Ojciec czekał do wpół do siódmej

twojacena.pl 3 dni temu

Zamówiłam mszę w drugą rocznicę śmierci Bogdana na siódmą rano w kościele przy Nowowiejskiej w Poznaniu. Dzieciom powiedziałam trzy tygodnie wcześniej — żeby zdążyły sobie zaplanować, żeby nikt nie mógł powiedzieć, iż dowiedział się za późno. Ola miała szkolenie w Katowicach. Krzysiek „coś mu wyskoczyło w pracy", choćby nie dopowiedział co.

W ostatniej ławce siedział pan Zenek. Kolega Bogdana z zakładu ślusarskiego, w garniturze o dwa numery za dużym na jego wychudzone ramiona.

— Bogdan mawiał, iż garnitur trzyma się na poważne sprawy — powiedział mi potem przed kościołem.

Ksiądz odczytał intencję: „Za duszę śp. Bogdana Wieczorka, w drugą rocznicę śmierci, od żony Krystyny". Wytrzymałam ten moment, bo postanowiłam sobie wcześniej, iż wytrzymam. Ale kątem oka zerkałam na tego siwego mężczyznę w tylnej ławce, wyprostowanego jak struna, i czułam, jak coś we mnie się kruszy warstwa po warstwie. On przyszedł. Moje własne dzieci — nie.

Kościół o tej porze jest w zasadzie pusty. Dwie kobiety z różańcami w pierwszej ławce, mężczyzna w wełnianej czapce, który przychodzi codziennie, obojętnie który dzień tygodnia. I ja. I pan Zenek, którego nie widziałam od pogrzebu — od tamtego dnia w listopadzie, kiedy padał mokry śnieg i wszyscy stali pod parasolami przy grobie na cmentarzu na Miłostowie.

Po mszy podał mi jedną białą różę, taką z wiaderka przy bramie cmentarnej, za dwanaście złotych.

— Pani Krystyno, niech pani nie myśli, iż się wpycham — zaczął, wyraźnie zawstydzony. — Ale Bogdan zawsze mówił: garnitur wkłada się na ślub, na pogrzeb i wtedy, kiedy kolega naprawdę cię potrzebuje.

Wzięłam różę. Nie umiałam nic odpowiedzieć, tylko skinęłam głową. On skinął swoją i poszedł w stronę przystanku tramwajowego, ręce w kieszeniach płaszcza, jakby chciał jak najszybciej zniknąć z tej sceny, w której nie miał być głównym bohaterem.

Stałam z tą różą i myślałam o Bogdanie — ślusarzu z trzydziestodwuletnim stażem, mężczyźnie, który nigdy w życiu nie powiedział mi „kocham cię" na głos, za to potrafił rzucić takie zdanie koledze z hali produkcyjnej. I ten kolega to zapamiętał na tyle, żeby przyjechać rano tramwajem z drugiego końca miasta.

Byliśmy razem trzydzieści dziewięć lat. Poznaliśmy się na potańcówce w klubie osiedlowym na Ratajach — ja miałam osiemnaście lat, on dwadzieścia dwa, pachniał wodą kolońską „Old Spice" i tańczył jak szafa, ale prowadził pewnie, bez wahania. To mi się w nim spodobało najbardziej. Ta pewność.

Przez te wszystkie lata Bogdan był pewny wszystkiego. Że trzeba wstać o piątej trzydzieści. Że dzieci mają skończyć studia, bo on nie skończył. Że kredyt na mieszkanie spłacimy w terminie, iż remont łazienki zrobimy sami, bo firma to zdzierstwo, iż na urlop jedzie się nad Bałtyk, do Łeby, bo tam jest wszystko, czego trzeba. Pewny, iż wiem, iż mnie kocha, choćby jak tego nie mówił wprost.

Wiedziałam. Przez trzydzieści dziewięć lat wiedziałam.

Nasze dzieci — chyba nie do końca.

Ola ma trzydzieści dziewięć lat, mieszka w Katowicach, prowadzi agencję eventową. Kiedy dzwonię, zawsze jest „na spotkaniu z klientem" albo „w trasie". Krzysiek ma trzydzieści pięć, pracuje we Wrocławiu jako programista dla jakiejś firmy z Monachium, mówi o „callach" i „sprintach", jakby to był inny język, którego nie musiała się uczyć jego matka.

Oboje byli na pogrzebie dwa lata temu. Ola płakała przy trumnie tak, iż musiałam ją trzymać za rękę. Krzysiek stał z zaciśniętymi szczękami, a potem rzucił: — Mamo, tata nie chciałby, żebyśmy się teraz rozklejali.

Może i by nie chciał. Ale na pewno chciałby, żeby jego syn przyjechał na mszę w rocznicę.

Zadzwoniłam do Oli dziesięć dni wcześniej, żeby przypomnieć. Usłyszałam w słuchawce ciężkie westchnienie.

— Mamo, ja pamiętam, tylko mam wyjazd służbowy do Katowic… no czekaj, ja jestem w Katowicach. Do Bydgoszczy, przepraszam, pomyliłam się. Nie da się przełożyć, klient już zapłacił zaliczkę. Zapalę świeczkę na miejscu, dobrze?

— Dobrze — powiedziałam, bo co miałam odpowiedzieć.

Krzysiek napisał SMS-a wieczorem przed mszą: „Mamo, wyskoczyło coś pilnego w projekcie, deadline jutro rano, nie zdążę przyjechać. Myślami z Wami". Przeczytałam to zdanie trzy razy, licząc, iż coś się zmieni przy trzecim czytaniu. Nie zmieniło się.

Przez tydzień po mszy nosiłam tę różę w wazoniku na parapecie, aż zwiędła, i nie umiałam jej wyrzucić. Zamiast tego wysuszyłam płatki między kartkami starego zeszytu z przepisami Bogdana — miał taki, gdzie zapisywał, jak matka robiła bigos, bo bał się, iż zapomni smaku.

Zadzwoniłam do Oli dopiero po dwóch tygodniach. Nie żeby robić jej wyrzuty — na to już byłam za stara i za zmęczona. Zadzwoniłam, żeby powiedzieć coś, co układało mi się w głowie od dnia mszy.

— Wiesz co, córeczko. Ja rozumiem, iż macie swoje życie. Naprawdę rozumiem. Ale ja też mam swoje, i chcę je sobie poukładać, póki jeszcze mogę.

— Mamo, o co ci chodzi?

Powiedziałam jej wprost. Że mieszkanie po ojcu, to na Ratajach, trzy pokoje, sto dwadzieścia metrów kwadratowych, warte dziś jakieś sześćset tysięcy złotych — zapisuję w testamencie w części na fundację hospicjum, gdzie Bogdan spędził ostatnie trzy tygodnie życia, bo pielęgniarki tam traktowały go jak człowieka, a nie jak numer w kolejce. Reszta, oszczędności z lokaty, podzielę między dzieci, ale mieszkanie zostaje sprawą osobną — dwie trzecie wartości idzie do hospicjum, jedna trzecia zostaje w spadku.

Cisza w słuchawce trwała chwilę. Potem krzyk:

— Mamo, to jest nasz dom rodzinny! Nie możesz tak po prostu…

— Mogę. To moje mieszkanie, mój wybór. Tak samo jak to był mój wybór, żeby zamówić tę mszę i czekać na was o siódmej rano. Wyście wybrali nie przyjść. Ja wybieram, komu zostawię resztę tego, co po sobie z ojcem zostawiliśmy.

Krzysiek zadzwonił jeszcze tego samego wieczoru, głos miał spięty, mówił coś o „nierozsądnej decyzji pod wpływem emocji", o tym, iż „trzeba to jeszcze przemyśleć z prawnikiem rodzinnym". Powiedziałam mu spokojnie, iż u notariusza przy ulicy Głogowskiej mam umówioną wizytę na przyszły wtorek, o dziesiątej, i iż dokumenty już są przygotowane. Że przemyślałam to dłużej, niż on sądzi — dokładnie od momentu, kiedy zobaczyłam pana Zenka w tej za dużej marynarce w ostatniej ławce.

Nie krzyczałam. Nie płakałam przy telefonie.

W dniu wizyty u notariusza przyszedł ze mną tylko jeden gość, którego zaprosiłam — pan Zenek, na wypadek gdyby potrzebny był drugi świadek. Przyniósł znowu białą różę, powiedział, iż kupił ją odruchowo, bo koło budki przechodził.

Podpisałam papiery o jedenastej piętnaście. Notariusz odczytał na głos punkt o darowiźnie na rzecz hospicjum, jasnym, urzędowym głosem, bez emocji, jakby to była zwykła transakcja — a dla mnie to była jedyna rzecz, która mi jeszcze zostawała po tych czterdziestu jeden latach… nie, po trzydziestu dziewięciu, poprawiłam się w myślach, bo z Bogdanem naprawdę było trzydzieści dziewięć, a nie czterdzieści jeden, tylko czasem liczę też te dwa lata, kiedy chodziliśmy ze sobą, zanim wzięliśmy ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego na Solnej.

Wyszłam z kancelarii z kopią aktu w teczce, tej samej, w której trzymałam kiedyś dokumenty do kredytu na mieszkanie. Na przystanku tramwajowym stał pan Zenek i czekał, żeby odprowadzić mnie do domu, choć wcale nie musiał.

— Dobrze pani zrobiła — powiedział tylko.

Nie odpowiedziałam nic. Wsiadłam do tramwaju numer piętnaście, usiadłam przy oknie i patrzyłam, jak mija ulica, którą znałam na pamięć od trzydziestu dziewięciu lat. W teczce na kolanach leżał akt notarialny, a na parapecie w domu czekała szklanka z wysuszonymi płatkami róży, które sama tam włożyłam.

Idź do oryginalnego materiału