Osiem lat drobiazgów
Telefon zadzwonił o wpół do ósmej rano, gdy Helena stała przy kuchence i patrzyła, jak woda zaczyna wrzeć w emaliowanym garnuszku. Kuchenka była stara, gazowa, z żeliwnymi rusztami pokrytymi obcym, zeschniętym tłuszczem, którego nigdy nie mogła do końca domyć. Każdego ranka ten tłuszcz przypominał jej, iż mieszkanie jest cudze, iż wcześniej mieszkali tu inni ludzie ze swoimi zwyczajami, swoimi zupami, swoim życiem.
Spojrzała na wyświetlacz. Kasia.
Helena odebrała.
Znów nie odpowiedziałaś na jego wiadomość powiedziała córka zamiast „Dzień dobry”.
Dzień dobry, Kasiu.
Mamo, mówię poważnie. Wczoraj do mnie napisał. Twierdzi, iż go ignorujesz.
Woda zawrzała. Helena wyłączyła gaz i wrzuciła do garnuszka torebkę herbaty. Najtańszą, gruzińską, w cienkich papierowych saszetkach, czterdzieści sztuk w paczce. Kiedyś piła tylko liściastą, cejlońską, którą Wiktor zamawiał w małym sklepie na Nowym Świecie.
Niech mówi, co chce rzuciła cicho.
Mamo, rozumiesz, co robisz? Mieszkasz w jakiejś norze na Bródnie, pewnie masz karaluchy, jesteś sama, zaraz będziesz mieć sześćdziesiątkę…
Mam pięćdziesiąt osiem.
To już prawie sześćdziesiąt! Odeszłaś od porządnego faceta, mieszkania w centrum, od porządnego życia. Po co?
Helena spojrzała przez okno. Za szybą było szare, listopadowe niebo, goły kasztanowiec i fragment sąsiedniego bloku z żółtą, łuszczącą się elewacją. W dole przemknął tramwaj. Tory tu były stare, tramwaj huczał tak, iż przez pierwsze noce nie mogła spać.
Potem się przyzwyczaiła.
Kasiu, spóźnię się do pracy.
Nigdy nie chcesz o tym porozmawiać jak człowiek!
Chcę. Ale nie teraz i nie przez telefon. Przyjedziesz w sobotę? Ugotuję zupę.
Do tej twojej dziury nie przyjadę.
Dziura. Tak, już i do Kasi to słowo dotarło. Pewnie od Tomki.
Dobrze powiedziała Helena spokojnie. To pogadamy później.
Mamo…
Kocham cię, Kasiu. Pa.
Odłożyła telefon na stół. Chwyciła garnuszek, przelała herbatę do ciężkiej, kryształowej szklanki, którą znalazła w cudzej kuchennej szafce. Prawdziwa, peerelowska, ze szlifami. Takich nie widziała pewnie z trzydzieści lat. Upiła łyk. Herbata była gorąca, nieco cierpka, z papierowym posmakiem torebki.
Wypiła ją stojąc, spoglądając przez okno na kasztan.
Potem ubrała się i wyszła.
***
Klatka pachniała wilgocią i kotami. Gdzieś na trzecim piętrze mieszkał kot, którego nigdy nie widziała, ale nieustannie słyszała nocami. Windy nie było. Cztery kondygnacje w dół, obok skrzynek pocztowych ze wyrwanymi drzwiczkami, koło cudzych sanek, które ktoś zostawił w kącie po ostatniej zimie.
Na dworze było góra pięć stopni. Helena zapięła płaszcz i ruszyła w stronę metra. Warszawskich Bródna nie zdążyła jeszcze dobrze poznać mieszkała tu ledwo pół roku, a i tak ciągle myliła podwórka. Targówek, Zacisze, Nowa Praga. Ulice tu były inne niż w centrum. Cichsze, szersze, więcej drzew. Ludzie szli szybko, nie patrząc na siebie jak wszędzie w Warszawie ale tutaj nie było tej warszawskiej nerwowości, która zawsze ją irytowała.
W osiedlowym sklepie kupiła kefir i pół bochenka chleba. Kasjerka, młoda z zielonym cieniem na powiekach, nie podniosła wzroku. Helena wydała odliczoną resztę, schowała zakupy do torby i wyszła.
W metrze było ciepło i gwarno. Jechała na stojąco, przytrzymując się poręczy, myśląc o projekcie. Wczoraj z Michałem skończyli pierwszy blok pomiarów, dzisiaj mieli siedzieć nad stropami piwnicznym, który wszystko na to wskazywało trzymało się na modlitwę i na jakimś cudzie budowniczych z XIX wieku.
Dworek był na Pradze. Niewielki, z końca XVIII wieku, główny dom i dwa oficyny oraz coś na kształt wozowni, wielokrotnie przebudowywanej, do tego stopnia, iż ciężko było rozpoznać pierwotny układ. Właściciele się zmieniali, za PRL zrobiono tu magazyn, potem zapomniano. Budynek stał pusty dwadzieścia lat. Teraz znalazły się pieniądze, zgłosiły się osoby chcące stworzyć centrum kultury, utworzono zespół projektowy. Helena była główną architektką ds. konserwacji zabytków. Michał, jej kolega, ogarniał konstrukcję.
To była prawdziwa robota. Nie takie zlecenia po znajomości, co robiła ostatnimi laty przy Wiktorze, tylko żeby mieć zajęcie tutaj czuła wagę i historię budynku.
***
Michał był już na miejscu, gdy przyszła. Stał pośrodku dużego holu na parterze w swojej wiecznej szarej kurtce, z miarką w dłoni, patrząc w sufit.
Dzień dobry rzuciła Helena, wchodząc.
Zobacz powiedział od razu i wskazał kąt, gdzie tynk odpadł wielką płachtą, odsłaniając ceglaną ścianę. Chyba wiem, czemu tu sufit opadł. Na górze belka pękła na całej długości. To nie jest zwykła naprawa, tylko całkiem wymiana.
Belka pękła czy rozeschła się na słoje?
Chodź, pokażę.
Weszli na pierwsze piętro stromymi schodami, które już częściowo podparli, ale mimo tego skrzypiały pod stopami. Helena trzymała się poręczy, czując zapach starych desek suchy, lekko słodkawy, z domieszką kurzu i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. Zapach czasu. Zapach cudzych żyć, które się tu przetoczyły i znikły.
Lubiła ten zapach. Zawsze lubiła.
Michał pokazał belkę. Przykucnęła, wyjęła latarkę, poświeciła wzdłuż pęknięcia.
Nie rozeschła się orzekła. Widzisz, jak biegnie? Uszkodzenie mechaniczne. Coś ciężkiego tu stało.
Zgadza się. Może maszyna.
Albo kilka. Był tu przecież magazyn.
Michał przykucnął obok niej. Patrzyli na belkę. Za oknem, gdzie brakowało szyb, szumiał wiatr.
No to wymieniamy stwierdził.
Wymieniamy, ale tą samą techniką. Szukałam wczoraj dokumentów w archiwum, jest specyfikacja na drewno. Chyba to była sosna, ale dobrze sezonowana.
Teraz takie znaleźć…
Znajdę. Mam kontakt do dostawcy spod Augustowa, robiłam z nim remont na Muranowie. Zadzwoń do nich.
Michał kiwnął głową. Wyprostował się, otrzepał spodnie z pyłu. Był wysoki, trochę zgarbiony, zwykle słuchał z głową pochyloną w dół sprawiał wrażenie kogoś zatopionego w myślach. Ale Helena już wiedziała, iż to pozory słuchał uważnie, precyzyjnie reagował, nigdy nie przerywał. Przez cztery miesiące pracy razem nauczyła się to cenić.
Napijesz się herbaty? spytał. Mam w termosie.
Chętnie.
Wyszli na korytarz, gdzie Michał zostawił torbę. Wyjął termos i dwa plastikowe kubki. Nalał.
Jesteś dziś jakaś… nie dokończył, ale na nią popatrzył.
Jaka?
Nie wiem. Bardzo skupiona.
Helena uśmiechnęła się kątem ust.
To znak, iż zadzwoniła do mnie rano albo córka, albo siostra.
Nie pytał dalej. Po prostu podał kubek.
By była wdzięczna. Herbata była całkiem w porządku, nie z torebki.
***
Z Tomką widziały się w niedzielę. Siostra przyjechała bez zapowiedzi, zadzwoniła domofonem: Otwieraj, mam placek. Helena otworzyła.
Tomka była starsza o trzy lata, mieszkała na Bielanach z mężem Ryskiem, pracowała jako księgowa w budowlance. Miała pewien rodzaj życiowej pewności, której nie dało się podważyć żadnymi argumentami. Rozejrzała się po mieszkaniu i na jej twarzy pojawił się ten charakterystyczny wyraz: trochę litości, trochę triumfu.
Jezu jęknęła Tomka. To łazienka czy schowek?
Łazienka.
Płytki popękane.
Tomka, pieczesz placek czy komentujesz?
Pieczesz. Siostra wtaszczyła placek do kuchni, postawiła na stole, znów się rozejrzała. Lenka, wytłumacz mi. Tam mieszkanie w centrum, trzy pokoje, parkiet, gościu ustawiony. Bił cię?
Nie.
Zdradzał?
Może. Już nie miało znaczenia.
To czego? Odeszłaś? Oszalałaś na starość, rozumiesz to?
Helena wyciągnęła talerzyki.
Nie zaczynaj, Tomka.
Czego nie zaczynaj? Jestem twoja siostra! Wypada mówić. Kasia płacze. On pyta, czy coś wiem. Porządny facet.
Porządny. Dla innej. Kroimy ciasto?
Ty zawsze to samo, kroimy ciasto. Nie chcesz gadać!
Już z tobą gadałam. Wiele razy.
Nic mi nie wyjaśniłaś! Było mi źle. Każdemu bywa źle. Myślisz, iż z Ryśkiem to zawsze raj? A nie uciekam tu na starość do wynajmowanego pokoju.
Jestem tu sama.
Sama! Tomka rozkłada ręce. Masz pięćdziesiąt osiem lat, sama w tej dziurze, pracujesz za grosze, i ci dobrze?
Helena spojrzała na siostrę. Tomka siedziała naprzeciw, solidna, ciepła, w swoim beżowym swetrze, z miną pełną szczerego zdziwienia. Naprawdę nie rozumiała. Nie potrafiła się na nią gniewać.
Tomka powiedziała cicho. Beze mnie to ty zginiesz.
Tomka pokiwała głową: zginiesz, ale po swojemu.
Co ty znowu wymyślasz?
Nic. Tak mówię. Helena zaczęła kroić placek. Z czym?
Z kapustą mruknęła podejrzliwie Tomka. Lenka, chodzisz do psychologa chociaż?
Chodzę.
I co mówi?
Że podejmuję dobre decyzje.
Tak, tak, oni wszyscy tak mówią, bo im za to płacą.
Piły herbatę z plackiem z kapustą. Tomka opowiadała o Rysku, o tym, iż znów go plecy bolą, o sąsiadach, co psa sobie sprawili i szczeka. Helena słuchała. Za oknem zaczęło się ściemniać, niebo nad kasztanem przybrało fioletowy odcień.
Przed wyjściem Tomka zatrzymała się w progu.
Napisz mu choć coś powiedziała Człowiek się martwi.
Dobrze skłamała Helena.
Wiedziała, iż nie napisze.
***
Z Wiktorem byli razem osiem lat. Nie mieli ślubu on był przeciwnikiem formalności, co dla niej miało znaczenie, choć zrozumiała to za późno.
Pierwsze dwa lata były inne. Albo jej się wydawało. Był czuły, zabierał do restauracji, do teatru, jeździli do Włoch i Pragi. Mówił, iż jest mądra, iż ma gust. A potem coś zaczęło się zmieniać powoli, prawie niezauważalnie, jak mała szczelina w starym tynku.
Od drobiazgów. Raz założyła na jego firmowy bankiet zieloną sukienkę, którą uwielbiała. Spojrzał na nią w przedpokoju i rzucił: Jesteś pewna?. Nic więcej. Przebrała się w czarną.
Później pojawiły się uwagi o gotowaniu, o sposobie rozmowy z jego znajomymi, iż za dużo pracuje i za mało z tego wyniku. Ostatnie mówił tonem łagodnym, wyrozumiałym, jakby wyświadczał jej przysługę, zwracając uwagę na rzeczy oczywiste.
Helena, sama rozumiesz, renowacja to ślepa uliczka dla ludzi bez ambicji.
Mam ambicje.
Ależ oczywiście. Uśmiechał się. Jesteś dobra w tym, co robisz. Po prostu przeciętna. Nie każdemu trzeba być wybitnym.
Nie znalazła odpowiedzi. Przesiedziała godzinę w drugim pokoju, gapiąc się w ścianę, próbując zrozumieć, dlaczego te dobre słowa bolą najbardziej.
Nigdy nie krzyczał. Nigdy nie uderzył. Robił coś innego: metodycznie, powoli przekonywał ją, iż bez niego nic nie znaczy. Że jej zawód jest śmieszny, przyjaciółki nudne, gust prowincjonalny. Że fakt, iż z nią jest, to jej dar.
Gotując barszcz, zastanawiała się, czy dobrze posoliła. Rozmawiała z przyjaciółkami i myślała, czy nie dzwoni za często. Szła na spotkanie firmowe i myślała, czy nie wygląda za pewnie. Ten wewnętrzny głos, pełen wątpliwości, miał brzmienie jego tonu.
A potem był tamten wieczór.
Byli u jego znajomych, Sławka i Miry, w pięknym mieszkaniu na Starym Mieście. Rozmawiali o nowym osiedlu; Helena powiedziała coś o projekcie, iż elewacja nieudana, bo deweloper oszczędził na architekcie spokojnie, rzeczowo.
Wiktor spojrzał na nią przez stół i uśmiechnął się tym swoim, dobrze znanym uśmiechem.
Helena to fachowiec powiedział do Sławka Tylko fachowcy dzielą się na praktyków i teoretyków. Helena raczej teoria. Dawno nie robiła nic dużego.
Na sekundę zapadła cisza. Mira spojrzała na Helenę. Sławek sięgnął po kieliszek.
Helena się uśmiechnęła.
Zjadła kolację. Wypiła wino. Podtrzymywała rozmowę. Zamówiła taxi. W drodze do domu Wiktor był z siebie zadowolony, mówił o wieczorze; ona patrzyła przez szybę na nocną Warszawę i myślała tylko jedno: już nie mogę.
Nie on jest zły”, nie jestem nieszczęśliwa”. Po prostu: już nie mogę. Jakby trafiła na ścianę.
Odeszła po trzech miesiącach. Szukała mieszkania, trafiła na to, na Bródnie. Przeprowadziła się z rzeczami na dwie tury. Wiktor akurat był w delegacji. Zostawiła na stole klucze i kartkę z jednym słowem: Przepraszam.
Potem długo się zastanawiała, po co napisała. Do dziś nie wie.
***
Listopad na Bródnie miał swój urok. Park był blisko. W drodze z pracy czasem szła naokoło, przez ścieżki pełne starych drzew. Liście już dawno opadły, ścieżki mokre, błoto pod butami, ale w powietrzu była cisza, zapach rozkładających się liści i wilgotnej kory. Wdychała to jak coś potrzebnego.
W domu było zimno. Centralne ogrzewanie w starych blokach raz grzało za mocno, innym razem wcale. Baterie kuchenne kapały. Kilka razy dzwoniła do właściciela, obiecywał hydraulika. Nigdy nie przyszedł.
Kupiła w Castoramie uszczelkę i naprawiła sama. Zajęło jej to czterdzieści minut, dwa złamane paznokcie i jedno brzydkie słowo, gdy klucz się omsknął, a łokieć trafił w rurę. Na końcu odkręciła wodę. Wreszcie nie kapała.
Poczuła dumę. Dziwne, ale prawdziwe uczucie.
Wieczorami siadała przy kuchennym stole, rozwijała rysunki, zapalała starą, zieloną lampę stołową pamiątkę z pchlego targu której Wiktor nienawidził. W centrum stała w schowku. Tutaj stała na stole.
Praca z dworkiem szła swoim tempem. Najpierw pomiary, potem kwerendy archiwalne, analiza zniszczeń, koncepcja. Helena lubiła ten proces. Nie można było udawać. Albo budynek się trzymał, albo nie. Cegła żywa lub martwa. Historia prawdziwa albo zmyślona.
W warszawskim archiwum znalazła dokumenty dotyczące dworku. Okazało się, iż XIX-wieczny dom należał do rodziny kupca Berezy, potem odziedziczyła go córka, prowadziła coś w rodzaju domowej szkoły. Po wojnie magazyn. Córka Berezy nazywała się Nadzieja. Na jednym ze zdjęć, które znalazła Helena, była kobieta około pięćdziesiątki, o prostej postawie i twarzy wyrażającej jakąś pewność, jakby wiedziała coś, czego fotograf nie zrozumiał.
Helena długo patrzyła na tę fotografię.
Potem wracała do rysunków.
***
Pewnego razu Michał spytał, czemu wybrała konserwację.
Siedzieli w jego aucie, czekali aż się nagrzeje, na zewnątrz sypał pierwszy śnieg, niezdarny, niepewny.
W latach dziewięćdziesiątych robiłam nowe budynki powiedziała Helena. Bloki, biurowce. Płacili dobrze, zleceń było mnóstwo. Ale raz przypadkiem trafiłam na renowację małego kościółka pod Warszawą. Pojechałam z koleżanką z ciekawości. I wszystko się zmieniło.
Co się zmieniło?
Zrozumiałam, iż to jest ważniejsze.
Michał zamilkł.
Rzadko spotyka się ludzi, którzy wiedzą, co dla nich istotne.
Ty też kiedyś zrozumiałeś?
Nie od razu. Długo robiłem to, co trzeba było. Potem się zatrzymałem.
Spojrzała na niego. Patrzył przed siebie przez przyprószoną szybę.
I co dalej?
Dalej to. Wskazał gdzieś przed siebie, w kierunku schowanego za śniegiem dworku. I to mi wystarczy.
W aucie pachniało skórą foteli i kawą z jego małego kubka.
Ruszyli do archiwum.
***
Wiktor przyszedł w środę.
Nie spodziewała się go. Zadzwonił o ósmej wieczorem, gdy Helena siedziała nad rysunkami i jadła jogurt prosto z kubeczka. Dzwonek typowy, domowy, każdy taki miał.
Otworzyła, myśląc, iż to właściciel lub sąsiad.
Wiktor stał na klatce w kaszmirowym płaszczu, z niewielkim bukietem. Chryzantemy. Chryzantem nie znosiła. Przez osiem lat tego nie zapamiętał.
Cześć powiedział.
Zamilkła na moment. Po prostu patrzyła na niego przez parę sekund.
Skąd masz adres?
Kasia powiedziała.
Więc Kasia. Helena zanotowała to gdzieś w głowie, by wrócić do tego później.
Czego chcesz? spytała.
Porozmawiać. Uśmiech, ten jego. Wpuścisz mnie?
Chwilę się wahała. Potem odsunęła się od drzwi.
Wszedł. Rozejrzał się. Widziała, jak patrzy na mały korytarz, obdrapane tapety, krzywo wiszący wieszak, jej buty pod ścianą.
Tu mieszkasz ruchem ręki.
Mieszkam.
Helena… Chwycił ją za rękę. Odsunęła się. Przełożył kwiaty do drugiej dłoni. Wiesz, rozumiem, potrzebowałaś czasu. Minęło pół roku. Wystarczy.
Wystarczy czego?
Tego bycia samej. Przerwy, jak to się nazywa. Przeszedł do kuchni, rzucił okiem na rozłożone rysunki. Pracujesz?
Pracuję.
Jaki projekt?
Renowacja dworku na Pradze.
Cóż… mruknął protekcjonalnie. To dobrze dla ciebie.
Dla mnie i dla miasta. XVIII wiek.
Postawił chryzantemy na rysunkach. Odstawiła je na bok.
Helena odezwał się. Rozumiesz, co robisz? Mieszkasz tutaj. Wskazał ręką. W tym.
Wiem.
Chcę, żebyś wróciła.
Patrzyła na niego. Wiktor był przystojny, to fakt. Sześćdziesiąt pięć lat, ale wyglądał młodziej, zadbany, wysoki. Płaszcz leżał idealnie.
Po co? spytała.
Zawahał się. Tego pytania się nie spodziewał.
Co znaczy „po co”?
Chcesz, żebym wróciła. Po co?
Bo… zająknął się Brakuje mi ciebie.
Czego dokładnie ci brakuje?
Helena, co to za rozmowa.
Normalna. Mówisz, iż ci mnie brakuje. Pytam: czego?
Popatrzył na nią. Znała to spojrzenie: lekkie podenerwowanie pod maską cierpliwości.
Ciebie. Jako osoby. Byliśmy razem osiem lat.
Pamiętam.
I co? Koniec? Tak po prostu?
Nie po prostu. Skrzyżowała ramiona. Była w starym swetrze i jeansach. Nie ta kobieta, do której był przyzwyczajony. Odchodziłam osiem lat. Tylko tego nie dostrzegłeś.
Nie rozumiem.
Wiem.
Wytłumacz.
Tłumaczyłam. Jej głos był spokojny. To ją zdziwiło. Pół roku temu już by płakała, plątała się w słowach, przepraszała. Pamiętasz wieczór u Sławka i Miry?
Jaki wieczór?
Powiedziałeś, iż jestem teoretykiem. Że od dawna nie robiłam nic ważnego. Przy nich.
Pomyślał chwilę.
Pewnie żartowałem. Nie pamiętam.
Możliwe. Pokiwała głową. To był jeden żart z wielu. Pamiętam wszystkie.
Helena, jesteś przewrażliwiona.
Może.
To nie było upokarzające.
Może i nie. Ale mnie było źle.
Przez drobiazg.
Osiem lat drobiazgów.
Zamilkł, znów rozejrzał się po kuchni. Spojrzał na szklankę przy kuchence, na lampę z zielonym kloszem.
I naprawdę ci tu dobrze? spytał z niedowierzaniem.
Helena się zastanowiła. Nie dla niego, dla siebie.
Różnie. Bywa ciężko. Bywa samotnie. Grzejniki ledwo ciepłe. Ale tu mi lepiej.
To złudzenie.
Może. Ale moje.
Sięgnął po płaszcz. Spojrzał ostatni raz. Coś w nim drgnęło prawdziwego, nie kontrolowanego, nie wyniosłego.
Helena, nie jestem ci przecież obcy.
Nie jesteś. Ale już nie swój. Idź do domu, Wiktor.
Stał jeszcze sekundę. Potem ubrał się, otworzył drzwi.
Pożałujesz powiedział.
Bez groźby. Raczej z żalem.
Może przytaknęła.
Zamknęły się drzwi. Helena postała w korytarzu, patrząc na oklejoną, wyblakłą tapicerkę. Potem wróciła do kuchni. Chryzantemy wstawiła do słoika i nalała wody. Szkoda wyrzucić kwiaty.
Usiadła nad rysunkami.
Za oknem zabrzęczał tramwaj. Raz, drugi, potem zamilkł.
Zorientowała się, iż już jej nie drażni ten dźwięk.
***
Prezentacja koncepcji wyznaczona była na drugą połowę grudnia. Był to etap wstępny inwestor chciał zobaczyć ogólny zamysł: co zostaje, co się przywraca, a co projektuje od nowa i dlaczego. Helena przygotowywała się solidnie. Michał również. Wieczorami dzwonili do siebie, poprawiali detale, niekiedy się spierali.
Kiedyś coś powiedział o stropach, nie zgodziła się, kłócili się przez czterdzieści minut, aż doszli do tego, iż oboje mają rację z różnych punktów: ona myślała o estetyce, on o wytrzymałości.
Jesteś twarda rzucił po tej sprzeczce, bez wyrzutu.
W pracy.
Tam to dobrze.
To wszystko. Bez sentymentalności.
Odłożyła słuchawkę i stwierdziła, iż się uśmiecha.
***
Trzy dni przed prezentacją, wieczorem, zadzwoniła Kasia.
Mamo jej głos brzmiał inaczej, bez tego tonu drażliwości. Mogę do ciebie przyjechać?
Przyjedź.
Kasia przyszła z winem, z miną kogoś, kto podjął decyzję, ale nie umie tego wyrazić. Była do Heleny bardzo podobna, szczególnie w rysach twarzy. Miala trzydzieści dwa lata, była projektantką, mieszkała z chłopakiem na Pradze.
Siedziały w kuchni. Helena nalała wino do zwykłych szklanek, bo kieliszek miała jeden, osobny dla gości, ale Kasia stwierdziła, iż szklanka wystarczy.
Dzwonił po tym, jak cię odwiedził? spytała Kasia.
Nie. Pisze czasem sms-y.
Co pisze?
Różnie. Rzadko odpowiadam.
Kasia kręciła szklanką.
Ja mu podałam adres. Wkurzona nie jesteś?
Nie.
Sama nie wiem, co sobie wyobrażałam. Może pogadacie i…
Pogadaliśmy.
I?
I tyle. Poszedł.
Kasia milczała. Nagle spojrzała do szklanki.
Mamo, cały czas byłam po jego stronie. Rozumiesz?
Rozumiem.
Myślałam, iż po prostu ci odbiło, iż powinnaś wrócić do „normalności”. Żal mi go było, wydawał się samotny, zagubiony.
Potrafi robić takie wrażenie.
Tak. Kasia spojrzała jej w oczy. Zrozumiałam niedawno, gdy zadzwonił po twojej wyprowadzce. I wiesz, co powiedział? Że zawsze byłaś trochę nie z tego świata. Że cię znosił. Że w zasadzie zrobił ci przysługę przez osiem lat.
Helena pokiwała głową.
Tak, to w jego stylu.
Mamo… pierwszy raz od miesięcy patrzyła na nią bez dystansu, zupełnie czysto. Naprawdę było ci źle?
Bardzo.
Czemu mi nie powiedziałaś?
Helena zamyśliła się.
Chyba choćby sama nie umiałabym tego nazwać. jeżeli cię nie biją, nie wyrzucają, nie upadlają, trudno to wyjaśnić. Szczególnie córce, która widuje twojego faceta raz na miesiąc i zawsze w najlepszym wydaniu.
Kasia wstała, obeszła stół, przytuliła ją. Niespodziewanie, mocno. Przez chwilę Helena nie wiedziała, co zrobić, po czym oddała uścisk. Głowa córki była ciepła, pachniała tym samym szamponem gruszkowym, który uwielbiała od nastolatki.
Nie jesteś głupia powiedziała jej w ramię. Ciocia Tomka się myli.
Helena się zaśmiała, cicho.
Dobrze to słyszeć.
Wypiły wino. Kasia przeglądała rysunki, dopytywała o projekt dworku. Helena tłumaczyła, pokazała zdjęcie Nadziei Berezy. Kasia rzuciła: Wygląda jak ty. Helena zerknęła raz jeszcze. Może.
Kasia wyszła o wpół do dwunastej. Obiecała wpaść za tydzień.
Helena umyła szklanki, posprzątała rysunki. Podeszła do okna.
Tramwaj już nie kursował, była noc. Dziedziniec na dole był ciemny, niebieski od lampy ulicznej. W sąsiednim bloku paliło się jedno okno, ktoś przechodził w głębi.
Uznała, iż zadzwoni do Michała z pytaniem o strop, ale jeszcze nie teraz. Rano.
***
Obrona koncepcji odbyła się w sali konferencyjnej firmy projektowej. Inwestor poważny, sztab prawników, doradca od zabytków zadawał niewygodne pytania. Helena odpowiadała. Michał dorzucał od siebie kwestie techniczne. Ktoś spytał o terminy na belki odpowiedziała szczerze: jeżeli drewno przyjdzie na czas, zdążą, jeżeli nie opóźnią się trzy tygodnie. Doradca się skrzywił. Dodała: Lepiej powiedzieć prawdę teraz, niż potem się tłumaczyć.
Doradca skinął głową chyba to podobało mu się najbardziej.
Potem stali na korytarzu. Michał trzymał segregator z wydrukami.
Myślę, iż zatwierdzą powiedział.
Ja też.
Zerknął na nią. Korytarz był pełen ludzi, obcych teczek i głosów.
Pójdziesz coś zjeść? zapytał. Blisko jest dobra knajpa. Trzeba uczcić.
Spojrzała na niego.
Chętnie odrzekła.
Szli przez grudniową Warszawę, przez Pragę, gdzie lampy oświetlały śnieg na gzymsach starych domów. Michał szedł obok, lekko pochylony. Gadali o drewnie na stropy, o doradcy upierdliwy, ale sumienny. O tym, iż w grudniu wcześnie robi się ciemno.
Kawiarnia była mała, przytulna, z ciężkimi kotarami i drewnianymi stołami. Zamówili coś ciepłego i kieliszek czerwonego wina. Rozmawiali długo, nie tylko o pracy. O Warszawie, która się zmienia, o jakichś książkach. Helena zauważyła, iż nie patrzy na zegar.
Gdy wychodzili, Michał poprawił jej płaszcz, gdy go wkładała. Zwykły, codzienny gest. Nie rozczytywała w nim nic więcej. Może chciała, ale bez pośpiechu.
Na przystanku powiedział:
Cieszę się, iż pracujemy razem.
Ja też odpowiedziała.
Odeszli w różne strony metra.








