym na Trójkę. W programie leciały stare przeboje z lat dziewięćdziesiątych. Podśpiewywała, bo w końcu nikt jej nie słyszał.
Kiedy ściany wyschły, postawiła w kącie drabinę, na której Marek wieszał kiedyś firany. Teraz stał na niej jej własny cień, krótszy niż myślała, ale spokojny.
Wieczorem zadzwonił Artur, iż dostał z sądu pismo o rozwodzie, i zapytał, czy farba dobrze kryje. Odpowiedziała, iż tak, iż pomalowała też framugi i iż chyba zostawi sobie ten kolor. Chwilę milczał. Potem powiedział, iż jego matka od zawsze powtarza, iż remont to najlepszy sposób, żeby nie zwariować po rozstaniu.
— To przyjedź i sprawdź, czy równo położyłam — odparła i sama się zdziwiła, iż to powiedziała.
Artur przyjechał po godzinie. Stanął w progu, popatrzył na ściany, przesunął dłonią po framudze i powiedział, iż przy krawędzi listwy przydałby się pędzel do detali. Wyjął z kieszeni mały pędzelek, ten sam, którego używał w warsztacie do poprawek przy lakierowaniu. Ukląkł przy drzwiach i poprawił linię przy podłodze, powoli, precyzyjnie, chyba z dziesięć minut.
Joanna przyniosła mu herbatę, tym razem w kubku z napisem „Szefował, nie zaszefował”, który kiedyś kupiła na targu staroci przy Kole. Artur przeczytał napis, zaśmiał się krótko i nie powiedział nic. Potem wstał, obejrzał pędzel pod światło i zostawił go na parapecie.
— To teraz pani wie, kto tu przyjdzie poprawić, gdyby coś było krzywo — powiedział.
Zamknęła za nim drzwi na nowy zamek. Klucz z wygrawerowaną trójką położyła na półce przy lustrze, obok zużytej rolki taśmy malarskiej i śrubokrętu z żółtą rękojeścią. W mieszkaniu pachniało farbą, herbatą i czymś jeszcze — jakby wietrznym rankiem, jakby miało zaraz padać.












