Danuta ma pięćdziesiąt trzy lata i od marca sprząta w przychodni przy ulicy Godebskiego. Zanim tam trafiła, wysłała czterdzieści dwa CV — pamięta dokładnie tę liczbę, bo zapisywała każde w zeszycie w kratkę, tym samym, w którym kiedyś liczyła wydatki na wesele córki. Odpowiedziała jedna firma sprzątająca i przychodnia.
Płacą jej dwadzieścia dwa złote na godzinę, sześć dni w tygodniu, po pięć godzin. Wychodzi około dwóch i pół tysiąca miesięcznie na rękę. Kierowniczka, pani Wioletta, na pierwszym spotkaniu powiedziała, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem: „Będzie pani solidna, to pomyślimy o premii świątecznej". Danuta skinęła głową i poszła po mopa.
Mąż, Zenon, pracował całe życie w tartaku pod Ostrołęką, aż tartak zamknęli trzy lata temu. Teraz siedzi w domu, dostaje jakąś rentę po operacji kolana i codziennie o siedemnastej ogląda wiadomości sportowe. Kiedy Danuta wróciła pierwszego dnia z pracy, pachnąc chlorem i miętowym mydłem z dozownika w toalecie personelu, powiedział bez podnoszenia wzroku znad pilota:
— Za takie grosze to lepiej w ogóle nie wychodzić z domu.
— A za jakie grosze niby wychodzić? — spytała, zdejmując fartuch, który sama sobie kupiła, bo przychodnia dała tylko jeden, za mały.
— Nie wiem. Ale to poniżające. Sąsiadka cię widziała, jak myłaś okna na parterze.
— I co z tego. Ręce mam swoje, okna też muszą być czyste.
Nie kłócili się długo — po trzydziestu latach małżeństwa człowiek wie, kiedy temat lepiej odłożyć. Ale to zdanie o poniżeniu zostało w niej jak drzazga.
Przez pierwsze tygodnie Danuta wracała do domu i siadała na chwilę na schodkach przed blokiem, zanim weszła na górę — nie dlatego, iż była zmęczona, tylko żeby oddzielić jedno od drugiego. Zapach przychodni od zapachu własnej kuchni. Paliła jednego papierosa, którego mąż nie widział, bo Zenon nie znosił dymu, i patrzyła na osiedlowego kota, rudego, bez ogona, który zawsze przychodził na te same schodki o tej samej porze, jakby też miał zmianę do odbycia.
W przychodni pracowała z Ireną, starszą od niej o dziesięć lat, która sprzątała tam już dwanaście. To Irena nauczyła ją, którym korytarzem iść, żeby nie wchodzić w drogę pacjentom na wózkach, i która pielęgniarka lubi, żeby kosz był opróżniony przed ósmą, bo inaczej robi uwagi. Irena miała zwyczaj mówić do siebie po cichu, gdy myła podłogę pod rejestracją, jakby prowadziła rozmowę z kimś, kogo tylko ona widziała.
Premii świątecznej pani Wioletta nie dała nikomu z ekipy sprzątającej — powiedziała, iż budżet poszedł na remont poczekalni pediatrii. Danuta nie protestowała. Zapisała to w tym samym zeszycie w kratkę, obok liczby czterdzieści dwa, i podkreśliła dwa razy.
Zwrot przyszedł w listopadzie, gdy w przychodni robili remont drugiego piętra i trzeba było wynieść stare biurka z gabinetu, który kiedyś należał do lekarza rodzinnego, doktora Karwowskiego — ten przeszedł na emeryturę i wyjechał do córki pod Poznań. W jednej z szuflad, pod stertą starych recept, Danuta znalazła kopertę z jej własnym nazwiskiem. Nie od razu skojarzyła — dopiero po chwili przypomniała sobie, iż dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze mieszkali w innym mieszkaniu, doktor Karwowski leczył jej matkę i to ona, Danuta, zostawiła mu wtedy w prezencie odłożone pieniądze na prywatną wizytę specjalisty, bo publicznie było pół roku czekania. Doktor pieniędzy nie wziął, odłożył je do szuflady z zamiarem oddania — i zapomniał, bo zaraz potem matka Danuty trafiła do szpitala i wszystko się skomplikowało.
W kopercie było sześćset złotych, z dopiskiem ołówkiem: „Pani Danucie — do zwrotu". Data sprzed dziewiętnastu lat.
Zaniosła kopertę do kierowniczki, bo to ona teraz zarządzała gabinetem. Pani Wioletta obejrzała pieniądze, zajrzała do starego rejestru pacjentów, potwierdziła nazwisko i bez wahania oddała całość.
— To pani szczęście, iż pani uczciwa — powiedziała. — Inna by wzięła i nic nie powiedziała.
Danuta nie odpowiedziała od razu. Włożyła kopertę do kieszeni fartucha, tego swojego, kupionego za własne pieniądze, i dokończyła zmywanie podłogi w korytarzu.
Wieczorem położyła sześćset złotych na stole przed Zenonem, obok pilota, którego akurat odłożył.
— To z pracy? — spytał, marszcząc brwi, bo suma nie pasowała do jej pensji.
— To z uczciwości. Znalazłam, oddałam właścicielowi, dostałam nazad, bo mnie szukał dziewiętnaście lat.
Opowiedziała całą historię. Zenon milczał, obracając banknoty w palcach, jakby sprawdzał, czy są prawdziwe.
Tydzień później Danuta poszła do banku przy rynku i otworzyła konto oszczędnościowe — osobne, na swoje nazwisko, czego nigdy wcześniej nie miała, bo przez trzydzieści lat wszystko było wspólne, na koncie Zenona. Wpłaciła te sześćset złotych jako pierwszą wpłatę i dołożyła do tego dwieście ze swojej ostatniej wypłaty. Pracownica banku, młoda dziewczyna z kolczykiem w nosie, zapytała, czy chce też kartę do konta.
— Chcę — powiedziała Danuta. — I chcę wyciągi papierowe, nie mailem. Lubię trzymać w ręku.
Od tamtej pory każda wypłata z przychodni w części trafia na to konto. Nie duże sumy — czasem trzysta złotych, czasem czterysta pięćdziesiąt. Ale to jej pieniądze, jej decyzja, jej podpis na dokumencie w banku.
Zenon już nie mówi, iż to poniżające. Zaczął choćby sam odkurzać salon w te dni, kiedy Danuta ma dłuższą zmianę, bo remont w przychodni się przedłużył i czasem zostaje do siódmej. Kot bez ogona wciąż czeka na schodkach, choć teraz Danuta nie zawsze ma czas usiąść — czasem tylko rzuca mu resztkę kanapki i idzie dalej, do domu, gdzie na stole leży zeszyt w kratkę z liczbą czterdzieści dwa, podkreśloną, i pod spodem nowa kolumna liczb, które rosną z każdym miesiącem.












