Pani domu.
Aniu, znowu zapomniałaś przykryć masło pokrywką westchnęła Janina Stanisławowna, przysuwając z rozmachem krzesło do stołu. Teraz całą noc nasiąkało zapachami z lodówki. Michał, synku, lepiej sobie posmaruj twarożek, wczoraj świeży kupiłam.
Anna poczuła, jak jej palce zaciskają się na uchwycie noża. Bez słowa kroiła dalej chleb, starając się ciąć równo, choć ręce lekko jej drżały. Za oknem mżył październikowy deszcz, po szybach spływały krzywe strużki, a kuchnia wydawała się zdecydowanie zbyt mała dla trojga dorosłych osób.
Mamo, z tym masłem przecież nic się nie stało Michał nie podniósł wzroku znad telefonu, żując kanapkę.
Tak, tak, jasne. Ja tylko z troski mówię. Wy młodzi nie zdajecie sobie sprawy, iż produkty się psują, jak się ich źle przechowuje. Potem brzuchy bolą i kto będzie musiał was leczyć?
Anna postawiła talerz z pokrojonym chlebem na stole i ciężko usiadła na swoim krześle. Od rana kręciło jej się w głowie, w ustach miała dziwny posmak. Zalała sobie herbatę z torebki Poranek, mając nadzieję, iż gorący napój choć trochę uspokoi mdłości.
Aniu, ty w ogóle prawie nic nie jesz kontynuowała teściowa, patrząc na nią znad okularów. Zobacz, jakaś taka wychudzona się zrobiłaś. Michałku, jak ty chcesz w ogóle dzieci z taką żoną? Dziecku zdrowa matka potrzeba.
Coś w Anninie wnętrzu nagle się ścisnęło. Upijając łyk parzącej herbaty, zmusiła się do uśmiechu.
Pani Janino, ja po prostu z rana nie jestem głodna. Zawsze tak miałam.
Zawsze, zawsze Za moich czasów z gorączką się do pracy chodziło i nikt nie narzekał. A dzisiejsza młodzież za każdym kichnięciem na zwolnienie leci. Ja w twoim wieku już Michała wychowywałam, sama, dodam, i dom był posprzątany, i w pracy zdążyłam wszystko zrobić.
Michał w końcu oderwał się od telefonu.
Mamo, ale co to ma do rzeczy? Ania wczoraj do ósmej w biurze siedziała, raporty oddawali.
Wcale nie mówię, iż nie. Martwię się tylko o was. Jesteście młodzi, najwyższa pora o powiększeniu rodziny pomyśleć, a tu takie zdrowie kiepskie
Anna wstała, biorąc swoją nietkniętą filiżankę i odnosząc ją do zlewu. W odbiciu szyby widziała, jak Janina Stanisławowna dokłada jeszcze twarożku Michałowi i klepie go delikatnie po ramieniu. Za plecami słyszała ten łagodny, troskliwy głos skierowany do syna.
Synku, nie zapomnij, masz dziś ważne spotkanie. Prasowałam ci niebieską koszulę, wisi na krześle.
Anna stała przy zlewie, ściskając w rękach filiżankę z wystygłą herbatą, i czuła, jak narasta w niej coś ciężkiego: na pograniczu zmęczenia i żalu, tyleże bardziej dojmujące.
A przecież jeszcze trzy miesiące temu naprawdę cieszyła się na przyjazd teściowej.
***
Janina Stanisławowna pojawiła się pod koniec lipca. Zadzwoniła późnym wieczorem, wyraźnie roztrzęsiona i zapłakana. Zalało ją od sąsiadów z dołu, parkiet i część mebli do wymiany, gruntowny remont konieczny. Robotnicy obiecali, iż uwiną się w tydzień, góra dziesięć dni.
Michałek, na tydzień się do was wproszę, dobrze? Hotel drogi, a i samotnie, mówiła do słuchawki, a Michał naturalnie zgodził się bez wahania.
Wtedy Anna choćby się ucieszyła. Teściowa na co dzień mieszkała w Toruniu, rzadko się widywały tylko na święta; stosunki mieli poprawne, wręcz życzliwe. Janina Stanisławowna wydawała się energiczną i sympatyczną kobietą, czasem może tylko zbyt rozmowną, ale zawsze serdeczną. Po śmierci męża pięć lat temu została sama, pracowała w archiwum, lubiła fiołki.
gwałtownie minie ta tygodniowa wizyta uspokajała Annę myśl, już planując w głowie, jak zwolnią gościnny pokój. I tak dawno z nią nie rozmawiałam.
Michał objął ją wtedy i pocałował w czubek głowy.
Jesteś skarbem. Wiem, iż to kłopot, ale mam spokojniejsze sumienie, iż mama nie siedzi tam z remontem sama.
Janina przyjechała z dwiema wielkimi walizkami i kartonowym pudłem przewiązanym sznurkiem. Anna i Michał odbierali ją z dworca, pomagali nieść rzeczy. Wyglądała na zmęczoną, zaczerwienione oczy, zaciśnięte usta.
Aniu, dziękuję, iż przygarnęliście starą babę rzuciła, obejmując synową na progu. Szybciutko się zwinę, tylko skończą remont i już mnie nie ma, nie będę wam na głowie siedzieć.
Pierwsze dni były niemal sielankowe. Janina gotowała obiady, sprzątała, gdy Anna i Michał byli w pracy. Wieczorami pili herbatę z ulubionymi przez teściową ciastkami Chrupołek przywiezionymi z Torunia i rozmawiali o bieżących sprawach. Michał rozkwitał, żartował więcej niż zwykle, było widać, jak cieszy się z obecności matki.
Pod koniec drugiego tygodnia coś zaczęło się jednak zmieniać.
Z początku to były drobiazgi. Janina przestawiła słoiczki z przyprawami, bo tak wygodniej i praktyczniej. Potem przełożyła po swojemu pranie do szafy. Anna znajdowała swoje rzeczy na innych miejscach, nie wiedziała: zwracać uwagę czy machnąć ręką, bo to faktycznie drobnostki.
Aniu, widziałam, masz kurz na karniszach mówiła teściowa mimochodem, rozlewając zupę do talerzy. Dawno nie przecierałaś, pewnie? A to szkodzi, alergię można dostać. Dzisiaj przetarłam, świeżo teraz.
Dziękuję, pani Janino odpowiadała Anna, czując, jak policzki palą ją ze wstydu. Faktycznie, nie zawsze miała czas na takie porządki po pracy. Wieczorami miała ochotę tylko usiąść z książką lub serialem.
Ale nie wyrzucam ci tego uśmiechała się teściowa. Pomagam tylko. Razem lżej.
Po trzech tygodniach zadzwoniła ekipa z Torunia remont się przedłuży. Okazało się, iż trzeba wymienić instalację elektryczną jeszcze dziesięć dni. Janina pokiwała tylko głową, powtarzając:
Michałku, nie przeszkadzam? Przepraszam, iż jeszcze zostanę.
Mamo, jesteś u siebie, nie przeszkadzasz Michał objął ją mocno.
Anna milczała, patrzyła. Czuła, iż niepokój narasta, ale starała się go odpędzić. Tydzień jeszcze cóż to znaczy…
Tydzień minął, potem drugi. W końcu minął miesiąc, potem półtora. Niedostrzegalnie Janina zadomowiła się na dobre w ich małym, dwupokojowym mieszkaniu. Sypiała w pokoju, który był wcześniej Aninym gabinetem rozkładana kanapa, komputer na biurku. Anna, by móc popracować, przesiadywała z laptopem na kuchni, albo w sypialni; to było kłopotliwe, ale nie miała odwagi prosić o odzyskanie własnego pokoju.
Każdego wieczoru Janina gotowała dla wszystkich kolację trzeba przyznać, iż pyszne rzeczy, zawsze to, co lubił Michał: schabowy z ziemniakami, barszcz, mielone. Anna wolała raczej lekkie sałatki i rybę, ale głupio jej było coś o tym mówić.
Aniu, jeszcze raz powtórzę ty w ogóle nie jesz kręciła głową teściowa. Michał, spójrz na żonę, znikoma się zrobiła. Musisz ją do lekarza zaprowadzić, może z żołądkiem coś nie tak?
Aniu, serio mówił Michał, z niepokojem. Od jakiegoś czasu prawie nic nie jesz.
Po prostu nie jestem głodna powtarzała, bo to była prawda. Apetyt ją opuścił, rano robiło jej się niedobrze, z czasem ogarniała ją dziwna słabość. Do lekarza jednak iść nie zamierzała. Bała się usłyszeć, iż to przez stres i przemęczenie. Przyznać się do stresu znaczyłoby przyznać, iż obecność teściowej ją przytłacza. Jak to w ogóle można by powiedzieć na głos?
***
We wrześniu w pracy zaczął się kryzys. Urząd skarbowy żądał natychmiastowego uzupełnienia rozliczeń, w księgowości wszyscy siedzieli do późna. Anna wracała do domu po dziewiątej, ledwo żywa.
W mieszkaniu witał ją ciepły blask lamp, zapach kolacji i głos Janiny Stanisławowny.
Aniu, wreszcie jesteś. My z Michałem już jedliśmy, zostawiłam ci w garnku, odgrzej sobie. Ale proszę, nie przestawiaj garnków, celowo tak je poustawiałam, żeby sięgnąć łatwiej.
Anna kiwała głową, szła do kuchni, odgrzewała posiłek, który z trudem przełykała. Michał przychodził, całował ją w policzek, relacjonował dzień. Janina dziergała lub przeglądała gazety, ale zawsze była niby nie rzucająca się w oczy, a jednak obecność jej napełniała całe mieszkanie ciężką mgłą.
Michał, powiedz mi twoja mama chyba chce zostać na dłużej? zapytała Anna pewnego wieczoru, leżąc z mężem w ciemnej sypialni.
Przecież remont się nie skończył mamrotał przymulony Michał. Musisz jeszcze trochę wytrzymać. Nie da się tam zamieszkać.
Ale minęły już dwa miesiące…
Aniu, to moja matka. Jest sama, jest jej ciężko. Nie możesz zrozumieć?
W Anninym wnętrzu coś zabolało. Odwróciła się w milczeniu do ściany. Michał zasnął niemal od razu, a ona leżała z otwartymi oczami, wsłuchana w szmery z pokoju Janiny.
Następnego dnia teściowa przywitała ją z nową propozycją.
Aniu, pomyślałam sobie, może będę ci pomagać sprzątać w soboty? I tak się męczysz, a we dwójkę szybciej robota idzie.
Anna chciała odmówić, ale Janina już niosła wiadro, mopa, szmatki. Sprzątały więc razem, a teściowa przy okazji komentowała:
Ojej, za tą grzejnikiem jest brud, tam trzeba przejechać odkurzaczem. I firanki do prania, już szare są. A lodówkę jak myjesz? Chociaż raz na dwa tygodnie, bo inaczej bakterie!
Anna słuchała, kiwała głową, szorowała i z każdym słowem czuła, jak rośnie w niej niemoc i irytacja. Nie mogła jednak powiedzieć czegoś ostrego. W końcu teściowa pomagała, starała się, troszczyła. Można ją winić?
Pod koniec września Anna dostrzegła, iż we własnym mieszkaniu jest gościem nieporadnym i niewystarczającym. Janina przejęła kuchnię, łazienkę, pranie. Ubrania Michała prała i prasowała sama, składając je w specyficzny sposób.
Michał lubi, gdy koszula chrzęści. Od dziecka go przyzwyczaiłam do porządku.
Anna swoje rzeczy prała w wolnych chwilach, kiedy maszyna akurat stała wolna. Czuła się jak intruz, przemykający, by przypadkiem nie zawadzać.
W nocy śniły jej się bezsensowne sny: błądziła po korytarzach i nie mogła znaleźć swojego pokoju albo starała się przygotować kolację, ale wszystkie garnki i składniki znikały jej z rąk.
Budzona długą nocą leżała nieruchomo, wsłuchana w oddech Michała. Paraliżowała ją niemoc jak wyznać, iż teściowa ją dusi? Przekroczyć tę granicę? Jak to ubrać w słowa?
***
Pierwszego października zaczęły dziać się rzeczy zupełnie dziwne.
Anna obudziła się tego ranka z mdłościami. Ledwo wybiegła do łazienki. Pochylona nad umywalką, blada i drżąca, usłyszała głos teściowej za drzwiami.
Aniu, wszystko w porządku? Może lekarza wezwać?
Nie, nic się nie dzieje wyszeptała, płucząc twarz. Coś mi zaszkodziło.
Coś zaszkodziło? w tonie Janiny zabrzmiała uraza. Przecież wczoraj mielone zrobiłam, ze świeżego mięsa. Michał jadł, nic mu nie było.
To nie o kotlety chodzi, pani Janino. Po prostu mam wrażliwy żołądek.
Anna przez cały dzień czuła się osłabiona. W pracy ledwo widziała na oczy, cyfry rozjeżdżały się na monitorze. Koleżanka z pokoju, Magda, zaniepokoiła się.
Anka, wyglądasz jak śmierć. Może idź do domu?
Nie mogę, raportów nie ma komu dokończyć.
Zadbaj o siebie. Zrób badania.
Maria jej nie posłuchała. Wróciła późno. Janina Stanisławowna przywitała ją chłodnym spojrzeniem.
Cały wieczór się niepokoiłam, Michał też się martwił. Przecież nas wszystkich straszysz.
Przepraszam, po prostu w pracy dużo.
Praca, ciągle tylko praca. A dom? Rodzina? Twój mąż pół dnia sam siedział, musiałam mu chociaż ciepły obiad zrobić.
Anna zamknęła się w sypialni i padała na łóżko. Głowa jej pękała, zza ściany słyszała wyraźnie głosy teściowej i męża. Nie rozumiała słów, ale tonacje mówiły wszystko: teściowa narzeka, Michał ją uspokaja.
Zaciskała dłonie na poduszce, mając ochotę krzyczeć. Ale jak zwykle milczała.
Następnego ranka, szykując się do pracy, odkryła, iż jej biała, jedwabna bluzka wisi w szafie z żółtawą plamą na kołnierzyku. Wieczorem była czysta, była tego pewna.
Pani Janino, nie wie pani, co stało się z moją bluzką? spytała, wychodząc do kuchni.
Teściowa odwróciła się znad patelni z miną zaskoczenia.
Z którą bluzką?
Z białą. Jeszcze wczoraj była czysta, a dziś…
Nie ruszałam twoich rzeczy. Może sama coś wylałaś, a nie zauważyłaś?
Anna spojrzała na jej niewinną twarz i nagle poczuła, iż Janina wie, iż to ona. Ale nie miała dowodu i znów przemilczała. Włożyła inną bluzkę, poszła do pracy z kamieniem na sercu.
Od tego dnia zaczęły ginąć jej rzeczy. Ulubiony, wielki ceramiczny kubek, prezent od Michała urodzinowy, zniknął na zawsze. Teściowa wzruszała ramionami:
Może się stłukł i wyrzuciłaś? Ja nie widziałam.
Potem z dnia na dzień kończył się szampon Ani. Prawie pełna butelka była pusta rano.
Dziwne, z tymi zakrętkami to się czasem wyleje
Anna przestała choćby zadawać pytania. Czuła, jak z dnia na dzień coraz bardziej pogrąża się w lepkim bezruchu. W pracy działała automatycznie, w domu siedziała w kuchni z laptopem, bo wejść do swojego dawnego pokoju nie chciała. Michał zamykał się w sobie. Kłócili się coraz częściej.
Ostatnio jesteś nerwowa powiedział raz, patrząc na nią z niechęcią. To przez pracę?
Nie. Nie przez pracę.
To przez co?
Spojrzała na niego, chciała wyznać prawdę iż nie znosi już obecności jego matki, iż się w tym domu dusi ale jak zwykle nie znalazła słów.
Po prostu jestem zmęczona. Przepraszam.
Przytulił ją do siebie.
Jeszcze trochę wytrzymaj. Mama niedługo wraca do Torunia, już z nią rozmawiałem. Remont kończą lada dzień.
Ale remontu końca nie było. Co tydzień Janina dzwoniła do ekipy i wracała z miną pełną zmartwień.
Powiedzieli, iż już tylko tapetowanie i listwy jeszcze tydzień i będzie gotowe.
Tygodnie zamieniały się w miesiące.
***
Pod koniec października Anna prawie przestała spać. jeżeli już zasnęła, to budziła się rozbita, z podkrążonymi oczami.
Którejś nocy obudziły ją szmery i cichy trzask dochodzący z pokoju teściowej. Uchyliła się na łokciu i nasłuchiwała. Hałas powtórzył się, a potem ucichł.
Rano spytała teściową, czy w nocy coś ją obudziło.
Nie, kochanie, spałam jak zabita. Coś ci się przyśniło. Napięte nerwy musisz iść do lekarza.
Kilka dni potem w mieszkaniu pojawił się dziwny zapach. Słodkawy, woskowy, jak w kościele. Najsilniejszy był koło drzwi do pokoju Janiny.
Pani Janino, czy pali pani świeczki? dopytała Anna następnego wieczora.
Świeczki? Nie, po co. Skąd przyszło ci to do głowy?
Pachnie woskiem.
Może od sąsiadów przez wentylację.
Ale zapach powracał. Zawsze nocą, zawsze ledwo wyczuwalny, a jednak nie do pomylenia. Anna zaczęła się z nim budzić, leżąc w ciemności z narastającym lękiem.
Któregoś dnia, wiedząc, iż teściowej nie ma w domu, weszła do jej pokoju. Zajrzała wokół, wszystko było na swoim miejscu. Na biurku równiutko ułożone gazety, na parapecie fiołki, w szafie ubrania wisiały w rzędzie. Na dole stały walizki i to kartonowe pudło przewiązane sznurkiem.
Anna przysiadła, sięgnęła ręką do pudełka, ale wtedy usłyszała zamek w drzwiach wejściowych. Zerwała się i natychmiast wyszła z pokoju.
Aniu, a ty w domu? Myślałam, iż jeszcze pracujesz.
Źle się czuję, poprosiłam o wyjście wcześniej.
Oj kochanie, połóż się, zaraz zrobię ci herbaty.
Tej samej nocy Anna znowu poczuła zapach wosku. A idąc do łazienki, kątem oka zauważyła na półce w przedpokoju ramkę z ich wspólnym zdjęciem z Michałem, z czasów narzeczeństwa która zawsze stała w sypialni. Kiedy przyjrzała się dokładnie, zobaczyła, iż jej twarz na zdjęciu jest porysowana cienkimi liniami jakby po igle.
Serce ścisnęło jej się do bólu. Stała wpatrzona w ramkę, nie mogąc oderwać wzroku od tej okaleczonej podobizny.
Aniu, czego stoisz tak? Michał wszedł w pidżamie do przedpokoju.
Michał popatrz.
Przyjrzał się zdjęciu, marszcząc brwi.
Co się stało?
Nie wiem. Dziś to znalazłam. Ramka cała, ale zdjęcie porysowane.
Może tak było z drukarni? Nie zwróciliśmy uwagi?
To nie wada druku! Patrz, igłą ktoś porysował specjalnie!
Kto? spojrzał na nią niedowierzająco. Kto by to zrobił?
Anna zamilkła. Oboje wiedzieli, kto jeszcze mieszkał w tym małym mieszkaniu. Ale powiedzieć tego głośno? To byłoby szaleństwo.
Może mi się wydaje przepraszam.
W tamtą noc nie zmrużyła oka, tylko leżała godzinami z oczami utkwionymi w sufit, nasłuchując szmerów zza ściany.
***
Listopad przyszedł z chłodami. Annie wiecznie było zimno, dosłownie i w przenośni. Najchętniej nie jadła nic oprócz herbaty i sucharków i to tylko wtedy, gdy teściowa nie patrzyła.
Aniu, ty już naprawdę jesteś chora mówiła Janina z nieskrywaną troską, choć w oczach pojawiał się cień satysfakcji? Annie się zdawało, iż tak.
W pracy pani kierownik poprosiła ją na rozmowę.
Pani Anno, ostatnio robi pani sporo pomyłek w księgowaniach powiedziała życzliwie, ale stanowczo. To do pani niepodobne.
Przepraszam, pani kierownik. Już poprawiam.
Może potrzebuje pani wolnego na odpoczynek?
Wolnego. Anna wyobraziła sobie, jak spędza urlop w domu pod jednym dachem z Janiną i ścisnęło jej się serce.
Dziękuję, dam sobie radę.
Ale radziła sobie coraz gorzej. Wieczorami zwykle siedziała na kanapie, wpatrzona w pustkę. Michał kilka razy próbował z nią rozmawiać, ale bywała nieobecna, zamknięta.
Nie rozumiem, co się z tobą dzieje. Jesteś tu w ogóle?
Po prostu bardzo się zmęczyłam.
Może naprawdę pójdziesz do lekarza? Mama mówi, iż prawie nic nie jesz.
Mama mówi. Anna podniosła na niego wzrok.
Twoja mama dużo mówi.
Co?
Nic. Nic ważnego.
Wstała, poszła do sypialni. Michał nie poszedł za nią.
Po kilku dniach wydarzyło się to, co przełamało wszystko.
Wróciła z pracy wcześniej niż zwykle, było po szóstej. Janina zwykle o tej porze oglądała w kuchni serial albo dzwoniła do przyjaciółki. Tym razem w całym mieszkaniu panowała cisza.
Anna rozebrała się, weszła do łazienki się odświeżyć. Gdy wycierała twarz, usłyszała cichy, monotonny szept. Dochodził z pokoju teściowej.
Zastygła. Szept nie ustawał, słowa były nieczytelne, ton jakby modlitwa, ale nie modlitwa.
Zbliżyła się do drzwi. Były uchylone. Ze środka biło światło, a przez szparę widziała blat stoliczka. Stały na nim dwie kościelne świece, płonęły żółtym płomieniem.
Serce waliło jej tak, iż czuła je w uszach. Wparowała do środka.
Janina Stanisławowna stała tyłem, pochylona nad stołem. Przed nią leżało na papierze duże zdjęcie Michała mężowski portret z uczelni. Obok splątane zdjęcie Anny, jej twarz przekreślona czarnym markerem na krzyż.
Anna zobaczyła błysk igły w ręce teściowej. Janina uniosła rękę nad jej zdjęciem.
Pani Janino wykrztusiła Anna, jej głos do nie poznania.
Teściowa gwałtownie się odwróciła. Była blada.
Aniu nie spodziewałam się
Co pani wyprawia?
Janina błyskawicznie opuściła rękę, chowając igłę. Na twarzy widać było zakłopotanie, które zaraz ustąpiło irytacji.
Nic. To nie twoja sprawa.
Świece, zdjęcia, igła co to ma znaczyć?
Powiedziałam: nie twoja sprawa! Wyjdź z mojego pokoju!
Coś w Annie pękło. Wszystko, co tłumiła przez miesiące zmęczenie, żal, strach wybuchło falą.
Z pani pokoju?! podeszła krok bliżej, trzęsąc się. To MOJE mieszkanie! MOJE! I to MÓJ pokój, w którym pani mieszka od trzech miesięcy!
Aniu, nie krzycz
Zacznę! Zatrula mi pani życie! Igłą pani jeździ po moich zdjęciach, niszczy rzeczy, wszystko pani wypala!
Sama się niszczysz! wyrzuciła teściowa, prostując się dumnie. Mój syn byłby szczęśliwy z inną. Ty tylko praca i praca, żadnych dzieci, żadnej rodziny jesteś tylko ciężarem!
Słowa ugodziły Annę jak policzek. Stała, oddychając ciężko, czując pieczenie łez.
Jak pani śmie
Jestem matką! Sama go wychowałam! Oddałam mu życie! A ty? Przypadkowa kobieta, która go odebrała!
Nie odebrałam! My się kochamy! Jesteśmy rodziną!
Rodzina? prychnęła Janina. Jaka rodzina? Dziecka urodzić nie potrafisz. Patrz na siebie: chuda, wiecznie chora, nie pasujesz do niego!
Coś w Annie zerwało się ostatni raz. Podeszła do stołu, zrzuciła świece na podłogę, jedną z nich jeszcze płonącą. Wzięła zdjęcie ze skreśloną twarzą i podarła.
Proszę się wynosić powiedziała stanowczo, tonem absolutnie niepodlegającym dyskusji. Wynosić z mojego mieszkania. Teraz.
Słucham? Janina pobladła. Ty nie masz prawa
Mam prawo! To mój dom. Pakować się!
Michał ci tego nie wybaczy!
To z nim ustalę. Pani koniec.
Drzwi wejściowe trzasnęły. Michał wrócił z pracy. Słysząc krzyki, wbiegł do pokoju.
Co się tu dzieje?!
Janina rzuciła się do syna.
Michałku, ona mnie wygania! Opluwa, do domu nie chce mnie wpuścić!
Michał spojrzał na matkę, potem na Annę, drżącą z podartym zdjęciem i łzami na policzkach.
Michał zobacz, co ona robi jęknęła Anna, wskazując na świece i zdjęcia.
Michał stał cicho, a jego twarz się zmieniała: zdziwienie, rozumienie, przerażenie.
Mamo co to wszystko?
Nic, synku, tylko modliłam się za was
Z igłą? Z przekreślonymi zdjęciami?! teraz był stanowczy jak nigdy Co to ma znaczyć?!
Chciałam pomóc! Ona nie jest dla ciebie! Ja wiem lepiej!
Przestań! wrzasnął Michał i Anna pierwszy raz widziała go takiego wobec matki. Milcz! Pakuj się, dziś jadę z tobą na dworzec. Teraz.
Michał
RAZ! PROSZĘ SIĘ SPROWAĆ!
***
Godzinę później Janina wychodziła z mieszkania, z walizkami i z kamienną twarzą. Michał pomagał bez słowa. Anna stała w korytarzu, ledwo się trzymając na nogach.
Na progu Janina spojrzała długim, twardym spojrzeniem.
Jeszcze tego pożałujesz.
Nie odpowiedziała. Michał zabrał bagaże, wyszli. Drzwi zamknęły się za nimi.
Anna została sama.
Cisza była ogłuszająca. Weszła do pokoju Janiny, popatrzyła na stół, na resztki świec, na zniszczone zdjęcia, wszystko wyniosła na balkon, potem do śmietnika.
Otworzyła szeroko okno. Stała nabierając powietrza. Na zewnątrz listopadowy wiatr gnał po dachach i pierwszy raz od miesięcy Anna poczuła, iż naprawdę oddycha.
Michał wrócił po północy. Był wykończony. Ledwie się przywitał, padł na łóżko.
Odwiozłem ją, wsadziłem do pociągu do Torunia.
Anna usiadła przy nim i wzięła go za rękę.
Przepraszam.
Za co?
Za wszystko.
To nie ty powinnaś się tłumaczyć. Powinienem był wcześniej otworzyć oczy. Myślałem, iż po prostu się męczysz, iż masz dużo pracy. Nie wiedziałem Nie wyobrażałem sobie, iż mama jest do tego zdolna.
Michał, jej jest bardzo samotnie. Po śmierci taty została tylko z tobą. Jesteś dla niej wszystkim.
To nie wytłumaczenie. To, co zrobiła to chore.
Siedzieli tak w milczeniu, on objął ją drżącymi ramionami.
Miałem wrażenie, iż cię tracę. Byłaś ostatnio taka zgaszona, jakbyś gdzieś odpłynęła. Myślałem iż już mnie nie chcesz.
Nie. Po prostu się dusiłam.
Już nigdy nie pozwolę ci się dusić. Obiecuję.
Poranek był dziwny. Słońce przedzierało się przez zasłony. Anna usiadła na łóżku, nasłuchując. Cisza. Nie było odgłosu kroków, szelestu garnków, głosu Janiny.
Obeszła mieszkanie, weszła do swojego dawnego pokoju. Było pusto; jej pokój. Znów.
W kuchni Michał parzył kawę.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Zjedli śniadanie razem; pierwszy raz od tygodni Anna zjadła coś i nie poczuła mdłości.
Anka, musisz pójść do lekarza powiedział Michał. Jesteś blada, źle wyglądasz. Umówiłem cię jutro do przychodni.
Dobrze.
Poszedł do pracy, Anna pierwszy raz od dawna poczuła się lżej.
Wieczorem, siedząc na kanapie, Michał objął ją za ramiona.
Myślę o mamie. Nie odezwała się od wczoraj.
Jest obrażona?
Pewnie tak. Ale Anka, nie mogę z nią zupełnie zerwać kontaktu. To moja mama. Ale ciebie nie oddam nigdy. Obiecuję.
Wiem.
Może później, jak się uspokoi, wpadnie kiedyś z wizytą. Na kilka godzin. Pogadamy, postawimy granice.
Anna skinęła głową. W środku miała jeszcze lodowaty lęk, ale rozumiała, iż nie może żądać od męża zerwania z matką. Tyle, iż granice będą.
***
Następnego dnia Anna poszła do lekarza. Starsza pani doktor wysłuchała skarg na mdłości, brak apetytu, osłabienie. Spytała:
Kiedy ostatnio miała pani miesiączkę?
Zamyśliła się. Nie pamiętała. Tyle się działo Przypomniała sobie, iż efektywny krwawień nie miała od ponad miesiąca.
Zrobimy test ciążowy.
Ciąża? Nie sądziła, iż to możliwe. Test okazał się dodatni.
Gratuluję, uśmiechnęła się lekarka. Około szóstego tygodnia. Skieruję panią do ginekologa.
Anna wyszła z poradni w oszołomieniu. Ciąża. Ich dziecko.
Usiadła na ławce i rozpłakała się, mocząc dłonie łzami z ulgi, z radości, ze wzruszenia.
Wieczorem powiedziała Michałowi. Najpierw nie mógł uwierzyć, potem wziął ją w ramiona i tańczył z nią po kuchni.
To możliwe?!
Szósty tydzień.
To cud! Aniu, kocham cię.
Odtąd wieczorami układali pokój, sprzątali po pobycie Janiny, przestawiali meble, kupili nowe firanki.
Mieszkanie nabrało światła, Anna zaczęła gotować ulubione potrawy: Michał jej pomagał, śmieli się razem, tak jak kiedyś.
Pewnego wieczoru Michał przytulił ją na kanapie.
Kiedy urodzi się dziecko, mama pewnie będzie chciała przyjechać.
Może przyjść w odwiedziny. Na dzień. Ale na noc zostawać już nie będzie. Nie mogę.
Oczywiście. Rozumiem. I sama nigdy nie zostaniesz z nią z dzieckiem póki nie będziesz tego spokojna.
Dziękuję. Michał, nie chcę być złośliwa, nie chcę się wiecznie kłócić. Ale nie pozwolę jej już zapanować w naszym domu. Nasze dziecko nie może dorastać w napięciu.
Od dziś mamy jasne reguły. Granice. Koniec z ustępstwami.
Przytuliła się do niego. Za oknem stukał deszcz, ale wnętrze mieszkania było ciepłe, cichsze niż kiedykolwiek.
Myślisz, iż nam się uda?
Tak. Jestem tego pewien. Teraz już wiemy, czego nigdy nie będziemy powtarzać.
Anna kiwnęła głową. Strach jeszcze tkwił w jej sercu, nie wiedziała, jak to się wszystko ułoży. Ale teraz czuła się silniejsza niż kiedykolwiek. Potrafiła powiedzieć nie. Uratować swój dom, swoje życie, swoje prawo do siebie.
Michał położyła dłoń na brzuchu, gdzie rosło ich dziecko obiecaj mi, iż gdy kiedyś znów będzie źle usłyszysz mnie. Nie zignorujesz.
Obiecuję. Zawsze cię usłyszę.








