Osiemnaście lat sąsiedztwa na Solnej

polregion.pl 4 godzin temu

Nazywam się Krystyna Wach, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu jeden pracuję jako pielęgniarka środowiskowa w przychodni przy ulicy Solnej w Bydgoszczy. Widziałam dużo, bo taka praca — chodzę po domach, robię zastrzyki, mierzę ciśnienie starszym ludziom, którzy już sami nie dojadą do przychodni. Ale to, co stało się z panią Basią z trzeciego piętra, zapamiętam chyba na zawsze.

Poznałam ją, jeszcze zanim zachorowała. Basia Kaczmarek, po pięćdziesiątce, prowadziła piekarnię przy targowisku — małe rogaliki z serem, drożdżówki, chleb na zakwasie, kolejka od siódmej rano. Miała męża, Ryszarda, i syna, Damiana, który po studiach wrócił do miasta i pomagał jej w interesie, a adekwatnie to głównie liczył pieniądze i jeździł jej starym oplem astrą po dostawy mąki.

Kiedy u Basi wykryli raka piersi, byłam akurat u niej z wizytą kontrolną — mierzyłam jej ciśnienie po tym, jak zasłabła w sklepie. Pamiętam, iż tego dnia leciał w telewizorze powtórka meczu Lecha z Legią, a ona siedziała na kuchennym taborecie i trzymała w ręku wynik badania, nie mogąc wykrztusić słowa. W kuchni pachniało jeszcze wczorajszym barszczem, bo synowa akurat gotowała obiad na następny dzień.

Powiem szczerze — nie moja sprawa była się wtrącać. Miałam dojechać do trzech innych pacjentów tego dnia, autobus czekał na przystanku, a ja jeszcze zostałam pół godziny dłużej, bo nie umiałam wyjść, kiedy ona tak siedziała z tą kartką.

Piekarnia stała przy targowisku osiemnaście lat. Ludzie znali Basię z imienia, przynosili jej pomidory z działki, ona im dawała czerstwy chleb dla kur. Kiedy zaczęła chemioterapię, wieści rozeszły się po całej ulicy w tydzień. I wtedy zaczęło się to, co ja nazywam próbą lakmusową.

Przez pierwsze dwa tygodnie pod jej blokiem stał tłum. Przynosili zupy, kwiaty, obrazki świętych. Koleżanki z kółka różańcowego, sąsiadki z klatki, choćby dostawca mąki z Inowrocławia zajeżdżał zapytać, czy czegoś nie trzeba. Ja przychodziłam robić jej zastrzyki przeciwbólowe i codziennie mijałam się w drzwiach z kimś innym.

Ale chemia to nie grypa. To miesiące. A po trzecim miesiącu, kiedy Basia straciła włosy i wagę, kiedy przestała wychodzić z domu, tłum zrobił się cieńszy. Po piątym miesiącu przed drzwiami zostały adekwatnie dwie osoby — jej siostra Ela, która przyjeżdżała z Torunia co sobotę autobusem PKS, i sąsiadka z parteru, pani Grażyna, emerytowana krawcowa, która po prostu przychodziła na kawę, choćby kiedy Basia nie miała siły gadać.

Reszta zniknęła. Nie zadzwonili, nie napisali. Koleżanki z różańca zaczęły mówić, iż "trzeba dać jej spokój, odpocząć", co w praktyce znaczyło, iż po prostu przestały przychodzić.

Najgorsze było z Damianem. Syn, ten, co liczył pieniądze w piekarni, zaczął znikać z domu na całe dnie. Mówił, iż załatwia sprawy z dostawcami, ale ja widziałam, jak wychodzi w garniturze, nie w fartuchu roboczym. Ryszard, mąż, siedział przy niej codziennie, karmił ją łyżeczką, kiedy nie miała siły unieść ręki, ale choćby on w pewnym momencie zaczął się gubić — widziałam, jak księgowość piekarni leży nieotwarta na stole tygodniami.

A potem, gdzieś w siódmym miesiącu, kiedy Basia była już po dwóch operacjach i ledwo trzymała się na nogach, dowiedzieliśmy się, co adekwatnie robił Damian przez te wszystkie "wyjścia w garniturze". Podpisał u notariusza dokumenty przenoszące piekarnię na swoje nazwisko — jako rzekomy "zarządca tymczasowy", bo matka nie mogła prowadzić firmy w trakcie leczenia. Powiedział to Ryszardowi dopiero, gdy już było po sprawie, tłumacząc, iż "tak będzie prościej z ZUS-em i podatkami".

Byłam tam tego dnia, kiedy Ryszard jej o tym powiedział. Basia siedziała w fotelu przy oknie, otulona kocem, mimo iż było lipiec i duszno. Nie krzyczała. Zapytała tylko, cichym, zdartym od chemii głosem: "A pytał mnie ktoś?". Nikt nie pytał.

Ela, siostra z Torunia, była wściekła bardziej niż Basia. To ona, następnego dnia, zawiozła ją — jeszcze w chuście na łysej głowie, w fotelu na kółkach z przychodni — do kancelarii adwokackiej na Gdańskiej, dwie przecznice od targowiska. Ja pojechałam z nimi, bo Basia miała akurat zaplanowaną u mnie kroplówkę i nie chciała jej odwoływać, więc wzięłam ze sobą torbę z lekami na wszelki wypadek.

Adwokat, pan Wiśniewski, starszy człowiek z biurem zawalonym teczkami, wysłuchał wszystkiego i wyjaśnił, iż akt notarialny podpisany przez matkę pod presją, w trakcie ciężkiej choroby, bez zrozumienia konsekwencji, można podważyć — trzeba tylko udowodnić stan zdrowia w dniu podpisu i brak świadomej zgody. Basia miała pełną dokumentację z onkologii, łącznie z zaświadczeniem, iż w tamtym okresie brała silne leki przeciwbólowe wpływające na świadomość.

Sprawa ciągnęła się jedenaście miesięcy. Damian próbował się bronić, twierdził, iż działał "w interesie firmy", ale świadkowie — ja też zeznawałam, bo miałam notatki z wizyt domowych — potwierdzili, iż w dniu podpisania aktu Basia była w stanie, w którym nie rozumiała, co podpisuje.

Sąd unieważnił przeniesienie własności. Piekarnia wróciła na Basię.

Wyzdrowiała, choć zajęło to prawie dwa lata. Kiedy skończyła leczenie, nie wróciła od razu do pieczenia — najpierw poszła do notariusza, tego samego z Gdańskiej, i przepisała piekarnię na spółkę z Elą i panią Grażyną, tą sąsiadką z parteru, która przez pół roku przychodziła na kawę, kiedy nikt inny nie przychodził. Udziały: sześćdziesiąt procent Basia, dwadzieścia Ela, dwadzieścia Grażyna.

Damianowi zostawiła klucze do mieszkania, w którym mieszkał, i nic więcej. Ryszard z nią został, choć ja widziałam, iż coś między nimi pękło — pewnie to, iż nie upilnował syna, kiedy ona nie mogła.

Widziałam ją ostatnio, jakieś trzy tygodnie temu, kiedy przyjechałam z rutynową kontrolą ciśnienia. Stała za ladą, już z odrosłymi włosami, krótkimi, siwymi, sprzedawała rogaliki jakiejś dziewczynie ze szkoły obok. Zapytałam, czy Damian się odzywa. Powiedziała, iż dzwonił w Wielkanoc, iż rozmawiali trzy minuty.

Nie skomentowała tego więcej. Podała mi drożdżówkę z serem, tę samą co zawsze, i powiedziała, żebym uważała na oblodzenie na chodniku, bo już październik i marznie po nocach.

Idź do oryginalnego materiału