Zaczęło się od dyni. Nie sezonowej, dekoracyjnej — takiej w puszce, do zupy, sto dwadzieścia mililitrów. Bożena Kaczmarczyk stała w kuchni przy oknie z widokiem na trzepak i czytała historię zamówień w telefonie trzeci raz, licząc, iż coś się samo wyjaśni. Nie wyjaśniło się. Konto Allegro Smart! na jej nazwisko, adres jej — bloku przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy, klatka trzecia, piętro drugie — a w koszyku dynia w puszce, paczka rodzynek, dwa kilogramy winogron bez pestek, latawiec dla dziecka, którego nie miała, i żarówka LED o mocy nieadekwatnej do żadnej lampy w mieszkaniu.
Miała pięćdziesiąt trzy lata, pracowała w przychodni na Fordonie jako rejestratorka i papugę imieniem Ambroży trzymała od jedenastu lat — żako afrykańska, szara, z czerwonym ogonem, po mężu, który zmarł, zanim zdążył nauczyć ptaka czegokolwiek pożytecznego poza gwizdaniem hymnu Bydgoszczy.
Ambroży siedział na klatce, przekrzywiał łepek i patrzył na nią jednym okiem, tym prawym, którym zawsze patrzył, kiedy coś kombinował.
— Ty coś wiesz — powiedziała do niego.
Odpowiedział jej gwizdem, potem chrząknięciem łudząco podobnym do chrząknięcia sąsiada z dołu, pana Zdzisława, który zawsze odchrząkiwał przed tym, jak zapukał o pożyczenie wiertarki.
Bożena pracowała na zmiany, czasem do dwudziestej. Ambroży zostawał sam z głośnikiem Google Home, który kupiła sobie zeszłej zimy, żeby włączał jej radio, kiedy wchodziła z zakupami i miała ręce zajęte. Głośnik stał na kredensie, metr od klatki. Ustawiła go tam, bo tam było gniazdko.
Rachunek za ten miesiąc przyszedł na osiemset trzydzieści złotych. Normalnie płaciła sto sześćdziesiąt, góra dwieście, kiedy kupowała karmę na zapas. Otworzyła fakturę na telefonie, przewinęła w dół — i tam było wszystko czarno na białym: siedemnaście zamówień w ciągu dwudziestu dni, złożonych między siedemnastą a dwudziestą pierwszą, czyli dokładnie wtedy, kiedy była w pracy albo u siostry na Wyżynach.
Zatelefonowała do córki, Agaty, która mieszkała w Toruniu i śmiała się tak długo, iż musiała odłożyć słuchawkę.
— Mamo, on cię okrada.
— On nie ma kont bankowych, Agata.
— Ma twoje.
Bożena postawiła w kuchni kamerkę z niani-monitora, którą Agata jej kiedyś przywiozła na wypadek, gdyby matka spadła ze stołka, wieszając firanki. Ustawiła na noc nagrywanie i poszła spać z poczuciem, iż robi coś z pogranicza szpiegostwa przemysłowego przeciwko własnemu ptakowi.
Rano obejrzała materiał przy kawie, zimnej, bo zapomniała o niej na dziesięć minut, urzeczona ekranem.
Ambroży siedział na szczycie klatki, czekał, aż w mieszkaniu zapadnie ta konkretna cisza — nie ta wieczorna, głęboka, tylko ta, kiedy telewizor był wyłączony, a ona chrapała w sypialni. Potem odezwał się głosem, który brzmiał niepokojąco jak jej własny, lekko ochrypły, tak jak mówiła po powrocie z pracy:
— Hej Google, zamów winogrona.
Piknięcie głośnika.
— Dodano winogrona bez pestek do koszyka Allegro — odpowiedział głośnik metalicznym, uprzejmym tonem.
Ambroży zagwizdał, zadowolony z siebie, po czym przekrzywił łepek w drugą stronę i spróbował znowu, tym razem z żarówką.
Bożena odstawiła kubek tak gwałtownie, iż kawa chlusnęła na obrus.
W przychodni opowiedziała o tym pielęgniarce Halinie, która pracowała z nią od ośmiu lat i miała kota, więc traktowała temat z rezerwą typową dla osoby psiej-kociej rywalizacji gatunkowej.
— To niemożliwe, żeby ptak rozumiał, co robi.
— On nie rozumie. On odkrył, iż jak powie te słowa, to głośnik piszczy i coś się dzieje. To dla niego zabawa, jak dzwonek u drzwi.
— A dlaczego akurat winogrona?
— Bo raz mu dałam winogrono jako nagrodę, jak nauczył się nowego słowa. Skojarzył.
Wieczorem zadzwoniła na infolinię Allegro. Konsultant, chłopak z głosem, który brzmiał, jakby miał dwadzieścia dwa lata i słuchał tego zgłoszenia po raz pierwszy w karierze, kilka razy prosił, żeby powtórzyła.
— Czyli twierdzi pani, iż zamówienia złożył… papuga.
— Żako afrykańska. Jedenaście lat. Nazywa się Ambroży.
Po chwili ciszy w słuchawce chłopak zapytał, czy może przekazać sprawę do działu reklamacji, bo do tej pory zgłaszano im dzieci klikające w tablecie, ale nie ptaki.
Zwrot pieniędzy dostała częściowy — sto dziewięćdziesiąt złotych za trzy przesyłki, które jeszcze nie wyjechały z magazynu. Resztę, sześćset czterdzieści złotych, musiała pokryć sama, bo paczki już dotarły: dynia w puszce leżała teraz w szafce, latawiec wisiał na wieszaku w przedpokoju, bo nie miała komu go oddać, a żarówka okazała się akurat pasować do lampy w łazience, więc chociaż to się przydało.
Rozwiązanie było prostsze niż walka z dostawcą. Wyłączyła zakupy głosowe w aplikacji Google Home, zablokowała dokonywanie płatności bez kodu PIN wypowiadanego osobno i przesunęła głośnik do sypialni, gdzie Ambroży bywał rzadko, bo nie lubił zapachu kremu do rąk, który trzymała na komodzie.
Papuga przez dwa dni chodziła po klatce wyraźnie poirytowana, próbując komend w różne strony pustego kredensu, jakby głośnik po prostu się zgubił.
Trzeciego dnia znalazła nowe zajęcie — nauczyła się mówić „Bożena, otwórz" identycznym tonem, jakim mówił listonosz przez domofon, i przez tydzień skutecznie wprawiała ją w błąd, iż ktoś stoi pod drzwiami.
Sześćset czterdzieści złotych odłożyła sobie w pamięci jako koszt tej wiedzy: iż ptak w klatce, kupiony jej przez męża jako prezent na czterdzieste drugie urodziny, potrafi bez niczyjej pomocy zamówić dynię w puszce, kiedy zrobi mu się nudno.
Faktura z tego miesiąca wisi teraz przypięta magnesem do lodówki — nie jako dowód w sprawie, tylko jako pamiątka, obok zdjęcia wnuka i kartki świątecznej sprzed dwóch lat. Latawiec dalej wisi w przedpokoju. Bożena mówi, iż kiedyś go komuś odda. Na razie odkurza go raz w tygodniu razem z klatką, a Ambroży obserwuje to jednym okiem, jakby czekał na następną okazję.














