Odpoczynek? Ja swoje już odchodziłam – czyli jak teściowa przekonała się, iż wakacje z wnukiem to ni…

newskey24.com 9 godzin temu

Dzisiaj znowu przeżyłam zderzenie z rzeczywistością a adekwatnie ze swoją teściową, Grażyną Januszewską. Tyle lat minęło, a wciąż te same pretensje, to samo moralizatorstwo.

Najlepiej byście go oddali na przechowanie, jak jakiegoś kota syknęła z jadem Grażyna na cały przedpokój. Zapłacić i do widzenia! Hulaj dusza, rodzice na urlop, a dziecko gdzieś u teściów w wiosce.

Zosia, zniecierpliwiona przewróciła oczami i szarpnęła zamek w walizce. Oczywiście, zaciął się. Jeden z tych symbolicznych momentów. To już tradycja, iż wyjazdom zawsze towarzyszy niezadowolona teściowa.

Mamo, przestań, odezwał się mój mąż, Piotrek. Michał jedzie odpocząć, w końcu wieś u dziadków to nie sierociniec! Ma tam podwórko, ogródek, świeże powietrze, basenik w ogrodzie i swojskie mleko od sąsiadki. Trzylatkowi więcej nie potrzeba.

To nie wypoczynek, tylko zesłanie! uniosła się Grażyna. Trzylatek potrzebuje rodziców! A wy co? Do Krakowa na muzea! Dziecku niepotrzebne muzea? Nie liczycie się z jego rozwojem?

Skończyłam walczyć z zamkiem i spojrzałam lodowato Grażynie w oczy.

Na razie nie potrzebuje muzeów powiedziałam spokojnie. Najważniejsze dla niego jest, żeby miał regularny rytm dnia, drzemkę i nocnik blisko. A nie lot z przesiadką, zmiana klimatu i zwiedzanie. Pani Grażyno, kiedy ostatnio przynajmniej po parku z wnukiem pani była?

Swoje z synem wychodziłam! rzuciła z dumą, unosząc brodę. Wszędzie go zabierałam, żyje, nie zmarł, nikt nie umarł! Wy tylko wygody szukacie! Innych trzeba umieć postawić na pierwszym miejscu, nie siebie.

No właśnie, już prawie krzyczałam. Myślimy o innych! O tych, co będą z nami w samolocie słuchać dwugodzinnej histerii pani wnuka. Albo o tych z wycieczki, którzy chcą słuchać przewodnika, a nie „mama, chce mi się pić, siku, boli mnie noga, wracamy do domu!”. Urlop z trzylatkiem to nie jest urlop, pani Grażyno. To kara. Dla niego też.

Teściowa ściągnęła usta i odwróciła się do okna.

No jasne. Rodzice się już pobawili, teraz dziecko przeszkadza. Powiedz od razu, iż się wam znudził Da się zrobić wszystko pod warunki dziecka, jak się chce.

Zamknęłam oczy i odliczyłam do stu, żeby nie stracić kontroli. Gdyby Grażyna zobaczyła, przez co przeszliśmy rok temu, może by się zamknęła. Ale skąd ma wiedzieć, skoro wnuka widuje raz na dwa tygodnie?

Ja za to pamiętam doskonale. Po tamtej podróży jeszcze przez miesiąc nerwowo drgało mi lewe oko.

To było zeszłego lata. Zapowiadało się sielskowyjazd na działkę do znajomych, niecałe sto kilometrów. U znajomych córka w wieku Michała, piaskownica, sad jednym słowem, raj dla dzieci. Ale wszystko poszło nie tak.

Samochód nie chciał odpalić. A u znajomych kiełbasa już na grilla gotowa Trzeba było kupić bilety na pociąg podmiejski.

Pogoda także nie dopisałaupał ponad 35 stopni, a w wagonie nie działała klimatyzacja. Nie dało się oddychać, tłum taki, iż ruszyć się nie można.

Michał wytrzymał dziesięć minut, potem zaczął marudzić, potem płakać, iż gorąco, iż nudno. W końcu próbował wyrywać się, biegać po wagonie.

Puść mnie! darł się, wywijając się z objęć Piotrka. Ja chcę tam!

Misiu, nie wolno, ściszonym głosem Piotrek wytężał mięśnie i starał się zachować spokój. Tu siedzą inne panie i panowie.

Nie chcę siedzieć! Aaaa!

Jego płacz przebijał stukot pociągu. Pasażerowie najpierw patrzyli ze współczuciem, potem z irytacją, a po pół godzinie już z czystą nienawiścią. Jakaś pani w białej koszuli zwróciła uwagę, a Michał, w szale, zachlapał ją sokiem z kartonika. Dostało się i mnie, i Piotrkowi.

Skandal gotowypani krzyczała, Michał jeszcze bardziej, ja łkałam i wciskałam jej dwadzieścia złotych, prosząc o wybaczenie, Piotrek aż zgrzytał zębami.

Półtorej godziny piekła.

Po wyjściu z pociągu sił na odpoczynek już nie miał nikt. Michał nie zasnął ze stresu w porze drzemki, marudził do nocy i był o włos od przewrócenia grilla. Powrót? Jeszcze gorzej.

A to była tylko półtorej godziny podróży. Grażyna serio twierdzi, iż tydzień z dzieckiem na wycieczkach to dobry pomysł? Dziękuję, postoję.

Bo wy go w ogóle nie wychowujecie! powtarzała mi teściowa, za każdym razem gdy dawałam konkretne argumenty.

Grażyna była teoretykiem pedagogikiprzyjeżdżała raz na dwa tygodnie, przywoziła banany albo czekoladę (Michał ma alergię, ile razy mówiłam!), popieściła się z nim kwadrans i wracała do siebie. No i jeszcze musiała zaliczyć zdjęcie na Facebooka.

Ale tak szczerze, Grażyno, co ci to robi, z kim jest Michał, skoro nie z tobą? zapytałam raz.

Mam swoją rodzinę! Dziecko powinno być z rodzicami, a ja nie muszę się zajmować nim na każde zawołanie. Jakby była poważna choroba albo praca, byłabym. Ale teraz? Doprawdy, oddajecie go jak kotka do innego domu!

Mimo to te kłótnie po trochu zżerały mi nerwy. Grażyna zawsze była przekonana o swojej racji i nie przyjmowała żadnych argumentów.

Cóż, życie uczy pokory.

Ctery lata minęły niepostrzeżenie. Michał ma już siedem lat. I już wszystko rozumie: umie się wysłowić, chodzi do szkoły, trenuje piłkę nożną

A w życiu Grażyny zaszła zmiana, niestety: została wdową. I w tym pustym mieszkaniu cisza aż bolała. Może z tego braku, może z chęci udowodnienia wszystkim, iż „jeszcze potrafi”, Grażyna nagle oznajmiła:

Przywieźcie mi wnuka! zawołała triumfalnie przez telefon. Już nie jest taki mały, dogadamy się.

Grażyno, jesteś pewna? zapytałam. Michał potrzebuje uwagi no i chociaż komputera.

Nie ucz matki dzieci rodzić! prychnęła. Syna wychowałam, z wnukiem też dam radę. Poczytamy, pogramy w warcaby, obejdzie się bez waszych komputerów. Przywoźcie!

Z duszą na ramieniu, skrzyżowaliśmy palce na szczęście i zawieźliśmy go na całe dwa tygodnie. Sami wybraliśmy się tylko na weekend na Mazury, bo przeczucie podpowiadało mi, iż nie zabawimy długo.

I miałam rację.

Grażyna wymarzyła sobie spokojny czas: wnuk czyta encyklopedię o zwierzętach, ona dzierga skarpetki, a potem spokojny obiad i przechadzka za rękę. Ta iluzja runęła po pół godzinie od naszego wyjazdu.

Babciu, nudno mi! Masz tablet? zapytał Michał.

Nie mam. Zdziwiona Grażyna.

To zagrajmy w zombie-apokalipsę! Ty będziesz zombie, a ja bohaterem!

Co takiego?! Może kolorowankę lepiej? próbowała odwrócić uwagę.

Nein, nie chcę kolorowanek! To dla dzieci! i zaczął biegać dookoła stołu, próbując wciągnąć babcię w swoje gry. Książki go nie interesowały, warcaby też nie, liczył się tylko widz, kompan i animator w jednym. „Babciu, patrz! Babciu, zobacz! Babciu, a czy wiesz?” to słyszała co trzy minuty.

Grażyna, przyzwyczajona do ciszy i własnego rytmu dnia, już do obiadu była wykończona, jakby wypakowała wagon węgla.

To jednak był dopiero początek.

Na obiad podała Michałowi rosół z wołowiną coś, czego sama nie gotuje, wysiliła się specjalnie dla niego.

A Michał zajrzał do talerza i skrzywił się:

Tego nie zjem.

Dlaczego?!

Bo tam jest cebula. Gotowanej cebuli nie lubię.

Co?! Cebula jest zdrowa! Jedz i nie wymyślaj! irytowała się babcia.

Nie zjem!

To co chcesz?

Makaron z serem. I parówkę, ale pokrój ją na ośmiorniczkę.

Teściowa wzniosła ręce ona się w to nie bawi.

To nie restauracja! odpowiedziała sucho.

Michał wzruszył ramionami i pobiegł budować bazę z poduszek.

Do wieczora ciśnienie Grażyny stało się niestabilne jak wykres na giełdzie. Chciała się położyć Michał już na jej łóżku skakał, wyciągając ją do zabawy. Nie mogła obejrzeć wiadomości wnuk zaraz prosił o bajki, ale po bajkach nie była spokojniejszy, tylko jeszcze bardziej rozbrykany.

A my z Piotrkiem? Siedzieliśmy przy domku na Mazurach na tarasie, popijaliśmy wino, oglądali zachód słońca i rozkoszowali się ciszą.

Aż nie do wiary, jak tu spokojnie westchnęłam, przymykając oczy. Może przesadzaliśmy z narzekaniem na twoją mamę?

Wtedy zadzwonił telefon Piotrka.

Halo, mamo?

Wracajcie natychmiast! zabrzmiał krzyk Grażyny. Zabierajcie go! Słyszycie? Zabierajcie go od razu!

Co się stało? Wszystko w porządku?

Katastrofa! Wasz syn jest nie do wytrzymania! Rozniósł pół mieszkania! Nie chce jeść normalnie! Skacze po mnie jak po trampolinie! Serce mi wysiada! jeżeli nie przyjedziecie za godzinę, wzywam karetkę i policję, nie dam rady dłużej! Wszystko! Czekam!

Cisza.

Odłożyłam niedopite wino na stolik. Grillowane szaszłyki zostały w połowie surowe.

Szykuj się, westchnął Piotrek. Urlop skończony.

W aucie jechaliśmy w ciszy, oboje mieliśmy gulę w gardle to Grażyna nas przecież przekonywała do tego pomysłu, a teraz histeria.

Gdy tylko zadzwoniliśmy do drzwi, rozwarły się natychmiast. Grażyna blada, trzymająca się za serce, wyglądała jak po przeprawie przez puszczę.

A Michał? Radosny, wybiegł do nas.

Załóżcie mu smycz i zabierajcie! wyrzuciła Grażyna. Tego się nie da wytrzymać! Rosół jej nie taki, nudzi się, skacze, babci biednej nie daje żyć!

Po prostu jest dzieckiem, mamo, odparł Piotrek chłodno, łapiąc syna za rękę. Aktywnym, zdrowym dzieckiem. Uprzedzaliśmy cię. Sama mówiłaś, iż dasz radę.

Myślałam, iż jest normalny! A to trzeba do lekarza! złapała się za serce. Jedźcie już! Muszę odpocząć, bo mnie wyniosą nogami do przodu.

W aucie Michał przytulił się do mnie i zapytał sennie:

Mamo, a kiedy pojedziemy do dziadka Staszka i babci Luby?

Już niedługo, synku.

To dobrze. Zasypiał. Bo babcia Grażyna dziwna jest. Cały czas krzyczy, nie umie się bawić. I jej zupa be.

I tak, od tamtej pory Grażyna już nie nalegała na „rodzinne wyjazdy” i nie pytała, czemu zostawiamy Michała u moich rodziców. Gdy jechaliśmy gdzieś sami, po prostu życzyła szerokiej drogi.

A Michał każde wakacje spędzał u dziadków w Sandomierzu: kopał robaki z dziadkiem, jadł naleśniki bez cebuli i budował szałasy z babą Lubą, która zna jego gusta.

Stosunki z teściową nie stały się cieplejsze, ale przynajmniej skończyły się kazania. Grażyna pozostała sam na sam z własną racją i nietkniętymi encyklopediami, które nigdy nikomu się nie przydały.

Idź do oryginalnego materiału