Przyjechała do mnie koleżanka z podstawówki taka typowa Zośka. W życiu nie miała dzieci. I, co ciekawsze, nigdy choćby ich nie planowała. Twierdziła, iż życie jest za krótkie, żeby nie żyć po swojemu.
Spotkałyśmy się po latach. Obie sześćdziesiątka na karku no może Zośka ciut młodziej wygląda, bo mniej się zamartwiała. Od razu po studiach zwinęła manatki i wyprowadziła się z naszego rodzinnego Piotrkowa Trybunalskiego. Przez jakiś czas jeszcze pisałyśmy do siebie listy wiecie, koperty, znaczki, te sprawy ale potem wszystko się rozmyło.
Od wspólnych znajomych słyszałam, iż Zośka to nie usiedzi w miejscu. Tu Kraków, tam Wrocław, a to znowu jakieś Mazury. Mężowie zmieniali się jej jak skarpetki przy trzecim, w okolicach pięćdziesiątki, machnęłam ręką i przestałam liczyć. I też się rozwiodła. Dzieci ani widu, ani słychu. Zastanawiałam się zawsze, jak to przecież u nas to raczej oczywiste, iż się ma dzieci. Jak nie pożycie się nie ułoży, to chociaż wnuki do rozpieszczania zostają.
No i przyjechała. Chciała sprzedać po babci mieszkanie, które jeszcze jej zostało, zanim podatki całkiem ją zjada. Wynajmowała je przez lata, ale życie jak wiemy to nie bajka.
Usiadłyśmy przy kawie i serniku ja opowiadałam o swojej rodzinie, ona o przygodach z podróży i o tym, jak ostatnio surfowała po Bałtyku (nie pytajcie, nie wiem, jak można mieć tyle energii). Nie wytrzymałam i pytam:
Zośka, czemu twoje życie tak się potoczyło? Jak to możliwe, iż nigdy nie miałaś dzieci? Przecież to tak dla siebie, żeby na stare lata ktoś ci herbatę zrobił choćby!
A ona tylko się zaśmiała, aż jej okulary zaświeciły się w słońcu.
Ty mi o herbacie mówisz? Twoje dzieci to ci jeszcze zrobią? Oj, kochana, dzieci teraz mają rodziców w nosie. Lepiej całe życie zaciskać pasa i zatrudnić porządną opiekunkę niż liczyć, iż dzieciaki się zlituje i talerz zupy podadzą.
Popatrzyłam, a Zośka mówi dalej:
Ja dziecka nie urodziłam, bo nie chciałam. Proste. Nie mam ochoty wiecznie się kimś przejmować, niańczyć, zamartwiać, kasę wykładać na cudze potrzeby. Całe życie chciałam robić, co mi się podoba podróżować, poznawać świat, zarabiać złotówki na własne zachcianki. A moi mężowie? Każdy poszedł i dobrze, bo dzieci im się zamarzyły.
I dziś też żyję po swojemu. Nie mam wnuków do pilnowania, emerytury nie muszę dzielić na czterdzieści razy, żeby dołożyć dorosłym już przecież dzieciom do samochodu czy mieszkania.
Nic nie żałuję. Ba! Współczuję tym, co narobili sobie gromadki dzieciaków, a teraz siedzą cicho w pustym mieszkaniu i mają żal, iż dzieci za granicę uciekły albo nie dzwonią tydzień, a choćby dwa. Ja takich problemów nie mam.
To moje zdanie.
Posiedziałam z nią, posłuchałam i wiecie co? Coś w tym jest. Po co się zmuszać, po co się łudzić, iż odwdzięczą się na starość, jak nie ma się na to ochoty? Czasem warto zdać się na siebie i po prostu cieszyć się tym, co się lubi najbardziej.







