Osiem lat poświęciłam się opiece nad nim. Nikt nie podziękował mi za to.
Każdy, kto choć raz musiał trzymać chorego przy życiu, wie, jak to dręczy. choćby gdy to najbliższy krewny, ciężar bywa przytłaczający a ja opiekowałam się ojcem mojej synowej przez osiem lat, choć był mi prawie obcy. I nikt nie docenił tego poświęcenia. To zostawiło w moim sercu głęboki ślad.
Mam siedemdziesiąt dwa lata. Historia, którą opowiadam, wydarzyła się prawie piętnaście lat temu, w małym mieszkaniu przy ul. Jana Pawła II w Łodzi. Mój mąż od dawna nie żyje. Mam syna Marka, synową Katarzynę i wnuka Józia. Ojciec Katarzyny, Władysław, był kiedyś miłym człowiekiem i nauczycielem matematyki, ale nagle zachorował poważnie.
Leczyliśmy go latami, wydając setki złotych na leki i zabiegi. Pomagałam finansowo, tak jak mogłam. W końcu przywiązano go do łóżka. Nie było nikogo, kto mógłby się nim zająć. Marek był ciągle w podróży służbowej, Józio studiował, a Katarzyna pracowała na pełny etat. Jej starsza siostra, Bogusława, mieszkała w Gdańsku i mogła tylko dzwonić, wyrażając współczucie.
Katarzyna nie mogła wziąć zwolnienia lekarskiego. Szef mówił jej wprost:
Albo pracujesz normalnie, albo od razu rzucamy cię!
Zdecydowała się pracować, a więc ciężar opieki spadł na mnie.
Na początku Katarzyna poprosiła, żebym przychodziła przynajmniej raz dziennie, gotowała i karmiła go. Zgodziłam się. Nie przewidywałam, iż będę musiała to robić osiem lat.
Pierwsze wizyty trwały dwie godziny, po czym wracałam do domu. Z czasem Katarzyna przekazywała mi coraz więcej obowiązków. Zostałam przy łóżku cały dzień, wracając do domu dopiero wieczorem, a rano wracałam pieszo, by znów stać przy nim.
Marek widział, jak bardzo cierpię i współczuł mi. Pilnował, żebym nie pracowała za darmo, ale nie odważył się przeciwstawić żonie, bo mieszkał w tym samym mieszkaniu.
Bolesne było dla mnie, iż Bogusława często dzwoniła i wydawała rozkazy: co mam robić, jak mam go pielęgnować. Katarzyna z kolei coraz częściej skarżyła się, iż nie mam czasu w nic. Kazała mi:
jeżeli ci to nie pasuje, weź Marka i odejdź! Dam radę sama! Znajdę opiekunkę!
Te słowa słyszałam przez osiem lat, znosząc ich ciężar, aż w końcu Władysław odszedł. Żadna z córek nie podziękowała mi za lata troski, a najstarsza zapewniła, iż nikt nie zmuszał mnie do opieki to ja sama chciałam.
Tak to jest. Robimy coś dobrego dla innych, a oni są tak obojętni, iż nie potrafią choćby podziękować.







