Odnaleziona po latach

newsempire24.com 8 godzin temu

Nazywam się Irena Wójcik, przez trzydzieści dwa lata prowadziłam dział ewidencji w archiwum Czerwonego Krzyża w Łodzi. Teraz jestem już na emeryturze, mieszkam na Starym Polesiu, w bloku z widokiem na kasztanowiec, pod którym sąsiadka wyprowadza swojego kulawego kundla o piątej rano. Piszę to, bo tę historię pamiętam lepiej niż własny telefon do córki – a przeszło przez moje biurko tysiące kartotek.

Było to w sierpniu 1946 roku. Do archiwum przyszedł mężczyzna w mundurze bez dystynkcji, z teczką przewiązaną sznurkiem, bo zamek się zepsuł. Nazywał się Kazimierz Baranowski, miał może trzydzieści pięć lat, a mówił tak, jakby każde słowo kosztowało go osobny wysiłek. Zapytał, czy mamy listy dzieci przewiezionych z obozów przejściowych w Prusach Wschodnich. Powiedziałam, iż mamy fragmenty, bardzo niekompletne, część dokumentów spłonęła podczas ewakuacji w 1945. Usiadł na krześle przy oknie i czekał do zamknięcia, choć nic mu nie obiecywałam.

Jego historia była taka – żona Zofia i dwie córeczki, Hania i Basia, zostały zabrane przez Niemców w dniu, kiedy wojsko wkroczyło do ich miasteczka pod Suwałkami. Kazimierz był wtedy w sztabie, pracował przy łączności. Gdy wrócił, po domu zostały tylko gruzy i rozbita miska na podłodze. O żonie mówiono różne rzeczy – iż rozstrzelana, iż wywieziona na roboty, iż zmarła z głodu w drodze. O dzieciach nie wiedziano nic, bo w 1941 roku Basia miała rok, a Hania trzy – za małe, żeby zapamiętać własne nazwisko.

Zapytałam go wtedy, siedząc za biurkiem zawalonym fiszkami, czy wie, co jego żona robiła, zanim ją zabrali. Powiedział – była sportsmenką, lekkoatletką, poznali się na zawodach w Wilnie przed wojną. Ta drobna informacja wydawała mi się nieistotna. Dopiero później zrozumiałam, dlaczego to właśnie ją uratowało.

Zofię zabrano do gestapo, bo mąż był oficerem. Straciła przytomność w celi, a kiedy się ocknęła, postanowiła, iż musi żyć, żeby znaleźć męża i córki. Na betonowej podłodze zatłoczonej celi, między kobietami, które już się poddały, wykonywała ćwiczenia gimnastyczne – rozciąganie, przysiady, powtarzała je godzinami, bo to jedyne, co odwracało myśli od najgorszego. Niemcy wywieźli ją do fabryki w Prusach, gdzie manualnie naprawiano czołgi. Wytrzymała, bo miała cel. Pod koniec wojny sowieckie samoloty zbombardowały fabrykę, a ona wyszła przez ruiny i zniknęła w lesie, z chlebem schowanym za pazuchą, który zbierała tygodniami.

Szła, unikając ludzi, bo w tamtym czasie można było natknąć się na każdego. Bała się także żołnierzy sowieckich – Niemcy wmawiali więźniarkom, iż każdego, kto wróci z Niemiec, Stalin wyśle na Sybir. Nie wiedziała, czy to prawda, ale nie miała czasu w wahanie. Po drodze pracowała we wsiach za jedzenie, aż dotarła do rodzinnego miasteczka. Po ich domu została jedna kominowa trzon pośrodku gruzu. Zatrudniła się na gospodarstwie za strawę, a potem – kiedy już zrozumiała, iż nikt jej nie wywiezie na Sybir – zgłosiła się do miejscowego urzędu bezpieczeństwa i podała wszystkie dane do poszukiwań. Dostała pracę jako inspektorka w wydziale oświaty. Kilka miesięcy później przyszli po nią w pracy z informacją – mąż żyje i jedzie do niej.

Kazimierz opowiadał mi to wszystko, trzymając w rękach starą fotografię z zagiętym rogiem, zrobioną na przyjęciu weselnym. Nie patrzył na mnie, patrzył na zdjęcie. Powiedział, iż przez wiele lat walczył z dywersantami na froncie, iż dostał informację, iż żonę rozstrzelano razem z dziećmi, i iż w to nie uwierzył, bo nie miał na to żadnych dowodów, tylko przeczucie. Kiedy skierowano go po wojnie do pracy w okręgu, zaczął szukać na własną rękę. Pisał do Niemiec, do Polski, rozsyłał zdjęcia do ośrodków opiekuńczych. Przyszedł telegram z Suwałk – Zofia żyje. Pojechał tam natychmiast.

To, co opowiedział mi później, już nie w moim biurze, a przy filiżance herbaty w barze mlecznym na rogu Piotrkowskiej – wydarzyło się rok po naszym pierwszym spotkaniu, kiedy wrócił podzielić się nowinami, bo czuł, iż to jedyna osoba, która znała początek historii. Odnalezienie żony to był jeden cud. Drugi dotyczył córek.

Dowiedzieli się, iż dziewczynki trzymano w niemieckim ośrodku jako dawczynie krwi dla rannych oficerów, a potem przewieziono do Niemiec. Dalej – cisza. Do 1949 roku urodziły się im jeszcze dwie córki, ale Kazimierz nigdy nie przestał szukać. Gdziekolwiek pojechał służbowo, zaglądał do domów dziecka, czytał listy wychowanków.

W Kownie, czekając w poczekalni na kierownika wydziału oświaty, usłyszał rozmowę dwóch kobiet – mówiły o wycieńczonych dzieciach, które właśnie przywieziono z Niemiec. Zapytał o adres ośrodka. Grupa była nowa. Na liście nie znalazł nazwiska swoich córek, ale daty urodzenia dwóch sióstr – zapisanych pod litewsko-niemieckim nazwiskiem – zgadzały się dzień w dzień z datami Hani i Basi.

Miał przy sobie przedwojenne zdjęcie, ale dziewczynki miały teraz po osiem, dziewięć lat. W starszej widział rysy żony, choć dziewczynki nie mówiły ani słowa po polsku – tylko po niemiecku i trochę po litewsku. Wtedy przypomniał sobie – młodsza córka poparzyła sobie kiedyś rękę o żelazko, została blizna. Podwinął rękaw bluzeczki. Blizna, już wyblakła, była tam, gdzie powinna być.

To były jego córki.

Zaprosił dziewczynki do siebie, nie mówiąc im wprost kim jest, bojąc się, iż szczęście się rozsypie, jeżeli powie za wcześnie. Żonie szepnął tylko w przedpokoju, iż mają gości. Starsza dziewczynka, wszedłszy do pokoju, przypatrywała się Zofii długo, a potem rzuciła się do niej z krzykiem w obcym języku, który brzmiał jak "mama". Młodsza powtórzyła to słowo chwilę później.

Kazimierz zapłacił za naszą herbatę, zapisał mi na serwetce adres, pod który mogłabym napisać, gdybym kiedyś znalazła w archiwum coś jeszcze o jego rodzinie – choć już nie było takiej potrzeby. Rodzina była w komplecie. Powiedział mi jeszcze jedno, co zapamiętałam najlepiej – iż w każdym mieście, do którego ich przenoszono ze służby, pierwszą rzeczą, jaką robili, było znalezienie najbliższego boiska albo choćby skrawka trawy na podwórku, gdzie cała rodzina wybiegała rano na rozgrzewkę, zanim ktokolwiek rozpakował pudła z rzeczami.

Nie wiem, co się z nimi stało dalej – zmieniłam pracę, przeprowadziłam się do Łodzi, kontakt się urwał. Ale czasem, kiedy wnuczka pyta mnie, dlaczego trzymam tę pożółkłą serwetkę w pudełku z listami, mówię jej tylko, iż to adres, pod który nigdy nie musiałam napisać – bo wszystko, co miało się odnaleźć, odnalazło się bez mojej pomocy.

Idź do oryginalnego materiału