Dlaczego dobry mężczyzna powinien być niebezpieczny?

blog.fabiankoziolek.pl 15 godzin temu
Czas czytania: 10 min.

Rozpocznę pytaniem. Czy ludzie promujący “dobrą” (lub “pozytywną”) męskość rzeczywiście mają na uwadze twoje męskie dobro? Bo słuchając ich pomysłów, nie da się oprzeć wrażeniu, iż pod płaszczykiem dobroci próbują cię wykastrować.

Niektórzy robią to celowo, ponieważ od początku mają złe zamiary. Inni są naiwni albo po prostu głupi, przez co rozumują mniej więcej w taki sposób:

Dobry = Nieszkodliwy / pasywny / miękki

Ale to nie jest dobroć, tylko słabość.

Bo prawdziwe dobro nie stoi w kontrze do siły. Wręcz przeciwnie — idzie z nią parze. Mało tego! Bez umiejętności przemocy (czyli użycia siły) nie możesz być tak naprawdę dobry.

Jeśli ktoś myśli inaczej, radzę zastanowić się nad następującą kwestią: czy ludzie promujący pasyfizm (właśnie wymyśliłem to słowo — co mi zrobicie?) tak naprawdę chcą, żeby mężczyźni byli dobrzy…

czy ich docelowym zamiarem jest uczynienie nas niezdolnymi do reakcji?

Kiedy ty myślisz nad odpowiedzią, ja przechodzę do konkretów.

Nieszkodliwy mężczyzna nie jest dobrym mężczyzną

Zacznijmy od podstaw. W czyim chorym umyśle powstał pomysł, iż spacyfikowany, unieszkodliwiony, wykastrowany mężczyzna jest “dobry”?

Chyba dobry do tego, żeby się nie odzywał i robił, co mu każą.

Nie no, ale poważnie. Żeby być dobrym człowiekiem, trzeba aktywnie wybierać dobro zamiast zła. Ale zauważ, iż to z góry zakłada, iż jesteś zdolny do czynienia zła. Czy w takim razie unieszkodliwiony mężczyzna może być dobry? Nie, bo taki mężczyzna nie wybiera dobra. On po prostu nie ma alternatywy.

To trochę tak, jak z pytaniem o życie w celibacie.

Czy życie w celibacie jest cnotliwe?

Zacznijmy od tego, iż celibat wiąże się z poświęceniem. W końcu wszyscy instynktownie czujemy (niezależnie od prywatnych wierzeń), iż wybór takiej ścieżki życiowej to rezygnacja z czegoś dobrego. Nie chodzi tylko o seks, ale również — a może przede wszystkim — o możliwość stworzenia jedynej w swoim rodzaju, bliskiej relacji z drugim człowiekiem (w tym założenia rodziny).

Ale!

Wybór jest tutaj słowem-kluczem. Dlatego termin “incel” (ang. involuntary celibate, czyli mimowolny celibat) jest powszechnie uważany za obraźliwy. Nie z racji samego celibatu, tylko przez to, iż jest MIMOWOLNY.

Nie ma tu samodzielnej decyzji, tylko zewnętrzny przymus.

Bo jeżeli żadna kobieta i tak nie chciałaby się z tobą przespać…
Albo jesteś do tego stopnia zawstydzony lub zakompleksiony, iż nie potrafiłbyś choćby doprowadzić do takich okoliczności…

Cóż…

Wtedy trudno mówić o jakiejś cnocie. Po prostu nie masz wyboru.

Inaczej rysuje się sytuacja, gdy jesteś atrakcyjny dla kobiet, a mimo to kontrolujesz swoje żądze. To jest cnotliwość. Wybór dobra wykraczającego ponad najniższe instynkty.

To samo tyczy się spacyfikowanego mężczyzny. Jego nieszkodliwość nie wynika z dobra, tylko ze:

  • strachu,
  • braku kompetencji,
  • bezsilności (fizycznej, psychicznej, moralnej).

Gdy ktoś znajduje się w takiej sytuacji, często podbudowuje własne ego fałszywą cnotliwością. Myśli o sobie w kategoriach “tego dobrego, którego zawsze spotykają złe rzeczy”. W tym samym miejscu rodzi się toksyczna mentalność ofiary.

Zdziwiłbyś się, jak wiele z tych “cnotliwych ofiar” pokazałoby swoje prawdziwe oblicze, gdyby tylko otrzymały możliwość wykorzystania sytuacji na swoją korzyść. Najlepiej widać to po tzw. „lewakach”.

Bo przecież nie jest dobry ten, kto nie ma okazji do czynienia zła.

Dobro zaczyna się tam, gdzie zachodzi realna możliwość dokonania złego czynu, ale się przed nią powstrzymujemy.

Kastracja męskości w imię strachu

Na pewno znasz termin “toksyczna męskość”. W mainstreamie podpina się pod niego wszystko, co nie podoba się wrogom mężczyzn i męskości w ogóle. Dlatego całkiem stracił na znaczeniu w oczach każdego, kto ma rozum i godność człowieka.

Bo chociaż rzeczywiście istnieje coś takiego, jak toksyczna męskość (podobnie jak toksyczna kobiecość), to przeważnie nie ma ona wiele wspólnego z pomysłami feministek.

Wróćmy jednak do meritum.

Jednym z elementów tzw. “toksycznej męskości” jest agresja. I tutaj uczciwie: faktem jest, iż mężczyźni popełniają zdecydowaną większość brutalnych przestępstw. Ale wychowani w matczynym duchu ynteligenci wyciągnęli z tego wniosek, iż z mężczyznami jest coś nie tak i należy ich “naprawić”.

Kij z tym, iż liczba brutalnych przestępców w porównaniu do ogólnej populacji mężczyzn jest bardzo niewielka. Kto by się tym przejmował…

Wspomniani ynteligenci postawili znak równości między męskością i agresją. Stąd już kilka dzieliło ich od pomysłu, iż najlepiej będzie męskość zlikwidować w ogóle. Albo przynajmniej zredefiniować.

A na czym redefinicja polegała? Głównie na tym, żeby z chłopców zrobić dziewczynki (przynajmniej mentalnie).

I tak powstał kompletny plan działania. Przejawy męskiej siły należy zwalczać jako agresję. Przejawy męskiej asertywności należy zwalczać jako tyranię. Przejawy męskiej chęci brania aktywnego udziału w życiu należy zwalczać jako patriarchat.

Pisząc wprost: na Zachodzie nastąpiła daleko idąca demonizacja męskiej energii. Chłopcom zaczęto wmawiać (albo przynajmniej sugerować), iż ich natura jest zła i w ogóle najlepiej by zrobili, gdyby zaczęli brać przykład z dziewczynek.

W wielu miejscach szeroko pojętego Zachodu wprost uczyli tego w szkole.

A propos… mam dla ciebie zagadkę dotyczącą koni.

Wiesz, czym się różni wałach od ogiera?

Jeśli nie, wyjaśnię.

I jeden, i drugi to samce konia. Z tym, iż wałach jest wykastrowany, a ogier nie. Hodowcy kastrują konie w celu zwiększenia ich posłuszeństwa. I rzeczywiście — pozbawienie konia “męskości” czyni go potulniejszym i spokojniejszym. Łatwiej jest się z nim obchodzić.

Ale samiec płaci za to ogromną cenę.

Jaką?

Nie tylko traci większość charakteru, ale również możliwość przekazywania życia. Bo chociaż ogier jest mniej skory do słuchania poleceń, ma jednocześnie ma coś, czego wałach już nigdy mieć nie będzie: energię życiową, werwę, pierwotną dzikość. Po prostu posiada osobowość.

Wałach jest tylko cieniem konia, którym był przed zabiegiem.

Szeroko pojęty Zachód przez wiele lat przeprowadzał podobną kastrację na mężczyznach. Z tym, iż robił to na gruncie psychicznym.

A mężczyźni, którzy chcieli być “dobrzy” (w rozumieniu sfeminizowanego społeczeństwa), kupili tę narrację.

Uwierzyli, iż męskość jest zła. Że męskość jest niebezpieczna. Że męskość najlepiej zamknąć w klatce i nie wypuszczać, bo jeszcze wyrządzi nam jakieś szkody.

Wielu mężczyzn dało się nabrać. Wielu do dzisiaj żyje w przekonaniu, iż ich natura jest podejrzana, podła, a już na pewno gorsza od żeńskiej. Dlatego wielu pozostaje wiecznymi chłopcami, patrzącymi z tęsknotą i pewną zazdrością na kobiety, jakby to u nich mieli znaleźć odpowiedź na swoje problemy.

Bo jak dorastający chłopak ma stać się mężczyzną, skoro uważa męskość za coś podejrzanego, a choćby złego? A chciałby być “dobry”?

Szeroko pojęty feminizm doprowadził więc do stanu, w którym dominującą część męskiego społeczeństwa stanowią mentalne wałachy. To było celowe działanie — przynajmniej ze strony inżynierów społecznych stojących najwyżej w hierarchii władzy. Szeregowe feministki raczej nie myślały tak daleko. Większość prawdopodobnie szczerze uwierzyła, iż tradycyjna męskość jest zła i trzeba ją zakuć w łańcuchy lub “zredefiniować”.

Krótkowzroczność ich myślenia trudno nazwać inaczej niż idiotyzmem.

Bo załóżmy, iż się udało. Że ze strachu przed agresją i przemocą spacyfikowaliśmy mężczyzn (w końcu w naszych głowach męskość = niebezpieczeństwo). W efekcie wszystkich “dobrych” mężczyzn pozbawiliśmy zębów i pazurów.

Pozornie jest bezpiecznie.

Ale co zrobimy w sytuacji, gdy zza miedzy przyjdą do nas obcy mężczyźni? Faceci, którzy mają gdzieś nasze tolerancyjne hasełka i nie boją się używać przemocy do osiągania swoich celów. Kto nas wtedy obroni? Wszyscy “dobrzy” mężczyźni zostali wykastrowani, więc prędzej schowają się za spódnicą kobiety, niż staną w jej obronie.

Zresztą zagrożenie wcale nie musi przyjść zza miedzy. Przecież wewnątrz społeczeństwa zawsze znajdą się jednostki, które mają gdzieś cały ten ład społeczny i robią, co chcą.

Muszę jednak przyznać, iż feministki w jednym mają rację. Męskość jest niebezpieczna. Ale właśnie w tym tkwi jej piękno.

W sile, która może się objawiać na różne sposoby. Tak, u niektórych osobników wyraża się ona w przemocy i agresji. Ale nie zapominajmy o drugiej stronie medalu. U dobrych (prawdziwie dobrych) mężczyzn siła wyraża się stawaniem w obronie bliskich, słabszych i wspólnoty. Ryzykowaniem własnego życia dla ratowania czyjegoś. Urabianiem sobie rąk po łokcie, żeby wszystko mogło funkcjonować. Powstrzymywaniem tych, którzy są źli.

Pacyfikowanie męskości ze strachu przed agresją jest jak zakazywanie dostępu do wody ze strachu przed utopieniem się. Okej, pozbyliśmy się ryzyka. Ale co teraz, kiedy utraciliśmy wszystkie życiodajne funkcje wody?

Niebezpieczna” męskość, której boi się sfeminizowane społeczeństwo, to ta sama heroiczna męskość, która:

  • wbiega do płonącego budynku w celu ratowania dziecka,
  • zasłania kobietę własnym ciałem w momencie zagrożenia,
  • wskakuje do rzeki, aby ratować tonącego psa,
  • itd. itp.

Wałach tego nie zrobi. Ale ogier dysponujący iskrą życia — jak najbardziej.

Oskarżanie broni o strzelaniny

Cała ta sytuacja przypomina dyskusję o prawie do posiadania broni w USA. Narracja głównego ścieku staje na głowie, żeby w umysłach przeciętnych ludzi postawić znak równości między bronią palną a strzelaninami.

Tak jakby pistolet czy karabin sam z siebie zyskał świadomość, wstał i poszedł strzelać do ludzi.

Każdy normalny człowiek wie, iż broń palna to tylko narzędzie. Od jej właściciela zależy, co się z nią stanie i do czego ją wykorzysta.

Jeśli jednak ze strachu przed strzelaninami rozbroimy praworządnych ludzi, doprowadzimy do czegoś o wiele gorszego. Samych siebie uczynimy bezradnymi w kontakcie z bandytami czy wrogiem zza granicy.

Tak samo jest z mężczyznami. Pacyfikacja “dobrych” mężczyzn nie usuwa złych mężczyzn, tylko sprawia, iż ci pierwsi tracą zdolność (i chęć) do obrony — zarówno siebie, jak i swoich bliskich.

Między ludźmi a bronią istnieje jednak pewna istotna różnica.

Człowiek nie jest martwym przedmiotem, takim jak pistolet. Broń można odebrać i zamknąć na kłódkę gdzieś w magazynie bez istotnych skutków ubocznych. Jednak mężczyźnie nie da się odebrać męskości pod pozorem walki z agresją i niebezpieczeństwem, a następnie oczekiwać, iż wszystko będzie w porządku.

Takie postępowanie (tłumienie natury zamiast jej integracja i kontrolowanie) nieodzownie doprowadzi do jednego z dwóch scenariuszy:

  1. mężczyzna zostanie wykastrowany i niezdolny do działania tam, gdzie działanie jest konieczne;
  2. mężczyzna zbuntuje się, a jego gniew i agresja będą wybuchały bez opanowania i zdobędą nad nim władzę.

Bo męska natura nie znika. jeżeli zamkniesz ją w klatce, będzie o sobie przypominała w najmniej oczekiwanych momentach, aż finalnie — czasem po wielu latach, czasem szybciej — wyrwie się na wolność.

Na gruncie społecznym zaobserwujesz to we wszystkich męskich ruchach, które powstają w tej chwili jak grzyby po deszczu.

Kiedy bijesz kogoś po głowie wystarczająco długo, w końcu pęknie. Albo się załamie, albo wybuchnie. W wielu miejscach internetu odnotujesz właśnie to drugie: rosnącą agresję (póki co tylko słowną) w kierunku kobiet. Tak jakby przeciętna kobieta miała coś wspólnego z tą sytuacją.

Nie pochwalam powyższej tendencji, ale mam świadomość, skąd się bierze.

Dlaczego dobry mężczyzna jest niebezpieczny?

Zanim ktoś nie do końca rozgarnięty zarzuci mi promowanie przemocy, zaznaczę wyraźnie, iż w byciu dobrym i niebezpiecznym nie chodzi o żadną brutalność, dominację dla zaspokojenia własnego ego czy agresję bez kontroli.

Nie.

Dodam nawet, iż nic nie stoi na przeszkodzie, żeby być jednocześnie łagodnym i niebezpiecznym.

Bo dobry mężczyzna ma swoją siłę pod kontrolą. Nie musi też jej pokazywać wszystkim i wszędzie, jak szeregowy pozer lub internetowy “samiec alfa”. Ale właśnie dlatego, iż ma siłę pod kontrolą, nie boi się konfrontacji. Potrafi stanąć w obronie zarówno swoich przekonań, jak i bliskich. Posiada zdolność powiedzenia “dość” — i egzekwowania tego sprzeciwu.

Prawdziwa cnota wynika z połączenia siły i samokontroli.

Jeśli zatem miałbyś z tego tekstu zapamiętać tylko jedno zdanie, niech będzie nim to:

Granice osobiste, rodzinne i społeczne istnieją tylko wtedy, gdy ktoś jest gotów ich bronić.

Jeżeli mężczyzna nie jest zdolny do użycia siły (czy to fizycznej, czy psychicznej, czy moralnej), tak naprawdę nie ma umiejętności stawiania oporu. Może co najwyżej komunikować sprzeciw, licząc na to, iż ktoś go uszanuje.

Tylko problem polega na tym, iż świat rzadko szanuje prośby — no chyba, iż stoi za nimi realna siła.

Może cię zaskoczę, ale co mi tam.

Chrystus jest przykładem nieskończonej siły, która znajduje się pod absolutną kontrolą. Wiem, brzmi niewiarygodnie dla kogoś, kto przez całe życie wierzył w bajkę o miłym i niewadzącym nikomu facecie z Nazaretu.

Dlaczego bajkę? Bo prawda jest taka, iż Chrystus to wojownik. Co prawda na ziemi walczył przede wszystkim słowem, ale siły fizycznej też potrafił użyć.

Innymi słowy: był niebezpieczny. Gdyby nie był, ówczesny establishment nie chciałby się go pozbyć. Bo po co?

A my, mężczyźni, powinniśmy być jego naśladowcami.

To właśnie dlatego chrześcijaństwo przez wieki wychowywało rycerzy, strażników i obrońców — a nie biernych pacyfistów. Ba! Kościół Katolicki ma choćby swoją własną historię “300 Spartan”, ale to opowieść na kiedy indziej.

Więcej na temat Chrystusa-wojownika pisałem w tekście poświęconym temu tematowi, więc zainteresowanych odsyłam właśnie tam.

Podsumowanie

Paradoks sfeminizowanego dążenia do bezpieczeństwa polega na tym, iż im bardziej próbujemy uczynić mężczyzn “niegroźnymi”, tym bardziej zwiększamy realne zagrożenie — zarówno z zewnątrz (obcy źli), jak i z wewnątrz (lokalni źli).

Bo pokój nie powstaje z bezbronności, tylko z równowagi między dobrem a siłą, która je chroni.

A męskość (ta prawdziwa) łączy siłę z odpowiedzialnością. Bo siła bez odpowiedzialności zmienia się w tyranię. A odpowiedzialność bez siły — w bezradność.

Masz uwagi, przemyślenia albo osobiste doświadczenia w tym temacie? Podziel się w nimi w komentarzu (albo napisz do mnie bezpośrednio). A jeżeli uznałeś tekst za interesujący lub pomocny, podziel się nim z przyjacielem, kumplem, znajomym, albo wpadnij na stronę facebook’ową bloga i polub moją twórczość.

Nic tak nie napędza do dalszej pracy, jak dobry feedback.

Wesprzyj bloga i pomóż mi pomagać innym! Kliknij przycisk i postaw mi kawę!

Zajrzyj też na:

Facebook X-twitter Youtube
Idź do oryginalnego materiału