Nienawidziłem swojej żony. Nienawidziłem…
Przeżyliśmy razem piętnaście lat. Całe piętnaście lat każdego ranka widziałem ją obok siebie, ale dopiero w ostatnim roku jej nawyki zaczęły mnie okrutnie drażnić. Szczególnie jeden: wyciągała ręce, jeszcze leżąc w łóżku, i mówiła, zaspanym głosem: Dzień dobry, słoneczko! Dziś będzie piękny dzień. Niby zwykłe słowa, ale jej chude ramiona i śpiąca twarz wzbudzały we mnie niechęć.
Wstawała, przechodziła przy oknie i przez kilka sekund patrzyła gdzieś daleko. Potem zdejmowała koszulę nocną i szła do łazienki. Na początku naszego małżeństwa byłem oczarowany jej ciałem, jej wolnością, podszytą lekką bezwstydnością. choćby teraz, kiedy ciało miała wciąż szczupłe i piękne, widok jej nagości wywoływał we mnie złość. Raz choćby chciałem ją popchnąć, by szybciej zaczęła dzień, ale zebrałem się w sobie i tylko burknąłem:
Pośpiesz się, mam już dosyć!
Nie spieszyła się do życia. Wiedziała o moim romansie, znała choćby tę dziewczynę, z którą spotykałem się od trzech lat. Czas zabliźnił jej rany na honorze, pozostawiając jedynie smutny cień zbędności. Darowała mi agresję, obojętność, chęć powtórnego przeżywania młodości. Ale i nie pozwalała mi burzyć jej spokoju żyła wolno, świadomie, zrozumiawszy każdy moment.
Tak postanowiła odkąd dowiedziała się o chorobie. Każdy miesiąc zabierał jej siły, aż w końcu miało jej zabraknąć. Pierwszy impuls: powiedzieć wszystkim o chorobie! Rozparcelować tę prawdę na kawałki i rozdać bliskim, by już nie była taka straszna. Ale najgorsze noce spędziła sama, oswajając się z bliskością śmierci, a potem podjęła decyzję milczeć. Z każdym dniem stawała się mądrzejsza, spokojniejsza, z umiejętnością przyjmowania każdej chwili.
Znajdowała ukojenie w małej wiejskiej bibliotece droga tam zajmowała jej półtorej godziny. Codziennie buszowała w wąskim korytarzu pomiędzy półkami z napisem wypisanym ręką starej bibliotekarki: Tajemnice życia i śmierci i wybierała książki, w których szukała odpowiedzi na pytania.
Ja zaś szedłem do mieszkania kochanki. Tutaj wszystko było jasne, ciepłe, znane. Spotykaliśmy się od trzech lat i kochałem ją obsesyjnie. Byłem chorobliwie zazdrosny, upokarzałem ją, siebie i nie potrafiłem żyć bez jej młodego ciała.
Tego dnia postanowiłem: rozwód. Po co torturować nas troje? Żony już nie kochałem, bardziej nienawidziłem. Tutaj zacznie się moje nowe życie, szczęśliwe. Spróbowałem sobie przypomnieć, co kiedyś czułem do żony, ale nie potrafiłem. Wydawało mi się nagle, iż drażniła mnie od początku. Wyjąłem z portfela jej zdjęcie i w akcie ostatecznej decyzji podarłem na drobne kawałki.
Umówiliśmy się spotkać w restauracji. Tam, gdzie pół roku wcześniej świętowaliśmy naszą piętnastą rocznicę ślubu. Ona przyjechała pierwsza. Ja przed spotkaniem wstąpiłem do domu, by poszukać dokumentów potrzebnych do rozwodu. Nerwowo przetrząsałem szafki, wyrzucałem ich zawartość na podłogę.
W jednej z szuflad znalazłem granatową, zaklejoną teczkę. Nigdy wcześniej jej nie widziałem. Kucnąłem na podłodze, zerwałem taśmę z teczki, myśląc, iż znajdę tam cokolwiek może kompromitujące zdjęcia. Tymczasem trafiłem na stos badań, pieczęci przychodni, wypisów ze szpitala. Wszystko na nazwisko mojej żony.
Domysł uderzył mnie jak piorun, a lodowaty dreszcz przeszedł mi po plecach. Jest chora! Wpisałem nazwę diagnozy do Internetu, a na ekranie pojawiło się straszliwe zdanie: Od 6 do 18 miesięcy życia. Spojrzałem na daty: od badań minęło już pół roku. Dalsze chwile pamiętam jak przez mgłę. W głowie szumiało tylko: 618 miesięcy.
Ona czekała na mnie czterdzieści minut. Telefon milczał. Uregulowała rachunek (300 złotych) i wyszła na ulicę. Była piękna jesienna pogoda słońce nie prażyło, ale ogrzewało duszę. Jak piękne jest życie, jak cudownie jest być na świecie, blisko słońca i lasów, pomyślała.
Po raz pierwszy od czasu, gdy poznała diagnozę, ogarnęła ją litość dla samej siebie. Znalazła siłę, by milczeć o chorobie przed mężem, rodzicami i przyjaciółkami, by oszczędzić im cierpienia, choćby kosztem własnego życia, z którego niedługo zostaną już tylko wspomnienia.
Szła ulicą i widziała radosne oczy ludzi, dla których wszystko dopiero się zaczyna, przed nimi będzie zima, a potem niechybnie wiosna. Jej już nigdy nie będzie dane poczuć takiej nadziei. W środku narastał żal, który wyrwał się na zewnątrz potokiem łez…
Ja krążyłem po domu. Po raz pierwszy w życiu niemal namacalnie poczułem, jak ulotne jest życie. Przypominałem sobie młodą żonę, czasy, kiedy dopiero się poznaliśmy i byliśmy pełni marzeń. Przecież ją kochałem! Nagle wydawało mi się, iż tych piętnastu lat wcale nie było, iż wszystko dopiero przed nami: szczęście, młodość, życie…
Ostatnich kilka tygodni spędzałem przy niej, opiekując się, czuwając, przepełniony szczęściem, iż jeszcze jest. Bałem się jej utraty, byłem gotów oddać za nią życie. I gdyby ktoś przypomniał mi, iż miesiąc wcześniej chciałem rozwodu i nie czułem do niej nic dobrego, powiedziałbym: To nie byłem ja.
Widziałem, jak trudno jej żegnać się z życiem, jak płakała nocami, myśląc, iż śpię. Zrozumiałem, iż nie ma gorszej kary niż świadomość zbliżającej się śmierci. Widziałem, jak walczyła o życie, łapiąc się każdej, choćby najbardziej absurdalnej nadziei.
Zmarła dwa miesiące później. Kwiatami wyłożyłem całą drogę od domu do grobu. Płakałem jak dziecko, gdy opuszczano trumnę, czułem się starszy o tysiąc lat…
W domu, pod jej poduszką, znalazłem kartkę z noworocznym życzeniem, które napisała: Być szczęśliwą z Nim do końca swoich dni. Mówią, iż życzenia składane w Sylwestra się spełniają. Może to prawda, bo w tym samym roku ja napisałem: Być wolnym.
Każdy dostał to, czego zdawało się pragnął.
Dziś wiem, iż człowiek naprawdę docenia, co stracił, dopiero gdy już tego nie ma. I to największy żal, jaki można doświadczyć.











