Osiemnaście tysięcy

twojacena.pl 1 godzina temu

Justyna odłożyła gąbkę na brzeg stalowego zlewu i wytarła dłonie w spodnie. Za oknem kuchennym, na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty, wiatr targał mokrą pościelą sąsiadki z naprzeciwka. Deszcz bębnił o parapet. Marcin stanął w drzwiach kuchni w butach, na których podeszwach błyszczały dwie ciemne plamy z kałuży przed klatką.

— Mama dzwoniła. Musisz jutro pojechać do Agnieszki i zająć się chłopakami. Ona jest u kresu sił — rzucił, nie zdejmując kurtki.

Justyna przekręciła kurek. Woda przestała lecieć. Spomiędzy palców kapało.

— A Agnieszka nie może zadzwonić sama? — spytała, wpatrując się w czarne ślady na linoleum.

— Bo wie, jak na nią patrzysz. Mama mówi, iż Tomek znowu wyjechał, a ona od trzech dni nie śpi. Chce się wyspać i pójść do galerii.

Justyna sięgnęła po ścierkę i zaczęła wycierać talerz, który już był suchy.

— Jutro rano mam kurs. Płaciłam za niego dziewięćset złotych z własnego konta.

Marcin prychnął i oparł się o framugę.

— Jaki kurs? Znowu jakieś głupoty?

— Ceramika artystyczna. Pierwsze zajęcia o dziesiątej.

— No i co z tego? Przełożysz. Agnieszka ledwo zipie, a ty tu o garnkach. To twoja rodzina, do cholery.

— Moja rodzina to ty i ja. Twoja siostra ma męża, twoja matka ma wolne soboty.

Marcin podszedł do stołu, złapał jabłko z miski i ugryzł z chrzęstem.

— Mama ma ciśnienie. Tomek jest w delegacji. A ty siedzisz w domu przed komputerem, więc nic nie tracisz.

Justyna odłożyła talerz na suszarkę. Widelec, który trzymała w drugiej dłoni, wbił się w ścierkę tak mocno, iż zgięły się ząbki.

— Nie siedzę przed komputerem. Pracuję. Prowadzę projekty graficzne. Jutro mam wolne, które zaplanowałam trzy miesiące temu. Ty, z tego co pamiętam, jedziesz rano do garażu oglądać Skodę z kolegami.

Marcin rzucił ogryzek do zlewu i wytarł usta rękawem.

— No i? To jest ważne. Męska sprawa.

— A mój kurs to babskie głupoty. Czy tak?

— Nie bądź śmieszna. Po prostu pomóż Agnieszce. Przecież kochasz jej dzieci.

Justyna poczuła, jak w żołądku rośnie gorąca kula. Odkręciła kurek i zaczęła szorować ogryzek, choć ten już dawno wypadł przez sitko.

— Kocham je, gdy widuję je raz na kwartał przy torcie. Nie jestem darmową opiekunką. Przez jedenaście lat robiłam, co kazała twoja matka. Tapety u cioci, kot sąsiadów, przeprowadzki, świąteczne obiady na dwanaście osób. Koniec.

Marcin wyciągnął telefon z kieszeni. Wcisnął przycisk i przyłożył do ucha, patrząc jej prosto w twarz.

— Mama? Słuchaj, Justyna robi problemy. Mówi, iż jutro nie przyjdzie. Nie, nie żartuję. Też jestem w szoku. Jakaś ceramika… Tak, ja jej mówiłem. Dobrze, oddzwoń. Cześć.

Rozłączył się i schował telefon.

— Zadowolona? Mama prawie płakała. Powiedziała, iż nie spodziewała się, iż jesteś taka bez serca.

Justyna zakręciła wodę po raz drugi. Zawiesiła ścierkę na haczyku.

— To ty obiecałeś, nie ja. Jedź jutro do niej sam. Zmieniaj pieluchy. Gotuj zupkę z proszku.

Marcin zamarł z kurtką w ręku. Wyglądał, jakby dostał w twarz mokrą szmatą.

— Oszalałaś? Ja facet, co ja mam robić z roczniakiem?

— To są twoi bratankowie, Marcin. Twoja krew. A ja mam zajęcia.

Marcin chwycił klamkę, ale zanim wyszedł, odwrócił się jeszcze.

— Jesteś zwykłą egoistką. Mama miała rację. Nie poznaję cię.

Trzasnął drzwiami tak mocno, iż zatrzęsły się słoiki z konfiturami na parapecie.

Justyna stała chwilę w przedpokoju. Słyszała, jak winda rusza. Potem wróciła do kuchni, usiadła na taborecie i patrzyła na kałużę na linoleum, która powoli wysychała. W piersi czuła nie ciężar winy, tylko coś lekkiego — jakby wypuściła powietrze z balonu.

Wieczorem Marcin wrócił po dziesiątej i bez słowa rozłożył kołdrę na kanapie w salonie. Justyna nastawiła budzik na ósmą, wyjęła z szafy dżinsy i szarą bluzę, po czym zgasiła lampkę. Zasypiała, słuchając, jak deszcz przestał bębnić o parapet.

Rano obudził ją dzwonek telefonu. Na ekranie wyświetliło się: „Halina, mama Marcina”. Justyna przetarła twarz wilgotnym ręcznikiem i dopiero potem odebrała.

— Justynko, kochanie, co tam u ciebie? — głos teściowej był miękki jak masło w ciepłym pączku. — Marcin dzwonił wczoraj. Był taki zdenerwowany. Powiedz mi, o co poszło? On tylko martwi się o siostrę.

— Nie poszło o nic. Mam dziś kurs, na który zapłaciłam. Nie mogę jechać do Agnieszki.

— Ależ Justynko, co to za kurs? Ceramika? W twoim wieku? Masz trzydzieści cztery lata. To fanaberia. Agnieszka serio potrzebuje pomocy. Płacze, nerwy, mleko jej zanika. Wystarczy trzy godziny. Chłopcy cię uwielbiają.

Justyna nalała wody do czajnika i włączyła go. Popatrzyła na puste miejsce przy stole, gdzie Marcin zwykle pił kawę. Dziś go nie było — wyszedł przed siódmą, choćby nie zaparzył.

— Pani Halino, jeżeli Agnieszka potrzebuje pomocy, to pani może do niej pojechać. Ma pani wolne soboty. Autobus 18 jedzie prosto na Czechów.

W słuchawce zapadło milczenie, ale tylko na chwilę.

— Ja mam swoje lata i chorą nogę. Nie mogę biegać za dwulatkiem. Zresztą to nie moja rola. Młoda kobieta powinna wspierać rodzinę.

Justyna wrzuciła do kubka torebkę z czarnej herbaty i zalała ją wrzątkiem. Parująca woda zmoczyła łyżeczkę.

— Mam zajęcia o dziesiątej. Muszę kończyć.

— Zastanów się, Justynko. Marcin mówił, iż jeżeli nie pomożesz, to on będzie musiał odwołać spotkanie z kolegami. Wiesz, jak on to przeżyje? Cały tydzień o tym gadał.

Justyna upiła łyk. Herbata parzyła podniebienie.

— To niech przeżyje. Do widzenia.

Odłożyła telefon i poszła do łazienki. Zanim wyszła z domu, sprawdziła w telefonie, ile ma pieniędzy na koncie. Kwota: 18 743 złote. Przez jedenaście lat oszczędzała z tego, co zarabiała jako freelancerka. Marcin nigdy nie pytał, ile dokładnie.

Kurs ceramiki odbywał się w Domu Kultury przy ulicy Zana, w sali na piętrze, pachnącej gliną i kurzem. Na ścianie wisiał plakat z logo „Lublin 2024”. Justyna usiadła przy długim stole, położyła przed sobą bryłę szarej gliny i poczuła, jak ta glina chłodzi palce. Prowadzący, pan Marek, pokazywał, jak formować kulę, a potem wygniatać w niej otwór. Telefon w kieszeni wibrował co kilka minut. Marcin. Halina. Znowu Marcin. Justyna za trzecim razem wyciszyła dzwonek, ale ekran dalej rozświetlał się powiadomieniami.

W połowie zajęć zrobiła sobie przerwę. Wyszła na korytarz, gdzie stał automat z kawą. Wrzuciła trzy złote i patrzyła, jak szara ciecz napełnia papierowy kubek. Wtedy zadzwoniła Agnieszka. Justyna odebrała.

— Cześć, Justyna. Wiem, iż masz kurs, ale naprawdę nie mogę już. Tomek wraca dopiero w poniedziałek. Dzieci cały tydzień chore, ja nie spałam… Błagam, przyjedź chociaż na dwie godziny. Zapłacę ci.

Justyna upiła kawę. Smakowała jak woda z popiołem.

— Nie chcę twoich pieniędzy, Agnieszko. Chcę jednego dnia dla siebie. Raz na jedenaście lat.

— Ale to tylko dzieci! — w słuchawce usłyszała płacz. — Ty nie masz własnych, więc nie rozumiesz, jak to jest.

Justyna wylała resztę kawy do kosza. Patrzyła, jak brązowe krople brudzą biały worek.

— Nie rozumiem. Dlatego nie jadę.

Rozłączyła się i wróciła na salę. Zajęcia skończyły się o osiemnastej. Justyna wyszła na ulicę, gdzie wiał chłodny wiatr. Trolejbus linii 158 podjechał, skrzypiąc. Wsiadła i usiadła przy oknie. Telefon dzwonił non stop — na wyświetlaczu widniało „19 nieodebranych: Marcin”. Wyłączyła dźwięk i schowała do torby.

Do domu wróciła przed dwudziestą. W przedpokoju paliło się światło. Marcin stał w salonie z telefonem w dłoni, czerwony na twarzy.

— Gdzieś ty była?! Agnieszka dzwoniła, płakała. Mama dzwoniła, groziła, iż zaraz przyjedzie. Musiałem odwołać spotkanie w garażu. Wszystko przez ciebie.

Justyna zdjęła kurtkę i powiesiła na haczyku. Z kieszeni wyjęła telefon i położyła na półce.

— Byłam na kursie. Formowałam miskę.

— Miskę?! — Marcin podszedł bliżej. — Ty lepisz miski, a moja siostra siedzi w domu z dwójką chorych dzieci! I tobie w ogóle nie wstyd?

Justyna przeszła do kuchni. Nalała wody do szklanki i wypiła kilka łyków. Marcin szedł za nią.

— Zadzwoń do mamy i przeproś. Ona czeka na twój telefon. Może jeszcze jutro pojedziesz do Agnieszki.

— Nie pojadę.

Marcin chwycił jej telefon z półki. Odblokował i podszedł, wciskając coś na ekranie.

— Dzwonię do mamy. Sama jej powiesz, iż żałujesz.

Justyna poczuła, jak mięśnie nóg napinają się do biegu, ale nie ruszyła się. Zamiast tego wyjęła z torby własny stary telefon, który trzymała jako zapasowy. Usiadła na krześle przy stole kuchennym.

— Oddaj mój telefon.

— Nie. Najpierw rozmowa z mamą.

Justyna zerknęła na ekran swojego zapasowego telefonu. Otworzyła aplikację banku. Zalogowała się odciskiem palca. Marcin stał tyłem, mówił coś do słuchawki, gestykulował. Justyna weszła w zakładkę przelewów.

— Mamo, już dzwonię, zaraz powie ci, że… — Marcin urwał, bo usłyszał, jak Justyna mówi:

— Przelew na 18 000 złotych. Tytuł: „Moje pieniądze”. Numer konta: nowy.

Marcin odwrócił się gwałtownie. W jego dłoni jej telefon wciąż łączył się z matką.

— Co robisz?!

Justyna wcisnęła „Potwierdź”. Na ekranie mignęło kółko ładowania, potem zielony znaczek.

— Właśnie odzyskałam swoje.

Marcin rzucił jej telefon na stół. Chwycił swój, spojrzał na ekran, gdzie przyszło powiadomienie z banku: „Zrealizowano przelew wychodzący: 18 000 złotych”.

— Ty suko! — ryknął. — To nasze oszczędności!

— Nie. To moje oszczędności. Przez jedenaście lat płaciłam za twoje obietnice. Dziś skończyły się.

W słuchawce drugiego telefonu, który wciąż leżał na stole, rozległ się głos Haliny:

— Marcin? Co tam się dzieje? Czemu ona tak mówi?

Justyna wstała. Wzięła z torby klucze od mieszkania, położyła na parapecie obok słoików z konfiturami. Potem zdjęła z haczyka kurtkę i wyszła do przedpokoju. Otworzyła szafę i wyciągnęła mały plecak, w którym miała spakowane rzeczy na siłownię.

— Gdzie idziesz?! — Marcin wpadł do przedpokoju, blokując drogę.

Justyna minęła go, otwierając drzwi wejściowe. Na klatce schodowej pachniało gotowaną kapustą i wilgocią po deszczu. Gdzieś z drugiego piętra dobiegało szczekanie małego psa.

— Jadę do Oli. Zostanę u niej.

— A co ja mam powiedzieć mamie?!

Justyna nacisnęła przycisk windy. Światło zjechało z piątego piętra.

— Powiedz jej, iż od dziś rodzina jest twoja. Płacisz za nią sam.

Drzwi windy rozsunęły się. Justyna weszła i odwróciła się twarzą do Marcina, który stał w progu z jej telefonem w dłoni. W jego dłoni ekran przez cały czas pokazywał zielony znaczek przelewu. Zanim drzwi się zamknęły, usłyszała jeszcze, jak krzyczy:

— Wracaj! Słyszysz?! Wracaj!

Ale winda już jechała w dół. Justyna wyjęła swój zapasowy telefon i patrzyła, jak na ekranie pojawia się powiadomienie: „Stan konta: 18 743 złote”. W kieszeni zawibrowało — dzwoniła Halina. Justyna zjechała na parter, wyszła na zewnątrz i dopiero wtedy nacisnęła czerwoną słuchawkę. A potem ruszyła w stronę przystanku, zostawiając za sobą blok, w którym paliło się jedno okno na czwartym piętrze — to w kuchni, gdzie suszyły się ścierki.

Idź do oryginalnego materiału