Piątkowe ciastka

polregion.pl 1 dzień temu

Wanda Kowalczyk siadała zawsze przy tym samym stoliku, drugim od okna, w jadalni Domu Seniora "Pod Lipami" przy ulicy Kwiatowej w Bydgoszczy. Za oknem rósł kasztanowiec, a na parapecie ktoś od lat trzymał doniczkę z paprotką, której nikt nie podlewał regularnie, a ona i tak rosła.

Miała siedemdziesiąt osiem lat i syna, który dzwonił w każdą niedzielę o siedemnastej, punktualnie, jakby ustawiał sobie przypomnienie w telefonie. Może i ustawiał.

Zajęcia w świetlicy odbywały się we wtorki i czwartki. Gimnastyka przy krzesłach, potem coś, co nazywano "zajęciami plastycznymi", choć w praktyce sprowadzało się do kolorowania gotowych szablonów kwiatków. Wanda przychodziła, siadała z boku, trzymała w ręku kredkę i nie rysowała nic. Po dwudziestu minutach wracała do pokoju.

— Znowu pani nie została do końca — powiedziała kierowniczka działu socjalnego, Beata Sobolewska, kiedy minęła ją na korytarzu. Miała trzydzieści cztery lata i skończone studia z animacji czasu wolnego, dyplom w ramce wisiał w jej gabinecie.

— Nudne to — odparła Wanda krótko i poszła dalej.

Beata zapisała to sobie w zeszycie, tym samym, w którym notowała frekwencję. Przy nazwisku Kowalczyk W. przybywała kolejna kreska. Frekwencja w świetlicy spadała od miesięcy, dyrektor placówki, pan Tadeusz Wroński, pytał o to na każdym zebraniu personelu, a Beata odpowiadała, iż mieszkańcy są coraz mniej chętni do współpracy, iż ludzie się starzeją, iż to normalne.

Aż pewnego dnia, w połowie kwietnia, do Domu Seniora przyjechała nowa osoba na staż — Marta Dudek, dwudziestosześcioletnia terapeutka zajęciowa, świeżo po kursie w Poznaniu. Miała ze sobą teczkę z segregatorami i buty na płaskim obcasie, bo ktoś ją uprzedził, iż tu się dużo chodzi.

Pierwszego dnia usiadła nie w gabinecie, tylko w jadalni, przy tym samym stoliku co Wanda, i po prostu z nią zjadła obiad. Rosół z kluskami, potem kotlet schabowy z kapustą. Nie pytała o nic z ankiety, którą miała wypełnić. Zapytała tylko, czy Wanda grywała kiedyś w karty.

— W tysiąca — powiedziała Wanda. — Z mężem. Codziennie po kolacji, przez czterdzieści jeden lat.

— A teraz?

— A teraz nie ma z kim.

Marta zanotowała to sobie nie w segregatorze, tylko na skrawku papieru, który wsadziła do kieszeni fartucha. Po obiedzie obeszła jeszcze cztery pokoje, porozmawiała z panem Edwardem, byłym kolejarzem, który przez trzydzieści lat pracował na stacji w Inowrocławiu i uwielbiał opowiadać o rozkładach jazdy z lat siedemdziesiątych. Z panią Ireną, która robiła na drutach, ale od kiedy zaćma pogorszyła jej wzrok, przestała, bo bała się pomylić oczka. Z panem Zenonem, emerytowanym stolarzem, który miał w szafie schowane trzy niedokończone szkatułki.

Wieczorem Marta poszła do gabinetu Beaty z kartką pełną notatek.

— Mamy tu ludzi, którzy mają konkretne umiejętności i konkretne tęsknoty — powiedziała. — Pan Zenon nie potrzebuje kolorowanki. Potrzebuje warsztatu stolarskiego, choćby najmniejszego. Pani Kowalczyk nie potrzebuje zajęć plastycznych. Potrzebuje partnera do tysiąca.

Beata spojrzała na nią znad okularów.

— Robimy to, na co mamy budżet i personel. Program jest zatwierdzony przez dyrekcję na cały rok.

— Program nikogo tu nie obchodzi. Frekwencja spada, bo ludzie się nudzą, a nie dlatego, iż są za starzy, żeby cokolwiek robić.

Rozmowa nie skończyła się ustaleniem niczego. Beata wróciła do swoich raportów, Marta wróciła na oddział.

Ale we wtorek, na własną rękę, zamiast prowadzić kolorowanie, Marta przyniosła do świetlicy talię kart do tysiąca i usiadła z Wandą oraz jeszcze dwiema mieszkankami, które akurat siedziały bezczynnie na kanapie. Grali przez godzinę. Wanda wygrała dwa razy, przegrała raz i pod koniec, kiedy liczyła punkty, roześmiała się głośno, tak iż aż pani Irena z sąsiedniego stolika odwróciła się zobaczyć, co się dzieje.

Beata widziała to przez szklane drzwi gabinetu. Nie weszła. Zapisała coś w zeszycie, ale tym razem inaczej niż zwykle.

W czwartek Marta zorganizowała w piwnicy, w pomieszczeniu gospodarczym, gdzie stała stara szafa z narzędziami po poprzednim konserwatorze, mały kącik dla pana Zenona. Zwykła deska, papier ścierny, imadło przykręcone do stołu. Nic więcej. Pan Zenon spędził tam dwie godziny, wyszedł z trocinami na rękawie i twarzą, jakiej nikt w tym budynku od dawna u niego nie widział.

Dyrektor Wroński usłyszał o tym od jednej z opiekunek, która zaniosła mu skargę — nie na Martę, tylko na to, iż "ktoś urządza w piwnicy warsztat bez zgody bhp". Wezwał Beatę i Martę do gabinetu tego samego popołudnia.

— Kto podjął decyzję o udostępnieniu narzędzi mieszkańcowi bez nadzoru technicznego? — zapytał, patrząc na Martę.

— Ja — odpowiedziała. — I będę to robić dalej, jeżeli pan pozwoli, albo znajdę inny sposób, jeżeli pan nie pozwoli. Pan Zenon skończy tam swoją trzecią szkatułkę, zanim pan zdąży napisać kolejny protokół.

Wroński milczał chwilę. Spojrzał na Beatę.

— A pani co na to?

Beata miała przygotowaną odpowiedź o procedurach i budżecie, ale zamiast tego powiedziała co innego.

— Frekwencja na zajęciach spadała od dwóch lat. Od tygodnia rośnie. Nie mam lepszego argumentu niż to.

Wroński nie podpisał tego dnia żadnego nowego protokołu bezpieczeństwa. Kazał tylko przynieść stolarzowi gogle ochronne z magazynu i postawić w piwnicy gaśnicę, która i tak powinna tam stać od lat.

Program zajęć w Domu Seniora "Pod Lipami" zmienił się w ciągu miesiąca, nie na papierze — dyrektor formalnie zatwierdził nowy grafik dopiero w czerwcu — ale w praktyce, sala po sali. We wtorki, zamiast kolorowanek, była gra w karty w trzech grupach, bo zainteresowanie chciało uczestniczyć więcej osób, niż mieściło się przy jednym stole. Pan Edward dostał tablicę korkową, na której przypinał wycinki ze starych rozkładów jazdy i raz w tygodniu prowadził coś, co sam nazwał "pogadanką kolejową", na którą przychodziło regularnie sześć osób, czasem osiem. Pani Irena, której nie udało się już wrócić do robótek, uczyła za to inne kobiety robić przetwory — bo to pamiętała palcami, nie oczami — i we wrześniu jadalnia pachniała gotowanymi śliwkami na powidła.

Wanda Kowalczyk grała w tysiąca co wtorek i czwartek, czasem też w piątki, kiedy Marta przynosiła do świetlicy pudełko drożdżówek kupionych w piekarni na rogu Kwiatowej i Lipowej — nikt nie wiedział, czy z własnej pensji, czy z jakiegoś drobnego funduszu integracyjnego, którego istnienia Beata nigdy wcześniej nie odkryła, bo nikt jej nie pytał, gdzie go szukać.

W październiku, kiedy syn Wandy zadzwonił w niedzielę o siedemnastej, jak zawsze, usłyszał w słuchawce coś, czego nie słyszał od dawna — matka nie czekała, aż on zapyta, co u niej. Sama zaczęła opowiadać, jak w czwartek zalicytowała bez asa i przegrała partię, i iż w przyszłym tygodniu się odegra.

Beata Sobolewska wisi dziś w swoim gabinecie obok dyplomu z animacji czasu wolnego drugą ramkę — zdjęcie zrobione telefonem, trochę nieostre, na którym Wanda Kowalczyk trzyma w ręku karty i śmieje się tak, iż widać brakujący ząb z boku. Marta zrobiła to zdjęcie przypadkiem, próbując sfotografować coś zupełnie innego, i zostawiła je Beacie bez słowa wyjaśnienia. Beata sama wybrała ramkę.

Idź do oryginalnego materiału