Osiem lat, drobiazg
Telefon zadzwonił o wpół do ósmej rano, kiedy Helena stała przy kuchence i patrzyła, jak woda zaczyna bulgotać w garnuszku. Kuchenka była stara, gazowa, z żeliwnymi rusztami, wiecznie pokrytymi czyimś tłuszczem, którego za nic nie dawało się doszorować do czysta. Codziennie ten tłuszcz przypominał jej, iż mieszkanie nie jest jej, iż wcześniej mieszkali tu inni ludzie ze swoimi przyzwyczajeniami, swoimi rosołami i swoim życiem.
Spojrzała na ekran. Kasia.
Helena odebrała.
Znowu nie odpisałaś mu na wiadomość powiedziała córka, pomijając wszelkie „cześć”.
Dzień dobry, Kasiu.
Mamo, mówię poważnie. Pisał do mnie wczoraj wieczorem. Mówi, iż go ignorujesz.
Woda zawrzała. Helena wyłączyła gaz i wrzuciła do garnka torebkę herbaty. Tania, gruzińska, w papierowych saszetkach, czterdzieści sztuk w paczce. Kiedyś piła wyłącznie liściastą, cejlońską, którą Wacław zamawiał w maleńkim sklepie przy Nowym Świecie.
Niech mówi, co chce rzuciła Helena.
Mamo, zdajesz sobie sprawę co robisz? Mieszkasz w jakiejś dziurze na Targówku, pewnie masz już karaluchy, siedzisz sama, za chwilę ci stuknie sześćdziesiąt…
Mam pięćdziesiąt osiem.
To prawie sześćdziesiąt! Odeszłaś od normalnego faceta, od mieszkania w centrum, po życiu z klasą. Po co?
Helena popatrzyła w okno. Za szybą szare listopadowe niebo, topola bez liści, kawałek sąsiedniego bloku z odpadającym, żółtawym tynkiem. Tramwaj przejechał na dole. Tutejsze szyny głośno zgrzytały, pierwsze dwie noce nie mogła spać.
Potem się przyzwyczaiła.
Kasiu, spóźnię się do pracy.
Ty nigdy nie chcesz pogadać o tym jak człowiek!
Chcę. Tylko nie teraz i nie przez telefon. Przyjedziesz w sobotę? Ugotuję zupę.
Do tej twojej nory nie jadę.
Nora. To słowo dotarło już choćby do Kasi. Pewnie od Tamary.
Dobrze Helena odpowiedziała spokojnie. Pogadamy później.
Mamo…
Kasia, kocham cię. Pa.
Położyła telefon na stole. Wzięła garnuszek, przelała herbatę do ciężkiej, szklanej szklanki, którą znalazła w kuchennej szafce razem z innymi cudzymi garnkami. Taka prawdziwa peerelowska, gruba. Nie widziała takich od trzydziestu lat. Napiła się. Herbata była gorąca, trochę cierpka, z papierowym posmakiem torebki.
Wypiła stojąc, patrząc za okno na topolę.
Później się ubrała i wyszła na zewnątrz.
***
Na klatce śmierdziało wilgocią i kotami. Gdzieś na trzecim piętrze mieszkał kocur, którego nigdy nie widziała, ale regularnie słyszała w nocy. Nie było windy. Cztery piętra w dół, obok skrzynek na listy z pourywanymi drzwiczkami, obok czyichś sanek zostawionych pewnie od zeszłej zimy.
Na dworze było może pięć stopni. Helena dopięła płaszcz i ruszyła w stronę metra. Targówka jeszcze tak dobrze nie znała: pół roku tutaj, a przez cały czas czasem gubi się w uliczkach. Bródno, Praga, Zacisze. Ulice inne niż w centrum. Spokojniejsze, szersze, zielone. Ludzie też szli szybko, nie patrząc na siebie, jak wszędzie w Warszawie, ale tu jakoś nie było tej miejskiej nerwowości, która ją zawsze drażniła.
Kupiła kefir i pół bochenka chleba w spożywczaku pod domem. Kasjerka, młoda dziewczyna z zielonym cieniem na powiekach, choćby na nią nie spojrzała. Helena wydała resztę, spakowała zakupy i wyszła.
W metrze było ciepło i głośno. Stała, trzymając się poręczy, myśląc o pracy. Wczoraj razem z Damianem skończyli pierwszy blok inwentaryzacji, a dziś miała się zmierzyć ze stropem piwnicznym, który, jak się zdaje, trzymał się wyłącznie dzięki cudowi z XIX wieku.
Kamienica była na Grochowie. Nieduża, z końca osiemnastego wieku, główny dom plus dwa oficyny i coś jak dawna stajnia na wozownię, tyle razy przebudowywana, iż trudno było dojść, co tam było pierwotnie. Właściciele się zmieniali, PRL zrobił tam magazyn, potem pustka. Dwadzieścia lat budynek stał pusty. Teraz znalazły się pieniądze, ludzie z pasją i projektanci. Helena była główną architektką-restauratorką. Damian konstruktorem.
Ta praca była czymś prawdziwym. Nie to, co drobne remonty przy Wacławie, dla zabicia czasu tylko prawdziwa robota, z historią.
***
Damian już był na miejscu, gdy przyszła. Stał na środku wielkiego pokoju na parterze, w wiecznie tej samej szarej kurtce, z miarką w ręku, patrząc w sufit.
Dzień dobry rzuciła Helena, wchodząc.
Patrz zamiast odpowiedzi wskazał kąt, gdzie tynk odpadł wielkim płatem, odsłaniając cegły. Chyba wiem, czemu sufit tu pęka. Na górze zgniła belka na całej długości. Tu już nie da się ratować, tylko wymieniać.
Pękła czy się rozeszła po słojach?
Chodź, pokażę.
Weszli na górę po schodach, które już trochę wzmocniono, ale i tak jęczały pod stopami. Helena trzymała się poręczy, czuła zapach starych desek, suchy, leciutko słodki, z pyłem i czymś, czego nie da się nazwać. Może zapach czasu. Żyć, których już nie ma.
Helena ten zapach zawsze lubiła.
Damian pokazał belkę. Przykucnęła, zapaliła latarkę i poświeciła na pęknięcie.
Nie po słojach oceniła. Widzisz po linii? To uszkodzenie mechaniczne. Stało tu coś ciężkiego.
Może maszyna?
Albo kilka. Przecież tu był magazyn.
Damian przykucnął obok niej. Oboje patrzyli na belkę. Wiatr szumiał przez nieszczelne okna.
To wymieniamy podsumował.
Tak, ale tym samym sposobem. Przeglądałam wczoraj archiwalia była specyfikacja drewna. Chyba sosna lokalna, ale dobra.
Takiej dziś nie znajdziesz…
Znam dostawcę spod Torunia, robiliśmy z nimi przy renowacji na Pradze. Zadzwonię.
Damian kiwnął głową. Otrzepał kolana. Był wysoki, trochę się garbił, miał zwyczaj słuchać z głową lekko pochyloną, co sprawiało, iż zdawał się zamyślony. Ale to była myląca poza. Słuchał uważnie, gwałtownie reagował, nigdy nie przerywał. Przez te cztery miesiące pracy obok Helena to doceniła.
Napijesz się herbaty? zaproponował. Mam w termosie.
Z przyjemnością.
Wyszli na korytarz, tam Damian miał torbę. Wyciągnął termos i dwa plastikowe kubki. Nalał.
Jakaś dziś jesteś… urwał i spojrzał na nią pytająco.
Jaka?
Nie wiem. Strasznie skupiona.
Helena uśmiechnęła się.
To znaczy, iż rano dzwoniła albo córka, albo siostra.
Nie dopytywał. Po prostu podał jej kubek.
Wzięła. Herbata była porządna, nie z torebki.
***
Tamara wpadła w niedzielę. Bez ostrzeżenia, z dołu zadzwoniła domofonem: Otwieraj, mam placek. Helena otworzyła.
Tamara, starsza o trzy lata, mieszkała z mężem Waldkiem na Żoliborzu, była księgową w firmie budowlanej i miała poglądy tak niewzruszone, iż niczym się ich nie podważyło. Przechodząc przez próg, ogarnęła mieszkanie tym swoim spojrzeniem, które Helena znała od dziecka miksem politowania i wyższości.
Jezu, to łazienka czy składzik?
Łazienka Helena wzruszyła ramionami.
Płytki masz popękane.
Tamara, masz placek.
Mam. Przeszła do kuchni, postawiła na stole ciasto, zlustrowała kątem oka każde kąty. Lenka, wyjaśnij mi. No powiedz mieszkanie w środku miasta, trzy pokoje, parkiet, sufity, porządny facet. Bił cię?
Nie.
Zdradzał?
Nie wiem. Może tak. Już mi nie zależało.
To po co? Wariatka na stare lata, wiesz o tym?
Helena wyciągnęła talerzyki.
Tami, nie zaczynaj.
Nie zaczynaj? Jestem twoją siostrą! Kaska dzwoni, płacze. Wacław wypytuje, co się z tobą dzieje. Dobrze facet.
Dla kogoś innego. Pokrój placek.
Wiecznie to samo. Pokrój. Rozmawiać nie chcesz.
Rozmawiam, wyjaśniałam ci wszystko. Nieraz.
Guzik wyjaśniłaś! Było mi źle. Każdemu czasem źle! Myślisz, iż z Waldkiem zawsze mi jak w niebie? Ale nie uciekam na stare lata do kawalerki.
Jestem tu sama.
Sama! Tamara rozłożyła szeroko ręce. Pięćdziesiąt osiem, sama w tej norze, za psi grosz, a mówisz, iż dobrze?
Helena spojrzała na nią. Tamara siedziała naprzeciw, duża, ciepła, sweter w klasycznym beżu, minę miała szczerze zagubioną. Naprawdę nie rozumiała. I złościć się na nią nie sposób.
Tami powiedziała cicho Helena. Ty beze mnie zginiesz, głuptasie, mruknęła Tamara.
Helena pokręciła głową: Zginę, ale śmiercią własną.
Tamara wytrzeszczyła oczy.
Co ty wygadujesz?
Nic. Tak mówię. Helena pokroiła placek. Z czym ten?
Z kapustą. Tamara patrzyła podejrzliwie. Lenka, trzymasz się w ogóle? Chodzisz do psychologa?
Chodzę.
I co mówi?
Że podejmuję dobre decyzje.
Phi, co mają powiedzieć, płacisz im za to.
Piły herbatę z plackiem. Tamara mówiła o Waldku, znowu go krzyż strzyka; o sąsiadach, którzy kupili psa i ten ujada całe dnie. Helena słuchała. Za oknem niebo fioletowiało.
Przed wyjściem Tamara zatrzymała się w drzwiach.
Powinnaś mu chociaż napisać mruknęła. Martwi się.
Dobrze odpowiedziała Helena.
Wiedziała, iż nie napisze.
***
Z Wacławem przeżyła osiem lat. Nie byli małżeństwem, on był kategorycznie przeciw ślubom, co już coś mówiło, tylko zrozumiała to za późno.
Pierwsze dwa lata wyglądały inaczej. Albo tak jej się wydawało. Był czuły, wyciągał ją do restauracji, teatrów, wyjeżdżali do Włoch i Pragi. Mówił, iż jest mądra, ma dobry gust. Potem coś zaczęło się zmieniać, powoli, ledwie dostrzegalnie, jak pęknięcie w ścianie.
Zaczęło się od drobiazgów. Raz poszła na jego firmową imprezę w zielonej sukience, którą lubiła najbardziej. Popatrzył na nią w przedpokoju i spytał: Na pewno? Nic więcej. Po prostu: Na pewno?. Przebrała się. Założyła czarną.
Potem były komentarze o jej gotowaniu. O tym, jak rozmawia z jego kolegami. O zbyt długiej pracy przy tak marnym efekcie. Mówił to miękko, rozważnie, jakby jej pomagał, wskazując oczywiste prawdy.
Lena, rozumiesz przecież, iż renowacja to ślepy zaułek na architekturze. Dla ludzi bez ambicji.
Mam ambicję.
Wiesz co uśmiechał się pobłażliwie. Jesteś dobra. Po prostu przeciętna. To nie zarzut. Nie każdy musi być geniuszem.
Nie umiała nic odpowiedzieć. Przemilczała. Poszła do drugiego pokoju, siedziała tam godzinę, patrząc w ścianę, pytając siebie, czemu słowa człowieka, który teoretycznie się troszczy, tak bardzo ranią.
Nigdy nie krzyczał. Nie bił. Robił coś innego: powoli, systematycznie przekonywał ją, iż bez niego jest nikim. Jej zawód był mało ważny, koleżanki nudne, gust zaściankowy. Powinna była dziękować, iż w ogóle z nią jest.
Gotowała rosół, zastanawiając się, czy dobrze posoliła. Dzwoniła do przyjaciółek i bała się robić to zbyt często. Szła na spotkanie zawodowe i myślała, czy nie wygląda na zbyt pewną siebie. Proces wątpliwości nosił jego głos.
A potem był tamten wieczór.
U jego znajomych, Sławka i Natalii, w eleganckim mieszkaniu przy Muranowie. Gadka zeszła na nową inwestycję, Helena powiedziała coś technicznego o projekcie iż fatalna elewacja, typowy przykład, jak deweloper oszczędza na architekcie. Spokojnie, rzeczowo.
Wacław spojrzał na nią przez stół, uśmiechnął się tym swoim specyficznym uśmiechem.
Helena u nas specjalistka rzucił do Sławka. Tylko są tacy, co praktykują, i tacy, co teoretyzują. Helena raczej ta druga. Już dawno nic dużego nie robiła.
Przy stole na chwilę zapadła cisza. Natalia popatrzyła na Helenę. Sławek podniósł kieliszek.
Helena się uśmiechnęła.
Zjadła kolację. Wypiła wino. Do rozmowy się dołączyła znowu. Zamówiła taksówkę. W drodze do domu Wacław był zadowolony, coś tam żartował. Ona patrzyła przez okno na nocną Warszawę i miała jedną myśl, jasną i prostą: już nie mogę.
Nie on jest zły, nie jestem nieszczęśliwa. Po prostu: nie mogę więcej. Jakby trafiła na mur.
Odeszła po trzech miesiącach. Szukała mieszkania, znalazła to, na Targówku. Przewiozła rzeczy na dwa kursy. Tamtego dnia Wacław był w delegacji. Na stole zostawiła klucze i karteczkę. Jedno słowo: Przepraszam.
Potem myślała, po co to napisała. Nie wiedziała. Po prostu tak wyszło.
***
Listopad na Targówku miał swój klimat. Park blisko i wieczorami, wracając z pracy, zamiast prosto do domu, szła czasem między stare drzewa. Wszystkie liście już dawno spadły, ścieżki mokre, pod stopami chlupało, ale było spokojnie, a to mokre powietrze, pachnące zgniłymi liśćmi i korą, wdychała prawie z ulgą.
W domu było chłodno. Ogrzewanie w starych blokach dawało tylko czasami, a jej kaloryfery żeliwne, peerelowskie albo parzyły, albo były zimne. W kuchni kran przeciekał. Kilka razy dzwoniła do właścicielki, ta obiecywała hydraulika. Nigdy nie przyszedł.
Helena kupiła w Castoramie uszczelkę i wymieniła ją sama. Zajęło jej to czterdzieści minut, dwa złamane paznokcie i jedno brzydkie słowo, gdy klucz zsunął się z nakrętki i uderzyła łokciem w rurę. Wstała, wytarła ręce, odkręciła kran. Woda płynęła równo.
Poczuła coś jakby dumę. Śmieszne uczucie, ale prawdziwe.
Wieczorami pracowała przy kuchennym stole. Rozkładała plany budynku, zapalała starą lampkę z zielonym kloszem, którą przywiozła z tamtego mieszkania z lat 90., z bazaru. Wacław nienawidził tej lampki, mówił, iż psuje wystrój. Trzymała ją w schowku. Tu stała na stole.
Praca w kamienicy toczyła się, jak to z dużymi projektami bywa: najpierw inwentaryzacja, potem szukanie archiwaliów, potem analiza usterek, potem koncepcja. Helena lubiła ten rytm. Tu nie dało się wykombinować. Albo dom się trzyma, albo nie. Cegła jest zdrowa, albo nie. Historia jest, albo ją wymyślili.
Znalazła w archiwum miejskim dokumenty o kamienicy. XIX wiek, należała do rodziny Kołodziejskich, potem do córki, która prowadziła domową szkółkę. Potem wojna, potem magazyn. Córkę Kołodziejskich zwali Nadzieja. Na jednej fotografii, którą Helena znalazła w aktach kobieta w wieku pięćdziesiątki, prosta postawa, wyraz twarzy, jakby wiedziała coś, czego nie wie fotograf.
Długo na to zdjęcie patrzyła.
Potem wracała do rysunków.
***
Damian zapytał ją kiedyś, jak trafiła do konserwacji.
Siedzieli w jego aucie, czekali aż silnik się nagrzeje, zanim ruszyli do archiwum. Za oknem pierwszy śnieg, ledwo co, drobny.
W latach 90. projektowałam nowe bloki, biurowce opowiadała Helena. Pieniędzy nie brakowało. Potem przez przypadek trafiłam na renowację małego kościółka pod Warszawą. Pojechałam z koleżanką. I koniec.
To znaczy?
Zrozumiałam, iż chcę to robić. Bo to ważniejsze niż kasa.
Pokiwał głową.
Niewielu ludzi łapie, co naprawdę dla nich ważne.
Ty też wiedziałeś?
Nie od razu. Długo robiłem rzeczy, które wydawały mi się „słuszne”. Potem się zatrzymałem.
Spojrzała na niego. On patrzył przed siebie, na wycieraczkę, na której śnieg już osiadał.
I co wtedy?
I jest jak jest. Machnął głową w kierunku kamienicy. I mi to pasuje.
W aucie było ciepło. Pachniało skórą i kawą.
Pojechali do archiwum.
***
Wacław przyszedł w środę.
Nie spodziewała się go. Zadzwonił do drzwi o ósmej wieczorem, gdy Helena siedziała nad planami i jadła prosty jogurt. Zwyczajny brzęczyk, jak u wszystkich.
Otwierała, sądząc, iż to właścicielka lub sąsiad.
Wacław stał na klatce w swoim kaszmirowym palcie, z małym bukietem. Chryzantemy. Nie lubiła chryzantem. Przez osiem lat nie zapamiętał.
Cześć powiedział.
Patrzyła na niego przez dłuższy moment.
Skąd masz adres?
Kasia dała.
Więc Kasia. Helena odnotowała to w głowie.
Czego chcesz? zapytała.
Porozmawiać. Delikatny uśmiech. Ten sam. Wpuścisz mnie?
Pomyślała sekundę. Odstąpiła od drzwi.
Wszedł. Rozejrzał się. Ujrzała, jak patrzy na mały przedpokój, popękane tapety, wieszak na kurtki przekrzywiony, jej buty.
Tu mieszkasz stwierdził.
Tu mieszkam.
Lena… Wziął ją za rękę. Cofnęła dłoń. Nie przejął się, przełożył bukiet do drugiej. Rozumiem, iż potrzebowałaś czasu. Ale minęło pół roku. Starczy.
Starczy czego?
Bycia samej. Zrobienia sobie przerwy. Wszedł do kuchni. Obejrzał rozłożone papiery. Pracujesz?
Tak.
Jaki projekt?
Renowacja kamienicy na Grochowie.
Dobrze. Słowo z pobłażliwością, znajomy ton. To dla ciebie dobre.
Dla mnie i w ogóle dobre. Budynek z osiemnastego wieku.
Położył chryzantemy na rysunkach. Przesunęła je na bok.
Lena rzucił. Rozumiesz, co robisz? Mieszkasz tutaj. Wskazał ręką.
Wiem, gdzie mieszkam.
Chcę, żebyś wróciła.
Popatrzyła na niego. Był przystojny obiektywnie. Sześćdziesiąt pięć lat, wyglądał młodziej, trzymał się, wysoki. Płaszcz leżał idealnie.
Dlaczego? zapytała.
Wyraźnie się zaciął. Chyba nie spodziewał się tego pytania.
Jak to dlaczego?
Chcesz, żebym wróciła. Po co?
Mi zawahał się. Brak mi ciebie.
Czego dokładnie?
Lena, co za rozmowa.
Zwyczajna. Mówisz, iż brakuje ci mnie. Pytam czego konkretnie.
Patrzył na nią. Zmrużył lekko oczy, drobne zniecierpliwienie.
Brakuje cię. Jako osoby. Przeżyliśmy razem osiem lat.
Pamiętam.
I co, tak po prostu?
Nie po prostu. Skrzyżowała ręce. Ubrana w domowy sweter i dżinsy, zupełnie inna niż w jego wspomnieniach. Odchodziłam osiem lat. Ty tego nie zauważyłeś.
Nie rozumiem.
Wiem.
Wytłumacz.
Już tłumaczyłam. Głos jej był równy i spokojny, nie dziwiła się temu. Pół roku wcześniej już by płakała, dziś nie. Pamiętasz tamten wieczór u Sławka i Natalii?
Jaki wieczór?
Nazwałeś mnie teoretykiem. Przy nich.
Myślał chwilę.
Żartowałem chyba.
Możliwe. Skinęła głową. I takich żartów było mnóstwo. Pamiętam wszystkie.
Jesteś przewrażliwiona.
Może.
To nie było poniżenie.
Może nie. Ale bolało.
Z powodu bzdury.
Z powodu ośmiu lat takich „bzdur”.
Zamilkł. Znów rozejrzał się po kuchni. Spojrzał na szklankę, na starą lampkę.
I jest ci tu dobrze? zapytał z niedowierzaniem. Naprawdę?
Helena się zastanowiła. Nie dla niego dla siebie.
Różnie. Bywa ciężko. Bywa samotnie. Kaloryfery marzną. Ale i tak lepiej niż tam.
To złudzenie.
Może. Ale moje.
Wziął płaszcz, spojrzał znów na nią. I coś w nim drgnęło coś prawdziwego.
Lena, nie jestem ci obcy.
Nie powiedziała. Już nie jesteś mój. Wacław, idź do siebie.
Stał sekundę. Poszedł do przedpokoju. Ubrał się. Otworzył drzwi.
Będziesz żałować rzucił.
Bez groźby. Raczej z żalem.
Może zgodziła się.
Drzwi się zamknęły. Helena chwilę postała w korytarzu, patrząc na skajowe drzwi. Potem wróciła do kuchni. Chryzantemy wsadziła do słoika i nalała wody. W końcu to kwiaty. Szkoda wyrzucać.
Wracała do swoich rysunków.
Za oknem przemknął tramwaj. Raz, drugi, potem cisza.
Zauważyła, iż już nie słyszy go jako przeszkodę.
***
Prezentacja koncepcji była ustalona na drugą połowę grudnia. To był wstępny etap inwestor chciał zobaczyć ogólny pomysł: co zachowujemy, co odbudowujemy, co od nowa i dlaczego. Helena szykowała się na poważnie. Damian też. Wieczorami dzwonili do siebie, dogadywali szczegóły, czasem się spierali.
Pewnego razu Damian rzucił coś o stropie piwnicznym Helena się nie zgodziła. Dyskutowali dobre 40 minut, zanim doszli, iż oboje mają rację ona z perspektywy wyglądu, on wytrzymałości.
Twarda jesteś rzucił, bez urazy.
W zawodzie tak trzeba.
I dobrze.
Na tym poprzestali. Nic sentymentalnego nie dodał.
Odłożyła telefon i złapała się na tym, iż się uśmiecha.
***
Na trzy dni przed prezentacją zadzwoniła Kasia. Tym razem wieczorem.
Mamo powiedziała, inaczej niż zwykle, spokojnie. Mogę przyjechać?
Przyjedź.
Kasia przyszła z winem, wyglądała jak ktoś, kto się na coś zdecydował, choć nie wie jak zacząć rozmowę. Podobna do Heleny z młodości te same kości policzkowe i ręce. Miała trzydzieści dwa lata, pracowała jako projektantka, mieszkała z chłopakiem na Powiślu.
Były w kuchni. Helena rozlała wino do zwykłych szklanek, bo kieliszek miała jeden, na specjalne okazje, ale Kasia stwierdziła, iż w szklance też smakuje.
Pisał do ciebie po tym, jak cię odwiedził? spytała Kasia.
Nie. Czasem wysyła SMS.
Co pisze?
Różnie. Nie zawsze odpowiadam.
Kasia kręciła szklanką w dłoniach.
Mamo, to ja dałam mu adres. Nie złościsz się?
Nie.
Myślałam Sama już nie wiem. Że pogadacie i…
Pogadaliśmy.
I?
I nic. Wyszedł.
Kasia zamyśliła się, po chwili mówi, patrząc w szklankę:
Mamo, ja cały czas byłam po jego stronie. Rozumiesz?
Tak.
Wmawiałam sobie, iż po prostu bujasz w obłokach, iż musisz wrócić do normalności. Żal mi go było był taki samotny, zagubiony.
Umie to odgrywać.
Prawda. Kasia podniosła wzrok. Zrozumiałam to niedawno. Zadzwonił po wyjściu od ciebie. Powiedział… iż zawsze byłaś trochę dziwna. Że cię znosił. Że adekwatnie zrobił ci przysługę przez osiem lat.
Helena skinęła głową.
Tak mówił.
Mamo… pierwszy raz od miesięcy patrzyła na nią czysto, bez złości, bez pobłażliwości. Było ci źle?
Bardzo.
Czemu mi nie mówiłaś?
Helena się zamyśliła.
Może dlatego, iż sama nie umiałam tego nazwać. Jak cię nikt nie bije, nie zdradza, nie wyrzuca, trudno wyjaśnić, czemu jest źle. Zwłaszcza córce, która zna go mało i zawsze w najlepszym wydaniu.
Kasia wstała, podeszła i mocno ją przytuliła. Tak nagle, spontanicznie. Helena przez sekundę nie wiedziała, co zrobić, potem też ją objęła. Włosy Kasi pachniały jej szamponem tym, który kochała od lat nastoletnich, o zapachu gruszki.
Nie jesteś głupia szepnęła Kasia w jej ramię. Ciotka Tami się myli.
Helena się uśmiechnęła. Tak po prostu.
Dobrze wiedzieć.
Dopiły wino. Kasia przeglądała projekty i pytała o kamienicę. Helena cierpliwie tłumaczyła, pokazała zdjęcie Nadziei Kołodziejskiej. Kasia stwierdziła: Podobna do ciebie. Helena spojrzała raz jeszcze. Może.
Kasia wyszła przed północą. Obiecała znowu przyjść.
Helena umyła szklanki, schowała projekty, postała chwilę w oknie.
Tramwaje już nie kursowały późno było. Podwórko niżej było ciche, niebieskie od latarni. W sąsiednim mieszkaniu paliła się tylko jedna lampa ktoś chodził po pokoju.
Pomyślała, iż musi jeszcze zadzwonić do Damiana w sprawie stropu, ale zostawi to na rano.
***
Prezentacja odbyła się w siedzibie biura projektowego. Inwestor poważny, z prawnikami i doradcą od zabytków, który zadawał bardzo konkretne pytania. Helena odpowiadała rzeczowo. Damian uzupełniał konstrukcyjne niuanse. Raz inwestor spytał o terminy wymiany belek Helena przyznała szczerze: jeżeli drewno dotrze na czas, zdążą; jeżeli nie, poślizg trzy tygodnie. Doradca się skrzywił dodała: Lepiej mówić od razu niż potem się tłumaczyć.
Doradca pokiwał głową wyglądało, iż to docenił.
Po wszystkim stali na korytarzu. Damian trzymał teczkę z wydrukami.
Myślę, iż przyklepią rzucił.
Ja też.
Spojrzał na nią. Na korytarzu tłok, obcy ludzie, papiery.
Pójdziesz na kolację? Obok jest miłe miejsce. Trzeba uczcić.
Popatrzyła na niego.
Z przyjemnością.
Ruszyli razem przez grudniową Warszawę, przez Grochów, gdzie świeciły latarnie, śnieg topił się na gzymsach. Damian szedł obok, lekko pochylony. Nie rozmawiali o niczym ważnym o drewnie, o tym, iż doradca bystry (i dobrze), o tym, iż wcześnie ciemno.
Kawiarnia była mała, z ciężkimi zasłonami i drewnianymi stołami. Zamówili coś ciepłego i po kieliszku czerwonego. Rozmawiali długo, nie tylko o pracy o mieście, zmianach, książkach. Helena złapała się na tym, iż nie zerka na zegarek.
Przy wyjściu Damian przytrzymał jej płaszcz zwyczajny gest. Nie przykładała do tego wielkiej wagi. Albo nie takiej bez pośpiechu.
Na zewnątrz powiedział:
Cieszę się, iż razem pracujemy.
Odpowiedziała:
Ja też.
I każde poszło w swoją stronę, pod inne metro.











