Ostatnie lato w rodzinnym domu Piotr przyjechał w środę, gdy słońce już porządnie rozgrzało dach, a eternit lekko trzeszczał. Furtka odpadła z zawiasów jakieś trzy lata temu, przeszedł przez nią i zatrzymał się przed gankiem. Trzy schodki, dolny całkiem spróchniały. Ostrożnie wszedł na drugi, sprawdzając czy wytrzyma jego ciężar. W środku czuć było zatęchłe powietrze i mysią woń. Gruba warstwa kurzu pokrywała parapety, a w kącie salonu rozciągała się pajęczyna od belki aż po stary kredens. Piotr otworzył okno – ramę trzeba było przycisnąć, ale puściła i do środka wpadł zapach podgrzanej pokrzywy i suszonej trawy z podwórka. Obejrzał wszystkie cztery pokoje, w myślach robiąc listę: umyć podłogi, sprawdzić piec, naprawić wodę w letniej kuchni, wyrzucić wszystko co przegniło. A potem zadzwonić do Marcina, mamy, siostry z dzieciakami. Powiedzieć: przyjedźcie na sierpień, spędzimy tu miesiąc jak kiedyś. Kiedyś – to było z dwadzieścia pięć lat temu, gdy tata jeszcze żył i co lato wszyscy zjeżdżali tu razem. Piotr pamiętał, jak gotowali dżem w miedzianym kotle, jak z bratem nosili wiadrami wodę ze studni, jak mama wieczorami czytała na werandzie. Potem tata zmarł, mama wyprowadziła się do miasta, dom zabili dechami. Piotr przyjeżdżał raz w roku sprawdzić czy nie okradli i odjeżdżał. Ale tej wiosny coś w nim pękło: trzeba spróbować to odzyskać. Choćby na chwilę. Tydzień robił wszystko sam: wyczyścił komin, wymienił dwie deski na ganku, umył okna. Pojechał do miasta po farbę i cement, umówił się z elektrykiem w sprawie instalacji. Sołtys spotkawszy go pod sklepem pokręcił głową: — Po co, Piotrek, inwestować w tą ruderę? I tak sprzedacie. Piotr odpowiedział krótko: — Do jesieni nie sprzedam. — I poszedł dalej. Marcin przyjechał pierwszy, w sobotni wieczór, z żoną i dwójką dzieci. Wysiedli z auta, rozejrzeli się po placu, krzywiąc się lekko. — Serio myślisz, iż wytrzymamy tu miesiąc? — Trzy tygodnie — poprawił Piotr. — Dzieci się przewietrzą, tobie też się przyda. — choćby prysznica nie ma. — Jest stara bani. Napalę dziś. Dzieci, chłopak jedenaście lat i dziewczynka osiem, poszły niechętnie na huśtawki, które Piotr sam dzień wcześniej zawiesił na wiekowym dębie. Żona Marcina bez słowa weszła do domu, taszcząc torbę z zakupami. Piotr pomógł w rozpakowaniu, brat się jeszcze krzywił, ale nic nie powiedział. Mama przyjechała w poniedziałek, przywiózł ją sąsiad. Stanęła w progu, zaparła się o krawędź salonu. — Wszystko takie… małe — powiedziała cicho. — Pamiętałam większe. — Mamo, nie byłaś tu trzydzieści lat. — Trzydzieści dwa. Przeszła do kuchni, dotknęła blatu. — Tu zawsze było zimno. Tata obiecał zrobić ogrzewanie, ale nie zdążył. W jej głosie Piotr słyszał nie nostalgię, tylko zmęczenie. Przyniósł jej herbatę, posadził na werandzie. Mama patrzyła w ogród i opowiadała, jak ciężko było taszczyć wodę, jak bolały plecy po praniu, jak sąsiedzi plotkowali. Piotr rozumiał, iż dla niej ten dom to nie gniazdo, a rana. Wieczorem, gdy mama poszła spać, Piotr i Marcin siedzieli przy ognisku na podwórzu. Dzieci już spały, żona Marcina czytała w pokoju przy świeczce – prąd był dopiero w połowie domu. — Po co ci to wszystko? — spytał Marcin, patrząc w ogień. — Chciałem, żebyśmy byli razem. — Przecież widujemy się w święta. — To nie to samo. Marcin uśmiechnął się krzywo. — Piotrze, jesteś romantykiem. Myślisz, iż trzy tygodnie tutaj coś zmienią? — Nie wiem — Piotr wzruszył ramionami. — Chciałem spróbować. Brat milczał, w końcu powiedział łagodniej: — Fajnie, iż wpadłeś na taki pomysł. Ale cudów nie oczekuj. Piotr nie oczekiwał. Ale miał nadzieję. Dni mijały w pracy. Piotr naprawiał płot, Marcin pomógł zmienić dach na stodole. Chłopak, Franek, na początku się nudził, ale potem znalazł w szopie wędki i codziennie znikał nad rzeką. Dziewczynka, Ania, pomagała babci w grządkach, które Piotr naprędce założył przy południowej ścianie. Jednego dnia, gdy wspólnie malowali werandę, żona Marcina roześmiała się: — Jak w komunie… — Komunardzi to przynajmniej mieli plan — burknął Marcin, ale się uśmiechnął. Piotr widział, iż napięcie powoli opada. Wieczorami jedli razem kolacje na werandzie, mama gotowała zupę, żona Marcina piekła sernik z wiejskiego twarogu. Rozmawiali o duperelach: gdzie znaleźć moskitierę, czy trzeba kosić trawę, czy naprawiony jest hydrofor. Aż któregoś dnia, gdy dzieci spały, mama powiedziała: — Wasz tata chciał ten dom sprzedać. Rok przed śmiercią. Piotr zastygł z kubkiem w dłoni. Marcin zmarszczył się. — Czemu? — Zmęczony był. Mówił, iż dom to kotwica. Chciał do miasta, do bloku bliżej szpitala. Ja nie chciałam. Myślałam, iż to nasze, rodzinne. Pokłóciliśmy się. Nie sprzedał, a potem zmarł. Piotr odstawił kubek. — Czujesz się winna? — Nie wiem. Po prostu… mam tego miejsca dość. Tu wszystko przypomina, jak uparłam się, a on nie zdążył spokojnie pożyć. Marcin oparł się o krzesło. — Mamo, nigdy o tym nie mówiłaś. — Nie pytaliście. Piotr popatrzył na matkę. Siedziała skulona, spracowane dłonie. Teraz widział, iż dom jest dla niej nie skarbem, ale ciężarem. — Może trzeba było sprzedać — powiedział cicho. — Może — przyznała. — Ale tu się wychowaliście. To coś znaczy. — Co? Podniosła na niego wzrok. — Że pamiętacie, jacy byliście, zanim życie wszystkich rozrzuciło. Nie od razu uwierzył w te słowa. Ale na drugi dzień, kiedy poszedł z Marcinem i Frankiem nad rzekę i chłopak złowił pierwszego okonia, zobaczył, jak brat szczerze się uśmiechał, przytulając syna. Wieczorem, kiedy mama opowiadała Ani, jak na tej samej werandzie uczyła jej tatę czytać, usłyszał w jej głosie nie ból, a coś innego. Może pogodzenie. Wyjazd ustalili na niedzielę. W sobotę Piotr napalił w bani, wszyscy razem się wykąpali, potem pili herbate na werandzie. Franek spytał, czy przyjadą tu za rok. Marcin spojrzał na Piotra, ale nic nie odpowiedział. Rano Piotr pomagał pakować rzeczy. Mama przytuliła go na pożegnanie. — Dziękuję, iż zaprosiłeś. — Myślałem, iż będzie lepiej. — Było dobrze. Na swój sposób. Marcin klepnął go w ramię. — Sprzedawaj, jeżeli chcesz. Nie mam nic przeciwko. — Zobaczymy. Samochód odjechał, kurz siadł na drodze. Piotr wrócił do domu. Obszedł pokoje, zebrał naczynia, wyrzucił śmieci. Zamknął okna, zatrzasnął drzwi. Z kieszeni wyjął stary, rdzawy, ale ciężki i porządny żelazny klucz, który znalazł w szopie, zawiesił na furtce. Stał przy bramie, patrząc na dom. Dach równy, ganek solidny, okna czyste. Dom wyglądał jak żywy. Ale Piotr wiedział, iż to złudzenie – dom żyje póki są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie żył naprawdę. Może to wystarczy. Wsiadł do auta i ruszył. W lusterku mignął dach, potem zasłoniły go drzewa. Jechał powoli, dziurawą drogą i myślał, iż na jesień zadzwoni do pośrednika. Ale póki co – póki co będzie pamiętał, jak wszyscy siedzieli przy stole, jak mama śmiała się z żartów Marcina, jak Franek pokazywał swoją rybę. Dom spełnił swoją rolę. Zebrał ich razem. Może to tyle wystarczy, by pozwolić mu odejść bez żalu.

newsempire24.com 3 godzin temu

Ostatnie lato w domu rodzinnym

Władysław przyjeżdża w środę, gdy słońce już mocno przygrzewa i rozgrzewa dach tak, iż eternit zaczyna trzeszczeć. Furtka przewróciła się ze trzy lata temu, przekracza ją i zatrzymuje się przed gankiem. Trzy schodki, dolny spróchniał doszczętnie. Staje na drugim, sprawdzając czy wytrzyma, potem wchodzi dalej.

W środku czuć stęchliznę i myszy. Na parapetach równy, szary kurz, w rogu salonu od belki do starego kredensu ciągnie się pajęczyna. Władysław otwiera okno rama opiera się, ale w końcu pęka i do środka wpada zapach rozgrzanych pokrzyw i suchej trawy zza płotu. Ogląda po kolei wszystkie cztery pokoje, w myślach zlicza: umyć podłogi, sprawdzić kuchnię, naprawić wodę w letniej kuchence, wyrzucić wszystko, co już przegniło. Potem zadzwonić do Andrzeja, mamy, siostrzeńców. Powiedzieć: przyjeżdżajcie w sierpniu, spędzimy tu miesiąc, jak kiedyś.

Kiedyś to było ćwierć wieku temu, kiedy ojciec jeszcze żył, a oni letami zjeżdżali się tutaj całą rodziną. Władysław pamięta, jak gotowali dżem w miedziaku, jak z braćmi znosili wiadrami wodę ze studni, jak mama wieczorami czytała im na werandzie. Potem ojciec zmarł, mama przeniosła się do miasta do młodszego syna, dom zabrakowano. Władysław przyjeżdżał raz do roku sprawdzić, czy nic nie zginęło, i znowu wracał. Ale tej wiosny coś w nim pękło: trzeba spróbować to odzyskać. Chociaż na chwilę.

Przez pierwsze dni pracuje sam. Czyści komin, wymienia dwie deski przy ganku, myje okna. Jeździ do powiatowego poekspres na farbę i cement, umawia elektryka co do przewodów. Sołtys, który spotyka go pod sklepem, kręci głową:

Po co ci to, Władek? Zainwestujesz, a potem i tak sprzedasz.

Władysław tylko wzrusza ramionami:

Nie sprzedam do jesieni odpowiada i idzie dalej.

Andrzej pojawia się pierwszy, w sobotni wieczór, z żoną i dwójką dzieci. Wysiada z auta, rozgląda się po podwórku i marszczy nos.

Naprawdę myślisz, iż wytrzymamy tu miesiąc?

Trzy tygodnie poprawia go Władysław. Dzieci pobiegają na świeżym powietrzu, tobie też dobrze zrobi.

choćby prysznica nie ma.

Jest sauna. Rozpalę dzisiaj.

Dzieci jedenastoletni chłopiec i ośmioletnia dziewczynka z ociąganiem idą w stronę huśtawek, które Władysław zawiesił dzień wcześniej na starym dębie. Żona Andrzeja, Bogumiła, w milczeniu taszczy do domu siatki z zakupami. Władysław pomaga z bagażami. Brat przez cały czas posępny, ale nic nie mówi.

Mama przyjeżdża w poniedziałek; przywozi ją samochodem sąsiad. Wchodzi do domu, zatrzymuje się na progu salonu i wzdycha:

Wszystko tu takie małe mówi cicho. Pamiętałam większe.

Nie było cię tu trzydzieści lat, mamo.

Trzydzieści dwa.

Przechodzi do kuchni, przesuwa dłonią po blacie.

Tu zawsze było zimno. Tata obiecywał centralne, ale tak już zostało.

W głosie mamy Władysław nie słyszy nostalgii, ale zmęczenie. Nalewa jej herbatę, sadza na werandzie. Mama patrzy w sad i zaczyna wspominać, jak ciężko było nosić wodę, jak bolały plecy po praniu, jak sąsiedzi plotkowali. Władysław słucha i widzi, iż dla niej to już nie gniazdo, tylko stara rana.

Wieczorem, gdy mama kładzie się spać, siedzi z Andrzejem przy ognisku na podwórku. Dzieci już śpią, Bogumiła czyta przy świecy prąd mają na razie tylko w jednej części domu.

Po co ci to wszystko? pyta Andrzej, patrząc w płomienie.

Chciałem, żebyśmy byli razem.

Przecież widujemy się na święta.

To nie to samo.

Andrzej się uśmiecha półgębkiem:

Romantyk z ciebie, Władek. Myślisz, iż trzy tygodnie na wsi nas do siebie zbliżą?

Nie wiem przyznaje Władysław. Chciałem spróbować.

Brat siedzi cicho, potem mówi łagodniej:

Może i dobrze robiłeś. Ale cudów się nie spodziewaj.

Władysław nie oczekuje cudów. Ale liczy na coś.

Dni mijają w pracy. Władysław reperuje płot, Andrzej pomaga przy dachu stodoły. Chłopak, Maurycy, najpierw się nudzi, potem znajduje w szopie stare wędki i całymi godzinami znika nad rzeką. Dziewczynka, Jagoda, pomaga babci plewić grządki, które Władysław naprędce założył przy południowej ścianie.

Pewnego dnia, gdy wszyscy malują werandę, Bogumiła zaczyna się śmiać:

Jak na kolonii czy w PGR-ze!

Kolonie miały przynajmniej plan mruczy Andrzej, ale się uśmiecha.

Władysław widzi, iż napięcie powoli znika. Wieczorami jedzą razem kolację przy długim stole pod werandą, mama gotuje zupę, Bogumiła piecze sernik z twarogu kupionego u sąsiadki. Rozmawiają o drobiazgach: gdzie kupić moskitierę, czy przyciąć trawę, czy już naprawili pompę.

Któregoś wieczora mama, gdy dzieci już śpią, mówi:

Twój ojciec chciał sprzedać ten dom. Rok przed śmiercią.

Władysław zatrzymuje się z kubkiem w ręku. Andrzej marszczy brwi.

Dlaczego?

Był zmęczony. Mówił, iż dom jest kotwicą. Chciał przeprowadzić się do miasta, bliżej szpitala. Ja byłam przeciw. Myślałam, iż to nasze, rodzinne. Pokłóciliśmy się wtedy. I nie zdążył sprzedać, a po roku zmarł.

Władysław odstawia kubek.

Masz do siebie żal?

Nie wiem. Po prostu Jestem zmęczona tym miejscem. Przypomina mi, iż postawiłam na swoim, a on nie miał już czasu w spokojne życie.

Andrzej opiera się o oparcie.

Mamo, nigdy o tym nie mówiłaś.

Nie pytaliście.

Władysław patrzy na mamę. Siedzi przygarbiona, starsza kobieta o zniszczonych dłoniach, i dopiero teraz widzi, iż ten dom był dla niej ciężarem, nie skarbem.

Może trzeba było go sprzedać mówi cicho.

Może zgadza się mama. Ale tutaj dorastaliście. To też coś znaczy.

Co dokładnie?

Podnosi na niego oczy.

Że pamiętacie, jacy byliście. Zanim życie każdego rozrzuciło.

Władysław te słowa rozumie dopiero następnego dnia. Idzie z Andrzejem i Maurycym nad rzekę, chłopak łowi pierwszego okonia, a Andrzej śmieje się i obejmuje syna jak dawniej, bez zmęczenia. Wieczorem mama opowiada Jagodzie, jak tutaj, na tej werandzie, uczyła jej tatę czytać w jej głosie nie słychać już bólu, tylko coś innego. Być może pogodzenie.

Wyjazd ustalają na niedzielę. W przeddzień Władysław rozpala saunę, wszyscy razem się myją, potem piją gorącą herbatę na ganku. Maurycy pyta, czy przyjadą tu za rok. Andrzej rzuca spojrzenie na Władysława, ale nie odpowiada.

Rano Władysław pomaga pakować rzeczy do auta. Mama przytula go na pożegnanie.

Dziękuję, iż nas zaprosiłeś.

Myślałem, iż będzie lepiej.

Było dobrze. Na swój sposób.

Andrzej klepie go po ramieniu.

Sprzedaj, jak zdecydujesz. Nie mam nic przeciwko.

Zobaczymy.

Samochód odjeżdża, kurz opada na drodze. Władysław wraca do środka, przechodzi przez pokoje, zbiera resztki naczyń, wynosi śmieci. Potem zamyka okna, rygluje drzwi. Wyjmuje z kieszeni stary, ciężki, zardzewiały skobel, który kiedyś znalazł w szopie, i przypina nim furtkę.

Stoi pod bramą, patrzy na dom: dach równy, ganek solidny, okna lśnią. Dom wygląda jak żywy. Ale Władysław wie, iż to złudzenie. Dom żyje, póki są w nim ludzie. Przez trzy tygodnie żył. Może to wystarczy.

Wsiada do samochodu i odjeżdża. W lusterku miga dach, aż znika za drzewami. Władysław jedzie powoli po wyboistej drodze i myśli, iż jesienią zadzwoni po pośrednika. Ale póki co póki pamięta, jak siedzieli razem przy stole, jak mama śmiała się z żartu Andrzeja, jak Maurycy pokazywał pierwszą złowioną rybę.

Dom spełnił swoją rolę. Zebrał ich w jednym miejscu. I może to wystarczy, żeby móc go pożegnać bez bólu.

Idź do oryginalnego materiału