Pani Zosia ma siedemdziesiąt dwa lata i od śmierci męża mieszka sama w dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy 1 Maja. Syn z synową odwiedzają ją raz w miesiącu, wnuki rzadziej. Ale to nie jest historia o samotności. To jest historia o tym, iż w zeszły wtorek pani Zosia wróciła z targu, postawiła siatkę z ziemniakami na podłodze w przedpokoju i zobaczyła, iż lampka na routerze świeci inaczej niż zwykle.
Nie jestem informatykiem. Jestem jej sąsiadką z naprzeciwka, Halina, pracuję w warzywniaku na parterze. I to ja pierwsza usłyszałam, jak pani Zosia mówi do ściany: „Znowu ktoś grzebie w moim necie".
Zaczęło się niewinnie. Dwa miesiące temu jej syn, Marek, wymienił stary router na nowy. „Mamo, będzie szybciej" — powiedział i podłączył to pudełko z antenkami na biurku w pokoju gościnnym. Pani Zosia nie rozumie, co to znaczy „szybciej". Ona używa internetu tylko do dwóch rzeczy: wideorozmów z siostrą w Częstochowie i sprawdzania, czy emerytura doszła na konto ING.
A potem zaczęły dzwonić telefony.
Najpierw raz dziennie. Potem pięć razy. Numer nieznany, głos miły, kobiecy. „Dzień dobry, dzwonię z banku, musimy zweryfikować pani dane". Pani Zosia oddzwaniała do banku — nikt do niej nie dzwonił. Potem przyszedł SMS, iż jej paczka z apteki internetowej utknęła w sortowni i trzeba dopłacić osiemdziesiąt groszy. Pani Zosia od trzech miesięcy nie zamawia nic przez internet, bo nie umie.
W czwartek zjawił się młody człowiek w kamizelce kurierskiej. Stał na klatce schodowej i mówił, iż ma przesyłkę dla niej, tylko musi potwierdzić dane. Pani Zosia powiedziała, iż nic nie zamawiała. Młody człowiek zszedł piętro niżej i tam zadzwonił do kolejnych drzwi. Sprawdziła przez judasz — na liście lokatorów przy wejściu nie ma żadnej firmy kurierskiej.
W piątek rano poszłam do niej z pomidorami, bo akurat miały promocję po cztery złote za kilo. Pani Zosia siedziała przy kuchennym stole i patrzyła na kartkę, na której Marek napisał jej hasło do Wi-Fi. „Halinka" — powiedziała — „czy ty wiesz, iż ten router to mnie widzi choćby wtedy, kiedy ja do niego nie podchodzę?"
Nie wiedziałam. Ale znam kogoś, kto się zna.
Mój chrześniak, Tomek, studiuje informatykę na Politechnice Warszawskiej. Przyjechał w sobotę pociągiem z dworca Warszawa Śródmieście. W plecaku miał laptopa i małe urządzenie wielkości pudełka od zapałek. Kiedy je podłączył do routera pani Zosi, jego twarz zrobiła się taka, jak wtedy, gdy w dzieciństwie znalazł pod choinką nie ten prezent, o który prosił.
„Ciociu" — powiedział — „ten router nadaje sygnał, który da się odczytać z zewnątrz. Ktoś może sprawdzić, kto jest w domu, w którym pokoju, jak się porusza. choćby jak ma wyłączony telefon".
Pani Zosia przyniosła herbatę w szklankach z koszyczkami. „Tomek, dziecko, ale po co komu taka wiedza?"
Tomek milczał. Potem zapytał, czy może zobaczyć rachunki.
I wtedy się zaczęło.
Okazało się, iż Marek nie tylko wymienił router. Dwa tygodnie później zarejestrował na adres matki działalność gospodarczą w Opolu. Przez internet. Profil zaufany pani Zosi, który syn pomógł jej „ustawić" do e-recept, posłużył do złożenia wniosku. Pod numerem telefonu stacjonarnego, który wisi w jej przedpokoju od dwunastu lat, ktoś założył konto w kantorze internetowym. Dwa przelewy po dziewięćset złotych poszły na konto, którego pani Zosia nigdy nie widziała.
Najgorsze Tomek znalazł w poniedziałek.
W ustawieniach routera, w panelu administracyjnym, była ukryta funkcja zdalnego dostępu. Ktoś od czterech tygodni logował się co noc między drugą a czwartą nad ranem. Numer IP wskazywał na serwer w Katowicach. Ale to nie musiał być Katowice. To mogło być cokolwiek.
Pani Zosia siedziała w fotelu, tym zielonym, z oparciem wygniecionym po mężu. Trzymała w rękach album ze zdjęciami. Nie płakała. Przekładała kartki.
„Wiesz, Halina, ja się nie boję, iż mnie okradną" — powiedziała. — „Ja się boję, iż to Marek".
Bo to przecież on podłączył router. On znał hasło. On pomagał z profilem zaufanym. On pierwszy mówił, iż „starym ludziom internet nie jest do niczego potrzebny".
Tomek pojechał na komendę powiatową w Żyrardowie. Złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zabrał wydruki logowań, potwierdzenia przelewów, numer seryjny routera. Młody policjant przyjął dokumenty i powiedział, iż się odezwą. Nie odezwali się do dziś.
Ale to nie koniec historii. To dopiero środek.
W zeszłą środę, tydzień po tym, jak Tomek złożył zawiadomienie, pani Zosia zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał. Poszła do oddziału Urzędu Skarbowego przy ulicy Limanowskiego. Nie z synem. Nie z synową. Ze mną. Miała przy sobie teczkę, a w teczce wszystko: wydruki z banku, zaświadczenie o numerze PESEL, akt notarialny mieszkania, ksero dowodu osobistego.
Pani z okienka zapytała, w czym może pomóc.
„Chcę zablokować możliwość zakładania czegokolwiek na mój PESEL" — powiedziała pani Zosia.
Pani z okienka popatrzyła na nią znać okularów. „Proszę pani, to się robi przez internet".
Pani Zosia wyjęła z teczki telefon. Stary, z klapką. Położyła go na ladzie.
„Nie mam internetu" — powiedziała. — „Proszę mi to załatwić tutaj. Albo dać mi pismo, iż się nie da".
Pani z okienka westchnęła. Znalazła formularz. N-5. Zastrzeżenie numeru PESEL. Wypełniła go manualnie, bo system nie chciał przyjąć wniosku złożonego w urzędzie. „To potrwa" — mruknęła.
„Ja mam czas" — powiedziała pani Zosia. — „Emeryturę już dostałam".
W piątek Marek przyjechał bez zapowiedzi.
Weszłam do niej z zupą ogórkową, bo akurat ugotowałam za dużo. On siedział w kuchni, czerwony na twarzy, i uderzał otwartą dłonią w blat. Pani Zosia stała przy oknie, odwrócona plecami. Na parapecie leżała gazeta z ostatniej soboty — w środku artykuł o tym, jak łatwo podejrzeć człowieka przez router. Ktoś jej to podsunął. Nie ja. Może Tomek.
„Mama, co ty zrobiłaś!" — krzyczał Marek. — „Zablokowałaś mój wniosek o dotację! Przecież ja ci mówiłem, iż na twój adres jest taniej!"
Pani Zosia odwróciła się. Spojrzała na syna. A potem wzięła z parapetu gazetę i powoli, równo, przedarła ją na pół.
„Marek" — powiedziała — „ty mi wymieniłeś router. A teraz mów, co jeszcze podpisałeś za mnie".
Zapadła cisza. Taka, w której słychać lodówkę.
Marek wstał. Chciał coś powiedzieć. Nie powiedział nic. Wyszedł, trzasnął drzwiami, aż zadzwoniła szklanka na stole.
Pani Zosia usiadła. Nalała mi zupy. Jadłyśmy w milczeniu, słuchając, jak na klatce schodowej szczeka pies sąsiadów z drugiego piętra.
Wieczorem Tomek przysłał mi wiadomość. Napisał, iż sprawdził router jeszcze raz. Zdalny dostęp zablokowany. Hasło zmienione. Sieć podzielona na dwie: gościnną i domową. Na gościnnej jest napis: „TO JEST SIEĆ GOŚCINNA. KAŻDY, KTO SIĘ PODŁĄCZY, ZOSTANIE ZAPISANY W LOGU".
Dziś rano pani Zosia wyszła przed blok. Miała na sobie ten sam płaszcz, co zawsze w niedzielę do kościoła. W ręku trzymała reklamówkę, a w niej stary router — ten, który Marek jej wymienił.
„Halinka" — powiedziała — „idę do sklepu, co skupuje elektronikę. Powiedzieli, iż za stary router dadzą piętnaście złotych".
Wróciła po godzinie. Bez reklamówki. W ręku trzymała pączki z cukierni przy dworcu.
„Wiesz, co zrobiłam?" — zapytała.
Pokręciłam głową.
„Kupiłam se pączki za te piętnaście złotych. I zjadłam wszystkie cztery na ławce przy parku".
I wiecie co? Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Ale pierwszy raz od dawna wyglądała tak, jakby naprawdę wróciła do siebie.







