Pęknięcie zaufania

newsempire24.com 10 godzin temu

Pęknięcie zaufania

Pani Anno, jest pani w domu? To ja, Laryska z trzeciego! Zostało mi trochę świeżych pierogów i mam sprawę do omówienia Może pani otworzy?

Anna odłożyła zimną herbatę na parapet i spojrzała przez okno na pochmurne, listopadowe podwórko w Warszawie. Między blokami gnał wiatr, liście tańczyły po alejkach, przechodnie kulili się w płaszczach. Cisza już na dobre zagościła u niej w mieszkaniu. Była przyzwyczajona do tykania zegara na ścianie, do cichego brzęczenia lodówki i skrzypienia paneli pod nogami. Przyzwyczaiła się też do tego, iż nikt nie puka do drzwi.

Pani Anno, światło się świeci! Nie wygłupiaj się pani, ja naprawdę chcę dobrze!

Głos za drzwiami był donośny, nieustępliwy, pełen tej przyjacielskiej beztroski, którą trudno zignorować. Anna odpięła łańcuszek, spojrzała przez wizjer: Larysa stała na korytarzu z siatką w rękach, uśmiechnięta szeroko, jej rude, farbowane włosy spięte były niedbale w koński ogon, a szminka wyglądała jak eksplozja fuksji tak samo jak jej kurtka.

No, co to za oblężenie twierdzy, pani Anno? Otwieraj, bo tu zmarznę!

Anna uchyliła drzwi i Larysa wpadła do mieszkania jak wiosenny przeciąg, ze sobą wnosząc zapach perfum, śniegu i świeżo podsmażanych pierogów.

Wie pani, pomyślałam, iż upiekę pierogi i zaniosę sąsiadce. Z kapustą i grzybami, z mięsem, jeszcze ciepłe. Siedzi tu pani sama, pewnie nic nie je. Strasznie pani schudła!

Oj, dziękuję, Larysa, nie trzeba było…

Ależ proszę bardzo! Dobrze robić innym to sama przyjemność. Pani zje, napije się porządnej herbaty, bo taka blada siedzi…

Larysa weszła do kuchni jak do siebie, włączyła czajnik, wyciągnęła ze szafki dwie filiżanki. Anna patrzyła na to wszystko z torbą w rękach, nie wiedząc, co robić. Po tylu miesiącach samotności obecność drugiej osoby wydawała się jej wręcz nachalna, nierzeczywista.

Siadaj, siadaj poleciła Larysa. Napijemy się herbatki, pogadamy, bo wiem jak to jest Mąż pani umarł, dzieci w Łodzi, człowiek taki ogłupiały od tej samotności siedzi. Moja ciotka po śmierci wujka Stefana też tylko do ściany gadała

Anna siadła. Pierogi pachniały naprawdę dobrze. Od dawna już nie gotowała, nie chciało jej się tylko dla siebie. Zwykle kupowała gotowe rzeczy w sklepie, odgrzewała na szybko, jadła bez apetytu.

Nie myśl pani, iż się wtrącam mówiła Larysa, sypiąc cztery łyżeczki cukru do herbaty. Ale inaczej nie umiem: jak widzę samotnego człowieka, to muszę coś zrobić. Mąż się zawsze śmieje: Laryska, ty wszystkich chcesz ratować, o sobie zapomnisz. Ale już jestem taka.

Gadała cały czas, szybko, z gestykulacją, co chwilę wybuchała śmiechem. Anna czuła, jak coś w niej powoli puszcza, topnieje ten pancerz, którego nikt nie dotykał latami. Dawno nie rozmawiała tak zwyczajnie w kuchni, przy herbacie, bez pośpiechu. Jej syn, Tomek, dzwonił raz w tygodniu, krótko, od niechcenia. Jak zwykle? Wszystko dobrze, mamo. Jadłaś? A potrzebujesz pieniędzy? Dostałaś już? No to pa. I znowu cisza.

Pani Anno, a wie pani co? Powinna się pani z nami wybrać do Koszyczka na rogu, tam taka knajpka, czasem z dziewczynami siadamy, pogadamy, pośmiejemy się. Pójdzie pani z nami następnym razem?

Nie wiem, Larysa… Ja już nie…

Oj, pójdzie pani, pójdzie! Ja panią zabiorę, wyciągnę z domu. Tak zamkniętym być nie można, bo wszystkie choroby z samotności się biorą!

Anna bezradnie kiwała głową, nie potrafiąc odmówić. Larysa dopiła herbatę, popatrzyła jeszcze na kuchnię swoim bystrym okiem.

Ależ tu pięknie! I ten serwis! podeszła do witrynki, gdzie za szkłem stał porcelanowy zestaw od ślubu, bielusieńki, ze złotym paskiem. To antyk, co?

Mąż mi dał na trzydziestą rocznicę powiedziała cicho Anna.

Cudo, cudo! Dbajcie o niego! Dobra, uciekam, bo mnie czas goni. Pani je pierogi i jutro widzimy się około trzeciej, dobrze?

Larysa wyszła tak samo porywczo, jak przyszła. Anna została w kuchni z torbą pierogów, patrzyła na szklankę z odbitą czerwonym ustem i na cichy dom. I ta cisza wydawała się już mniej straszna.

***

Tak się zaczęło. Larysa bywała codziennie, czasem rano, czasem wieczorem, zawsze z jakimś pretekstem: bo cukier się skończył, bo trzeba radą pomóc, bo po prostu pogadać. Wciągała Annę w rozmowy, wychodzenie do sklepu, na spotkania w Koszyczku, gdzie zasiadały jeszcze trzy kobiety: Ewka, Tereska i Grażyna głośne, zwyczajne, dużo śmiechu, narzekań na ceny i plotki o sąsiadach.

Anna na początku czuła się obco. Miały inny język, bywałe w życiu, potrafiły żartować z rzeczy poważnych. Larysa zawsze ją broniła: To jest moja przyjaciółka, pani Anna, była nauczycielka kobieta z klasą! I to brzmiało prawie jak tytuł.

Z czasem odzwyczaiła się od samotności. Zaczęła czekać na Larysę, cieszyć się na spotkania. Co z tego, iż to nie ta klasa, co przed laty teatr, filharmonia z mężem, wieczorki z kolegami z pracy Ten świat razem z mężem odszedł. Zostały spotkania w prowincjonalnej kawiarni, herbata w plastikowych kubkach, rozmowy o niczym. Ale choćby to było lepsze niż cisza.

Pani Anno, a ta broszka, co miała pani ostatnio, ta z bursztynem… Można zobaczyć? pewnego razu zagaiła Larysa przy herbacie i ciastkach Delicje.

Jeszcze po mamie, bardzo ją lubię odpowiedziała Anna.

Mogłabym pokazać mojej Beatce? Ma obronę pracy magisterskiej za miesiąc, marzy o czymś takim oryginalnym Pani tylko pożyczy, ja potem oddam, słowo daje!

Anna zawahała się. Był to dla niej cenny przedmiot, pamiątka po matce. Larysa patrzyła z taką wdzięcznością, aż głupio było odmówić.

No dobrze Ale proszę uważać.

No jak na oko w głowie! Dziękuję pani, anioł jest z pani!

Po tygodniu broszka nie wracała. Na pytania, Larysa tylko: Bo Beatka jeszcze przymierza, tak się spodobała, zaraz odda Potem, iż się gdzieś zapodziała, ale będą szukać. Pojawił się w Anninie głowie niepokój, spać nie mogła, przewracała się z boku na bok, myśląc o swojej naiwności. Gdy przycisnęła Larysę ta się obraziła.

Pani mnie podejrzewa? Ja, co panią z samotności wyciągnęła, codziennie przychodzi, wspiera! o ile nie ma zaufania, to możemy nie rozmawiać!

Nie, Laryso, nie o to chodzi Ja po prostu to pamiątka bardzo ważna.

Wiem! Znajdziemy, Beatka szuka wszędzie! Proszę się nie martwić, dobrze?

Anna starała się więc nie martwić. Larysa znów bywała, znów przynosiła pierogi, znów była potrzebna. Teraz jednak często prosiła o jeszcze:

Pani Aniu, ma pani może dwa tysiące do pierwszego? Syn mi się posypał, lekarstwa muszę kupić, a pensja przeleje się za trzy dni. Oddam, słowo daje!

Anna dawała. Bo Larysa była już kimś więcej niż sąsiadką była rodziną, przyjaciółką, bratnią duszą. Trzy tysiące, pięć Pieniędzy nie oddawała, a na delikatne przypomnienia Larysa reagowała oburzeniem:

Myślałam, iż jesteśmy przyjaciółkami. Prawdziwi przyjaciele nie liczą się z groszem!

***

Tomek zadzwonił w środę wieczorem. Anna właśnie szykowała się spać, siedziała w starym szlafroku, sączyła resztki melisy i patrzyła na program o remontach w TVN.

Cześć, mamo. Jak tam?

Dobrze, synku. U ciebie?

Praca, praca Słuchaj, może przyjedziesz do nas na weekend? Asia znowu chce twój barszcz, dzieci pytają o babcię…

Nie wiem, Tomku Ja mam tu trochę spraw.

Jakie sprawy? Przecież i tak siedzi mama w domu.

Nie siedzę w domu! Anna aż się oburzyła. Mam koleżankę, chodzimy na kawę, do sklepu. Nie jestem już taka samotna.

Koleżankę?

Larysa. Z trzeciego piętra. Dobry człowiek, bardzo dba o mnie. Każdego dnia wpada.

A znasz ją dobrze, mamo?

Dobrze. Codziennie rozmawiamy. Ona mnie z ludzi wyciągnęła, można powiedzieć.

Tomek zamilkł na chwilę.

Mamo cieszę się, iż ktoś jest, ale uważaj na siebie, dobrze? Na ludzi też. Nie zawsze są tacy, jak się wydaje.

Co ty wygadujesz? wkurzyła się Anna. Larysa prawie jak siostra! Ty choćby jej nie poznałeś, już oceniasz!

Mamo, nie oceniałem, po prostu Nieważne. Śpij dobrze. Pa.

Odłożyła telefon zirytowana i smutna. choćby synowi przeszkadza, iż nie jest sama. Zawsze im pasowało, iż jest cicho, nie przeszkadza w ich życiu. A wystarczy, iż coś się zmieni, już im nie w smak.

Następnego dnia Larysa przyszła z nowym pomysłem.

Pani Aniu, mówiłam pani o wczasach w Ciechocinku? Koleżanka załatwia rabaty Pomyślałam: pojedziemy razem! Proszę pani, dwa tygodnie solanki, zabiegi, świeże powietrze! Zagadała od progu.

Anna się zawahała. Ostatni raz była z mężem w Sopocie, dobre cztery lata przed śmiercią. Pomyślała przez chwilę, a Larysa już słała plany.

Koszt to tylko trzy tysiące złotych za osobę! Grosze! Ja już połowę mam, pani resztę dorzuci, w kwietniu pojedziemy.

Nie wiem Larysa moja emerytura to dwa tysiące trzysta.

Przestań! Macie przecież odłożone, po mężu. To żaden majątek! Zobaczy pani, będzie wspominać całe lato!

Anna naprawdę miała trochę oszczędności na koncie jakieś piętnaście tysięcy, to co zostało po mężu. Zawsze trzymała na czarną godzinę, jak talizman. Ale wyjazd dla zdrowia

Dobrze. Spróbujemy.

Larysa rozpromieniła się.

Ja wiedziałam, iż pani się odważy! Jutro pójdziemy razem do banku, pani wypłaci, bo z bankomatami pani sobie nie radzi.

Pewnie lepiej tak.

Nazajutrz poszły do oddziału PKO na rogu Puławskiej. Larysa snuła plany o bagażu, pogodzie, lista leków. Anna wyjęła trzy tysiące, wsunęła Larysie do torebki.

Zaraz dam zaliczkę u koleżanki, przyniosę pani potwierdzenie jutro, żeby było wszystko czarno na białym.

Potwierdzenia nie przyniosła. Najpierw ta koleżanka była na wyjeździe, potem coś się przeciąga, jeszcze tylko chwila… Anna znów się niepokoiła, znów bała zapytać wprost przecież Larysa codziennie była, martwiła się, pomagała. A potem miała kolejny pomysł.

Pani Aniu, pożyczę pani ten serwis? Córka za miesiąc ma wesele, a nie mam czym nakryć. Oddam! Umyję, niech pani się nie martwi.

Serwis. Ten z porcelany. Anna zamilkła to było świętość, ostatni gest od męża.

Larysa, on jest dla mnie bardzo ważny…

No tak, już zaczyna się! Larysa się żachnęła. Ja ratowałam pani duszę, a pani mi odmawia w sprawie paru talerzy. To już nie przyjaźń!

Dobrze, niech będzie. Tylko proszę uważać, naprawdę.

Larysa uśmiechnęła się szeroko.

No widzi pani? Wśród prawdziwych przyjaciół nie ma miejsca na nieufność.

***

Po trzech tygodniach zadzwoniła Asia, synowa.

Mamo, to Asia. Tomek przeglądał twoją historię konta, jako pełnomocnik. Słuchaj, wyjęłaś trzy tysiące? O co chodzi?

Tak, wyjęłam.

Na co?

Asia, to moje pieniądze Anna była twarda. Nie muszę się tłumaczyć.

Wiem ale my się martwimy. Ta twoja sąsiadka Larysa, czy ona nie wyłudza od ciebie pieniędzy? Mamo, starszym ludziom czasem tak się dzieje, iż kogoś wpuszczą do mieszkania, potem koniec…

Dziękuję za troskę, ale wiem, kto jest moim przyjacielem. Larysa dba o mnie wy o mnie zapomnieliście!

To niesprawiedliwe, mamo w głosie Asi była gorycz. Pracujemy, dzieci, kredyt. Nie możemy tu być dzień w dzień. Ale kochamy cię…

Proszę cię, nie pouczaj mnie. Przepraszam, mam swoje sprawy.

Odcięła się. Odkładając słuchawkę czuła się okropnie miała świadomość, iż przesadza, iż dzieci ją kochają. Ale złość była silniejsza.

Wieczorem Larysa przyszła z paczką ciastek i radosną nowiną:

Pani Aniu, chodzi o ten komplet naczyń jest mega promocja w Koszyczku, piękny, z białej ceramiki, za piętnaście tysięcy, normalnie kosztuje dwa razy tyle! Proponuję: połowę ja, połowę pani. Potem pani oddam, bo teraz krucho z kasą.

Nie mam już pieniędzy, Larysa. Oddałam ci już te trzy tysiące na wczasy

Ale ty masz przecież ten rachunek bankowy, mówiłaś. Można wziąć na raty! Teraz wszyscy tak robią! Pomóż, przecież się przyjaźnimy, jak siostry.

Anna nie miała już siły pewnie, chciała odmówić, wyplątać się. Ale Larysa już wszystko załatwiła, wzięły numerki, poszły do działu naczyń. Konsultantka dziewczyna w długich paznokciach miała już wszystko gotowe. Anna podpisała papiery, świat wirował od tłumu i świateł.

Kiedy szły z paczką do wyjścia, ze sklepu wyszła Asia, niosła zakupy z Biedronki.

Mamo?! Co się dzieje? Przecież to ty Co kupiłaś?!

Zestaw naczyń dla córki Larysy powiedziała Anna.

Ty płaciłaś? Na raty? Po co ci to, mamo? Ona cię manipuluje!

Asia, nie pouczaj mnie. Jestem dorosła. Sama decyduję.

Mamo, proszę, posłuchaj: rozmawialiśmy z policją, ta pani Larysa jest znana w okolicy, takie rzeczy robiła nie jednemu, starszym ludziom. Bierze drobiazgi, pieniądze, naciąga, a potem znika.

Nieprawda, ona mnie kocha jak siostrę. A wy wszyscy mi zazdrościcie przyjaźni!

Tu nie chodzi o zazdrość. Sami widzisz broszka, pieniądze na fikcyjne wczasy, serwis po tacie!

Odda wszystko! Obiecała!

Mamo ty dobrze wiesz, iż już nie odda.

Te słowa zabolały Annę najbardziej; bo choć bardzo głęboko starała się tego nie widzieć, przeczuwała prawdę. Odejdź, wyszeptała. Asia, idź już.

Asia odeszła z bólem i współczuciem w oczach, których Anna nie potrafiła znieść. Do końca dnia nie powiedziały już sobie ani słowa.

Wracały z Larysą autobusem bez słowa. Larysa ściskała pudło, Anna patrzyła przez okno, w szarość ulicy.

To była pani synowa? zapytała Larysa pod blokiem. Słyszałam, coś o mnie mówiła?

Tak. Mówiła, iż mnie oszukujesz.

I pani jej uwierzyła?

Nie szepnęła Anna.

Wierzę, iż pani mi ufa. Jestem pani prawdziwą przyjaciółką. Oddam każdą rzecz. Przyjaźń jest ponad wszystko, wie pani? wykręciła się uśmiechem Larysa.

Anna tak strasznie chciała wierzyć, tak strasznie nie chciała być znowu sama. Wierzę szepnęła.

***

Przez kolejne dwa tygodnie Anna nie odbierała telefonów od Tomka i Asi. Dzwonili, pisali, ale Anna miała wrażenie, iż się obraziła na cały świat.

Larysa bywała coraz rzadziej, mówiła tylko o różnych problemach, córka zawraca jej głowę weselem, nie ma czasu. Serwisu nie oddała, kwitu z wczasami nie przyniosła.

Anna przestała spać. Leżała po nocach, przewracając się, i pytała samą siebie, czy wszyscy mają rację, a ona się oszukała. Bóle głowy, ciśnienie, mdłości wszystko wróciło. Ale uparcie nie dzwoniła do dzieci. Głupio jej było przyznać się do błędu.

W sobotę rano rozległ się dzwonek. Anna zerknęła na wizjer to Tomek i Asia z torbami zakupów.

Cześć, mamo. Przyjechaliśmy, bo nie odbierasz. Martwimy się.

Przecież mówiłam, iż wszystko gra odpaliła chłodno Anna.

Mamo, zostaw to. Pogotujemy razem, pogadamy jak ludzie Asia zaczęła rozkładać warzywa na blacie. Teraz, mamo, powiedz szczerze: oddała ci broszkę? Oddała pieniądze?

Jeszcze nie, ale obiecała…

Mamo, ta kobieta już była u kilku osób zgłoszona. To nie przyjaźń, ona cię oszukuje.

Kłamiecie! To jedyna osoba, która się o mnie troszczyła. Gdyby nie ona, siedziałabym tu i z głodu umarła!

To niesprawiedliwe, mamo. Pracujemy, kredyt spłacamy, dzieci. Ale dzwonimy, zapraszamy cię. Kochamy cię.

Proszę, wyjdźcie. Teraz. Nie chcę was widzieć.

Wyszli. Anna zamknęła się w łazience i pierwszy raz od bardzo dawna płakała długo i głośno. Nie z żalu, ale ze wstydu.

Larysa nie pojawiła się przez trzy dni. Czwartego dnia zadzwoniła do drzwi, uśmiechnięta jak zawsze.

Pani Aniu, witam! Prawie zapomniałam, iż mam pani serwis! Dziecko mi rozbiło parę filiżanek, ale reszta cała. Kupię nowe, oddam!

Anna patrzyła na nią długo.

Nie powiedziała cicho. Nie chcesz mi go oddać. Nie oddasz niczego. Ani broszki, ani pieniędzy, ani serwisu. Prawda?

Larysa w końcu spoważniała, skrzywiła się.

Co pani bredzi? mruknęła. Mamy razem mnóstwo spraw! Po prostu nie mam czasu, serio. Daj pani jeszcze pięć tysięcy, oddam na pewno, córka musi mieć suknię…

Nie dam ci już ani grosza. Idź.

Oj, Anna, zwariowałaś chyba. Kto się tobą zajmie, jak nie ja? Rodzina cię ma gdzieś! Larysa podniosła głos.

Anna przechyliła głowę i po raz pierwszy od miesięcy poczuła spokój.

Idź.

Larysa stuknęła obcasami i wyszła, trzaskając drzwiami. W mieszkaniu znów zapanowała cisza, już inna nie strasząca, ale kojąca.

Na drugi dzień przyszła z powrotem, zostawiła na wycieraczce pudełko po serwisie, w środku było kilka popękanych talerzy, trzy zniszczone filiżanki, jedna w dwóch kawałkach. Anna już się choćby nie rozpłakała. Usiadła przy stole, wzięła kawałki delikatnej porcelany, próbowała je złożyć.

Po godzinie zadzwoniła do Tomka.

Synu, możesz przyjechać?

Ruszamy zaraz, mamo. Czekaj.

Byli po pół godziny, z dziećmi i zupą na gazie. Anna pozwoliła się objąć, pierwszy raz od miesięcy wtuliła się w synową.

Przepraszam wyszeptała. Byłam głupia

Najważniejsze, iż jesteśmy razem. Można to jeszcze skleić powiedziała Asia, patrząc na połamaną filiżankę. Będzie miała ślad, ale będzie cała.

I siedzieli tak razem, z herbatą w zwykłych kubkach, z okruszkami pierogów i ze świadomością, iż wszystko można powoli naprawić, choć zostanie pęknięcie. Ale ono już nie bolało tak bardzo bo byli razem. A w kuchni jeszcze długo pachniało plastrem na porcelanę i domowym barszczem.

Idź do oryginalnego materiału