Odmówiłam opieki nad chorą matką męża i postawiłam mu ultimatum: albo profesjonalna pomoc, albo rozwód – historia z polskiego bloku o granicach poświęcenia i cenie rodzinnych obowiązków

polregion.pl 1 dzień temu

Odmówiłam opieki nad chorą matką męża i postawiłam mu wybór

To wszystko działo się późną jesienią. Deszcz bębnił w okna przez całe dni, nie przestając ani na chwilę, a ten monotonny dźwięk już na zawsze zapisał się w mojej pamięci w związku z tą historią, którą dziś opowiadam. Dotyczy ona moich sąsiadów, adekwatnie sąsiadki Grażyny. Miała już ponad pięćdziesiąt lat, pracowała jako ekspedientka w nocnym sklepie. Wychodziła do pracy, kiedy całe miasto spało. Jej mąż, Zbigniew, był inżynierem w fabryce człowiek porządny, choć bardzo przyzwyczajony do wyznaczonych ram codzienności. Wszystko szło swoim torem, aż do momentu, gdy los się odmienił jego mama, pani Stanisława, poważnie zachorowała.

Starsza pani, osiemdziesięciopięcioletnia, mieszkała sama na wsi. Przeszła lekki udar, który jednak wystarczył, żeby stało się jasne: sama już sobie nie poradzi. Zbigniew, bez dłuższego namysłu, postanowił zabrać mamę do siebie. Jego siostra, Marta, mieszkająca również w tym samym mieście, odetchnęła z ulgą: Dziękuję, Zbyszek, iż się tym zajmiesz. U mnie za ciasno, a mój mąż by tego nie zrozumiał.

W ten sposób pani Stanisława zamieszkała z nimi. I od tej chwili dla Grażyny dawne życie się skończyło.

Cały ciężar opieki spadł na nią. W dzień, po nocnej zmianie, zamiast iść spać, musiała się zajmować teściową: karmić, myć, zmieniać pieluchy, wywozić wózkiem na chłodne, jesienne powietrze. Zbigniew po powrocie z pracy tylko pytał przez drzwi: Jak mama? i znikał w salonie przed telewizorem.

Często widziałam ją rano, wracającą z pracy; twarz miała bladą, pod oczami głębokie cienie. Szła ociężale, prawie nie podnosząc nóg. Raz pomogłam jej donieść do klatki schodowej ciężkie torby z zakupami oraz opakowaniami pieluch.

Dziękuję, pani Andrzeju wymruczała bezbarwnym, zmęczonym głosem.

Grażyno, to pani sama powinna teraz dostać pomoc. Nie można tak zapominać o sobie.

Uśmiechnęła się wtedy krótko, gorzko, prawie niewidocznie.

A kto się mną przejmie? Każdy ma swoje sprawy. Zbyszek w pracy się męczy. Marta… ona wpada tylko od święta, żeby pomarudzić i rozdać dobre rady.

Grażyna próbowała rozmawiać z mężem, spokojnie, rzeczowo.

Zbyszek, nie mam już siły. Przestaję dawać radę. Może zatrudnijmy opiekunkę chociaż na kilka godzin dziennie? Albo pomyślmy o dobrym domu opieki, specjalistycznym, żeby miała fachową pomoc.

Reakcja była natychmiastowa i wstrząsająca. Zbigniew patrzył na nią, jakby zaproponowała, żeby wyrzucić jego matkę na ulicę.

Tobie odbiło?! Oddać własną matkę do domu spokojnej starości? choćby tego nie chcę słyszeć! To przecież mama!

W jego głosie brzmiało nie tyle uczucie, co strach przed opinią innych, zwłaszcza przed Martą.

Marta, usłyszawszy o tej rozmowie, natychmiast się zjawiła. Nie żeby pomóc żeby uczyć.

Grażyna, nie wstyd ci w ogóle o tym myśleć?! Mamę do przytułku? Cała rodzina się od ciebie odwróci! Jesteś samolubna, wszystko ci przeszkadza!

Grażyna słuchała jej w ciszy, patrząc w blat stołu. Nie dyskutowała. Co powiedzieć komuś, kto raz na dwa tygodnie wpada tylko na godzinę, całuje mamę w policzek i rzuca: Oj, jaka ty biedna?

Dalej ciągnęła swój krzyż. Nocą do pracy, w dzień wykańczająca fizycznie i psychicznie opieka. Zbigniew zdawał się nie widzieć jej wyczerpania. Dla niego liczyło się tylko to, iż mama jest czysta i najedzona. Wydawało mu się, iż tak trzeba, iż to po prostu kobieca rola.

Kulminacja nadeszła nagle. Grażyna, próbując samodzielnie przenieść Stanisławę z łóżka na fotel, poczuła w kręgosłupie gwałtowny, palący ból. Nie upadła powoli i niezgrabnie zsunęła się na podłogę obok łóżka teściowej. Starsza pani patrzyła na nią pustym, zdezorientowanym wzrokiem.

Zbigniew po powrocie do domu biegał po mieszkaniu w panice. Nie wiedział, jak zmienić pieluchę, jak zrobić kaszę, jak podać leki. Cały jego świat runął, odsłaniając bezradność.

Lekarz w przychodni, po badaniu Grażyny, wydał jednoznaczną diagnozę: uszkodzony kręgosłup, konieczny odpoczynek w łóżku, minimum dwa tygodnie. Żadnych ciężarów, żadnego wysiłku.

Ale… moja teściowa jest chora wyszeptała Grażyna.

jeżeli teraz się nie posłucha pani zaleceń odparł oschle lekarz to następny będzie stół operacyjny, a potem może już tylko renta.

W domu panował chaos. Zbigniew, blady ze strachu, starał się opiekować matką. Bałagan, brud, bezradność. Zadzwonił do Marty.

Marta, tu katastrofa! Grażyna leży! Trzeba tymczasem przenieść mamę do ciebie!

W słuchawce zapadła długa chwila milczenia.

Zbyszek, dobrze wiesz, iż nie mogę. U mnie ciasno, mój mąż… ja choćby nie umiem się zajmować osobą leżącą. To ciężka praca… Dasz radę sam. Wierzę w ciebie.

Zbigniew odłożył telefon, usiadł na krześle w przedpokoju i ukrył twarz w dłoniach. Po raz pierwszy zobaczył sytuację nie jako suchą sprawę do załatwienia, ale prawdziwą katastrofę, gdzie w centrum są jego wyczerpana żona i bezradna mama.

Grażyna leżała w swoim pokoju. Ból był ostry, ale w głowie w końcu wszystko się sklarowało. Słyszała krzątaninę za ścianą, zagubione kroki męża, cichy tupot teściowej. Kiedy Zbigniew, wychudzony przez te dwa dni, wszedł z porcją rosołu, spojrzała mu w oczy spokojnie. Nie było w jej wzroku ani gniewu, ani pretensji tylko ostateczna, niewzruszona decyzja.

Zbyszku powiedziała cicho, ale wyraźnie ja już nie będę opiekować się twoją mamą. Ani jutro, ani za dwa tygodnie. Nigdy.

Otworzył usta, by zaprotestować, ale podniosła rękę, uciszając go.

Cicho i posłuchaj. Są dwa wyjścia. Pierwsze: wspólnie szukamy i opłacamy profesjonalną pomoc. Albo dobra opiekunka na stałe, albo ten dom opieki, który boisz się nazwać. Wszystko oglądamy, konsultujemy, wybieramy razem.

A drugie? zapytał chrapliwie Zbigniew.

Drugie: składam pozew o rozwód i się wyprowadzam. Ty zostajesz tu sam. Z mamą i tą twoją czułą siostrą. Wybieraj.

Wróciła na poduszkę i zamknęła oczy. Powiedziała już wszystko.

Zbigniew wyszedł do kuchni. Siedział tam długo w ciemności. Myślał o ostatnich miesiącach: o wyczerpanej twarzy żony, jej milczącym bólu, własnym strachu przed odpowiedzialnością, wymówkach Marty. Stąpał krokami po tym małym, rozbitym świecie, w który zamieniło się do tej pory zorganizowane życie. Podejmował decyzję. Nie między matką a żoną ale między pozornym spokojem, a realnym ratunkiem dla wszystkich trojga.

Następnego ranka przyszedł do Grażyny.

Szukajmy domu opieki powiedział krótko. Dobrego. I opiekunki na początek, na czas szukania. Wziąłem urlop. Sam wszystko zorganizuję.

Grażyna skinęła głową. Więcej już nie było pytań.

Teraz pani Stanisława mieszka w prywatnym domu opieki, niedaleko miasta. Ma czysty pokój, codzienną opiekę, lekarzy. Zbigniew i Grażyna odwiedzają ją w każdą niedzielę. Przywożą własne ciasto, siadają przy niej, rozmawiają. Widzą, iż jest spokojna. A przede wszystkim widzą w sobie znowu męża i żonę, a nie strażników i więźniów.

Kiedyś spotkałem ją przed blokiem i zapytałem:

I jak, Grażyno? Lepiej się układa?

Uśmiechnęła się lekko, z łagodnością, jakiej dawno u niej nie widziałam.

Powoli się układa, panie Andrzeju. W końcu zrozumiałam jedno. Największym miłosierdziem czasem jest nie to, żeby poświęcić siebie do samego końca. Tylko znaleźć takie wyjście, żeby każdy mógł dać radę. I mieć odwagę przy nim wytrwać.

W tych słowach był cały sens tej historii. Prawo do własnego życia to nie egoizm. To fundament, bez którego każda ofiara jest daremna i niszcząca.

Idź do oryginalnego materiału