W domu panowała gęsta, ciężka cisza, przerywana jedynie trzaskiem drewna w piecu. Anna Kowalska, kobieta o zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy, śledziła wzrokiem syna, który w milczeniu pakował ostatnie rzeczy do płóciennego worka. Jutro wojsko.
Synku, Krzysiu, powiedz mi, co ty widzisz w tej… w tej zalotnicy? nie wytrzymała, a jej głos, zdławiony ukrytym bólem, załamał się w szept. Ona cię nie szanuje! Patrzy z góry, a ty tylko o niej myślisz. Dziewczyn we wsi jest od groma! Na przykład Ania, Nowakówna… Rozsądna, pracowita, zerka w twoją stronę, a ty choćby nie zauważasz. Jakby świat się kończył na tej jednej Kasi.
Krzyś, wysoki, barczysty chłopak z upartą brodą i teraz zmarszczonymi, dobrymi oczami, nie odwrócił się. Jego palce pewnie zacisnęły węzeł.
Nie potrzebuję żadnej Ani, mamo. Już zdecydowałem. Od dziecka kocham Kasię. I jeżeli ona nie zechce za mnie wyjść… To w ogóle się nie ożenię. Nie męcz tematu, uspokój się.
Ona cię skrzywdzi, Krzysiu! Serce mi to mówi! szlochnęła matka. Ładna, co tu kryć, diablica… Ale zimna, płocha. Jej miejsce w mieście, nie w naszej wsi.
Krzyś w końcu się odwrócił. W jego spojrzeniu stała nieprzenikniona, twarda ściana.
Koniec. Temat zamknięty.
Tymczasem w sąsiednim domu, pachnącym tanimi perfumami i młodością, lustro odbijało zupełnie inny obraz. Kasia, kończąc wieczorny rytuał, nanosiła ostatnie szlify: podkreśliła oczy kredką, dokładnie pomalowała usta. Jej wygląd, jaskrawy i wyzywający, krzyczał o pragnieniu, by ją zauważono, pochwycono, zabrano daleko stąd.
Kasia, gdzie się tak wystroiłaś? dobiegł z kuchni głos matki. Znów na potańcówkę? A potem hulanki do rana? Chociaż Krzysia zaproś. Chłopak jak się patrzy! Technikum kończy, głowa na karku. Robotników najęli, z ojcem dom stawiają mówi, dla przyszłej żony. A on tylko na ciebie patrzy, jak zaczarowany.
Kasia prychnęła, obracając się przed lustrem, podziwiając swoje odbicie.
Twój Krzyś to prostak, jakich mało. Dom stawia… Młodość raz się żyje, mamo! Trzeba się bawić, a on haruje jak wół, nigdzie nie wychodzi, nie oddycha pełną piersią. Młodość minie i nie będzie co wspominać. Nie potrzebny mi, słyszysz? Ani trochę. choćby nie próbuj.
I, niczym motyl, wypadła z domu, zostawiając za sobą jedynie obłok drażniącego zapachu.
Jesień tego roku była złota i gorzka. Krzysztof, otrzymawszy dyplom, dostał też powołanie. Rodzice urządzili skromne, ale serdeczne pożegnanie. Przyszła też Kasia z matką jako najbliższe sąsiadki.
Krzyś, w nowym, niewygodnym garniturze, szukał momentu. Serce waliło mu w gardle. Złapał Kasię w korytarzu, nieśmiało przytuloną do ściany.
Kas… zaczął, a głos nagle zdradziecko zadrżał. Mogę… pisać do ciebie? Wszyscy żołnierze piszą… do swoich dziewczyn. A ja… nie mam dziewczyny. Może… zgodzisz się być moją? Choć zdalnie?
Kasia spojrzała na niego z pobłażliwością, jak na miłego, ale nudnego pieska. Zastanowiła się chwilę.
No, pisz. Jak będzie ochota odpowiem. Jak nie nie gniewaj się. Dobrze?
To wystarczyło. Jego twarz rozpromieniła się taką nadzieją, takim blaskiem, iż Kasia na moment spuściła wzrok. Prawie jej się wstyd zrobiło.
Odpowiadała na jego listy pisane starannym żołnierskim pismem. Ale po szkole rzuciła się w wir miasta, zdawała na pedagogikę. Szara wieś została za plecami, razem z naiwnymi żołnierskimi wyznaniami. Korespondencja nagle urwała się.
Jej matka tylko wzdychała, cicho mając nadzieję, iż córka się opamięta, poczeka na Krzysia, osiądzie, a studiować można i zaocznie byle była chęć. Ale Kasia słuchać nie chciała.
Skończę studia, wyjdę za miejskiego, inteligenta! I nigdy, przenigdy nie wrócę do tej zapadłej, zapomnianej przez Boga wsi! wrzeszczała w histerii, gdy matka próbowała bronić wiejskiego zalotnika.
Lecz los okrutnie się z niej naśmiewał. Pierwszy egzamin wypracowanie oblała z hukiem. Gorzka ironia polegała na tym, iż nie miała na kogo zwalić winy. W ich wiejskiej szkole nauczycieli brakowało. Polski i niemiecki prowadziła jedna osoba Niemka Elza Hildebrandt. Niemiecki znała perfekcyjnie, polski ledwo. Kasia, jak większość klasy, nie umiała dobrze ani jednego, ani drugiego.
Ale Kasia nie potrafiła długo rozpaczać. Miasto kusiło blaskiem, gwałtownie znalazła pocieszenie w czarującym i cynicznym Edwardzie. Edek był na ostatnim roku prawa, mieszkał sam w trzypokojowym mieszkaniu, gdy rodzice pracowali na północy.
Kasia gwałtownie się do niego wprowadziła. By nie obciążać go finansowo i nie żebrać u matki, zatrudniła się w stołówce robotniczej. Jako kucharka oczywiście nie wyszła. Woziła wózek z pierogami po halach, czując na sobie oceniające spojrzenia robotników.
W mieszkaniu Edka gwałtownie się zadomowiła: wypucowała zaniedbane pokoje, gotowała sycące bigosy i przynosiła z pracy pierogi. Wyobrażała sobie, iż jest już pełnoprawną gospodynią, niemal żoną. Mieszkanie jest, mężczyzna obiecujący. Można pomyśleć o dzieciach. Kochała Edka do zawrotu głowy, do utraty tchu. Był dla niej ucieleśnionym marzeniem o miejskim, eleganckim życiu.
Mieszkała z nim prawie rok. Aż pewnego wieczoru, zimnego i deszczowego, Edek, rozwalony na kanapie, rzucił bez emocji:
Kas, koniec, zabawiliśmy się i dość. Miłość minęła, znudziłaś mi się. Wyprowadź się. Rodzice wracają za kilka dni.
W środku coś się w niej urwało i skamieniało. Ale dumna, już nauczona miejskiej bezwzględności, nie dała po sobie poznać. Spokojnie, bez histerii, spakowała rzeczy do tej samej walizki i poszła do koleżanki. Dopiero gdy drzwi się za nią zamknęły, po policzkach popł











