Pięć punktów na kartce w kratkę

polregion.pl 2 godzin temu

Pracuję w kawiarni na Plantach już trzeci rok i zwykle nie zwracam uwagi na gości. Ale ten wtorek zapamiętałem, bo padał deszcz, a ja miałem skończoną zmianę o wpół do ósmej i chciałem już iść do domu. W lokalu został tylko starszy pan przy oknie i para, która usiadła w rogu — kobieta w beżowym płaszczu i mężczyzna w ciemnej marynarce, o jakieś dwadzieścia lat od niej starszy.

Kobieta zamówiła latte z mlekiem owsianym. Mężczyzna poprosił o podwójne espresso i kawałek szarlotki, ale gdy przyniosłem mu talerzyk, choćby nie wziął widelca. Zamiast tego wyciągnął z wewnętrznej kieszeni złożoną na pół kartkę w kratkę, wyrwaną z zeszytu. Położył ją obok filiżanki i zaczął mówić.

Nie słyszałem wszystkiego, bo ekspres do kawy akurat mielił ziarna. Ale potem, gdy goście obok wyszli, a pan przy oknie założył słuchawki, usłyszałem dosyć.

— Marta, analizowałem naszą korespondencję przez trzy miesiące i dwa tygodnie — powiedział. — Teraz, gdy zobaczyłem cię na żywo, mogę przejść do rzeczy. Mam sześć uwag.

Kobieta uniosła brwi, ale nie wyglądała na zdenerwowaną. Zdjęła płaszcz, powiesiła go na oparciu krzesła i odchyliła się do tyłu z filiżanką w dłoni. Zauważyłem u niej na nadgarstku cienką bransoletkę z bursztynem — taką, jakie sprzedają na straganach przy Sukiennicach. Nie zdejmowała z twarzy lekkiego uśmiechu. Jakby słuchała prognozy pogody, a nie listy pretensji.

— Punkt pierwszy — ciągnął mężczyzna. — Zdjęcia. Na tym, gdzie masz bordową sukienkę, wyglądasz szczuplej. Dzisiaj widzę, iż masz mocniejszą budowę. To może wprowadzać w błąd.

Kobieta upiła łyk latte i nic nie powiedziała.

— Punkt drugi — tempo odpowiedzi. Odpisujesz po pięciu, czasem siedmiu godzinach. Dla mnie to sygnał, iż nie traktujesz relacji poważnie. Punkt trzeci: masz zwyczaj jeździć za szybko. To niebezpieczne.

— Skąd to wiesz? — spytała.

— Bo w marcu wspomniałaś, iż z Krakowa do Zakopanego dotarłaś w godzinę i czterdzieści minut. To za gwałtownie jak na tę trasę.

Przetarłem ladę ścierką, żeby nie gapić się zbyt jawnie. Ale czułem, iż patrzę. Bo to była jedna z tych scen, przy których człowiek w środku prosi, żeby ktoś już wstał i wyszedł, a jednocześnie nie chce uronić ani słowa.

— Punkt czwarty — nie masz oszczędności na czarną godzinę. Pytałem cię o to w maju. Zbyłaś to żartem. Punkt piąty: wciąż utrzymujesz kontakt z byłym mężem. Punkt szósty: zamawiasz kawę za osiemnaście złotych, a na pierwszą randkę powinnaś zamówić coś skromniejszego, bo robisz wrażenie rozrzutnej.

Odłożył kartkę na stół i rozprostował ją dłonią, jak paragon. Przez chwilę w lokalu było tylko buczenie lodówki z ciastami.

Kobieta odstawiła filiżankę. Wyjęła z torebki portfel — skórzany, w kolorze kawy z mlekiem. Położyła na stole dwadzieścia pięć złotych banknotem i dwie monety po dwa złote. Dokładnie tyle, ile kosztowała jej latte.

— Nie musisz — powiedział mężczyzna. — Ja stawiam.

— Nie, dziękuję — odparła i wstała. — Nie chcę, żeby szósta uwaga się powtórzyła w wersji o kolacji.

Zawinęła płaszcz wokół ramion, wzięła torebkę i podeszła do wyjścia. Mężczyzna patrzył to na nią, to na kartkę. Potem wstał gwałtownie i ruszył w jej stronę. Usłyszałem, jak mówi:

— Przecież nie skończyłem. Nie oceniłaś moich punktów.

Kobieta przy drzwiach obejrzała się przez ramię. Z bliska zobaczyłem, iż jej uśmiech zniknął. Nie wyglądała na smutną. Wyglądała na zmęczoną, tak jak ludzie po rozmowie z urzędem skarbowym, którzy już wiedzą, iż niczego nie załatwią.

— Oceniam całość — powiedziała. — I dziękuję za espresso. Swoje zapłaciłam.

Wyszła. Na Plantach wciąż padał deszcz. Widziałem przez szybę, jak staje na przystanku tramwajowym, a tramwaj numer czternaście podjeżdża w tej samej chwili, jakby na nią czekał.

Mężczyzna wrócił do stolika. Usiadł. Dopił espresso jednym haustem i spojrzał na ciastko, którego nie tknął. Przez trzy minuty przesuwał widelcem okruchy po talerzyku. Potem schował kartkę z powrotem do marynarki, zapłacił za swoje zamówienie i wyszedł.

Kiedy sprzątałem stolik, znalazłem pod serwetką małą karteczkę — tę, którą kobieta musiała wysunąć z notesu, gdy sięgała po portfel. Leżała zagięta w pół. Nie powinienem był czytać. Ale byłem po swojej zmianie, padało, a na zewnątrz znowu zrobiło się ciemno i zimno. Rozłożyłem ją.

Były tam trzy zdania, napisane granatowym długopisem, drobnym, spokojnym pismem: „Nie idź na randkę z człowiekiem, który robi listy. Wystarczy jedna lista: moja.”

I niżej, po przekreśleniu, inne zdanie: „On nie chce kobiety. On chce dokumentu potwierdzającego zgodność.”

Wyrzuciłem karteczkę do kosza pod ladą razem z fusami i paragonami. Ale zdanie zostało mi w głowie do końca wieczoru. Do dziś, gdy ktoś przy ladzie mówi: „Mam do ciebie jedną uwagę”, od razu spoglądam, czy wyciąga kartkę w kratkę. I cieszę się, iż nie jestem kobietą w beżowym płaszczu, która musiała tego słuchać.

Idź do oryginalnego materiału