Nie żartujesz, co? głos w słuchawce dzwonił od prawdziwej oburzy, zmieniając się w niemal ultradźwięk. Zuzanno, słyszysz mnie w ogóle? Nie mam gdzie ich zabrać, a ty masz wolny dzień!
Elżbieta odłożyła telefon od ucha, zmarszczyła brwi i znów przycisnęła słuchawkę, westchnąwszy ciężko. Piątkowy wieczór, na który czekała przez cały tę niekończącą się, wyczerpującą tydzień pracy, zaczynał pękać w szwach. Na dworze lał się październikowy deszcz, stukając w parapet, a na kuchence cicho bulgotał barszcz, którego gotowała bardziej z przyzwyczajenia niż z ochoty stać przy palniku.
Zuzanno, słyszę cię wyraźnie odpowiedziała spokojnie, ale stanowczo Elżbieta, mieszając zupę łyżką. I już ci mówiłam: nie. Mam plany na jutro. Umówiłam się do lekarza, a potem zamierzam po prostu wyspać się. To jedyny mój wolny dzień w ciągu dwóch tygodni, mam prawo spędzić go w ciszy.
Do lekarza się zapisała! skrzyknęła zzupełniająca. Znam twoich lekarzy. Znowu masaż, paznokcie A ja, przy okazji, nie zamierzam iść na imprezę. Muszę załatwić papierki w urzędzie, kolejki są kilometrowe. Gdzie ja przyprowadzę bliźniaki? Rozrzucą tam wszystko!
Właśnie tak, Zuzanno. Rozrzucą wszystko. A gdyby rozrzucili urzędową instytucję, wyobraź sobie, co by się stało z moim mieszkaniem, które dopiero miesiąc temu wyremontowałam wyłączyła kuchenkę i usiadła zmęczona na stołku. Paweł ostatnio pomalował markerem nowe tapety w przedpokoju. Powiedziałaś: To dziecko, i tak się umyje. Nie umyło się. Musieliśmy całą ścianę odklejać.
O, jeszcze mnie oskarżaj o te tapety! wycedniła Zuzanna. Przeprosiłam! Poza tym, Sławka obiecał, iż nam pomoże. To mój brat, w końcu!
Elżbieta zamknęła oczy. Oczywiście. Sławko. Dobry, nigdy nie mówiący nie swojej młodszej siostry. Zuzanna wykorzystywała to, grając na poczuciu winy i rodzinnych więziach jak na rozstrojonym fortepianie.
Sławka obiecał więc załatwiaj z nim odcięła Elżbieta. Tylko pamiętaj, iż jutro go też nie będzie w domu do wieczora, jedzie do warsztatu, bo coś ma z przekładnią. Więc jeżeli przyprowadzisz dzieci, będą siedzieć pod drzwiami.
Ty jesteś po prostu egoistką! wypluła Zuzanna i odłożyła słuchawkę.
Elżbieta położyła telefon na stole i przetarła skronie. Cisza w kuchni wydawała się krucha i nietrwała. Wiedziała, iż to dopiero początek burzy.
Po pół godzinie w drzwiach brzęknął klucz. Sławko wszedł, otrzepał się z deszczu, wesoły i lekko zarumieniony od zimna.
Mmm, pachnie barszczem! przytulił żonę policzkiem. Elu, coś cię tak kwaśnie trapi? Coś w pracy?
Elżbieta milcząco nalała mu talerz zupki, położyła śmietanę i pokroiła chleb. Dopiero gdy mąż usiadł i z apetytem zabrał się do jedzenia, zaczęła mówić.
Twoja siostra dzwoniła.
Łyżka utknęła w połowie drogi do ust Sławka. Spojrzał winny, od razu domyślając się, o co chodzi.
A, Zuzia Tak, mówiła, iż jutro musi jakoś wyjść. Elu, może dasz im radę? To tylko parę godzin. Chłopaki dorastają, już nie są takie małe. Włącz im bajki, daj tablet i cisza.
Sławku Elżbieta usiadła naprzeciwko, krzyżując ręce na piersi. Parę godzin u Zuzanny zawsze zamienia się w cały dzień. Ostatnio wyjechała na chwilę do sklepu, wróciła po sześć godzin z zapachem koktajli i nową fryzurą. A ja w tym czasie myłam kota z plasteliny i ratowałam twoją kolekcję winyli, w które bliźniacy chcieli grać w frisbee.
Racja, trochę przesadziła, zmarszczył brwi Sławko. Ale teraz naprawdę potrzebujemy pomocy. Sama nie da rady, ciężko jej. Mama dzwoniła, prosiła o wsparcie. Ma wysokie ciśnienie, nie może ich wziąć.
A ja co, mam wysokie ciśnienie? Mam nerwowy tik, zaraz odpadnie, Elżbieta zaczęła podnosić głos. Pracuję główną księgową, nasz okres sprawozdawczy się domyka. Wchodzę do domu i padam. Jutro to mój dzień. Chcę leżeć w wannie, czytać książkę i nie rozmawiać z nikim. Nie wynajmowałam darmowej niani. Zuzanna ma męża, choć byłego, ma alimenty, może zatrudnić nianię na godzinę. Dlaczego my musimy być ratunkiem całą dobę?
Sławko odłożył łyżkę. Apetyt zniknął.
Elu, to rodzina. Nie rozumiesz? Dziś pomagamy, jutro nam pomogą.
My? uśmiechnęła się gorzko Elżbieta. Przypomnij, kiedy ostatnio nam pomagano? Kiedy przeprowadzaliśmy się i prosiliśmy Zuzannę, żeby przynajmniej kota u siebie przytrzymała dzień, ona mówiła, iż ma alergię. Nie miała alergii, po prostu nie chciała sierści na kanapie. Kiedy miałam grypę i prosiłam twoją mamę o leki, bo byłeś w delegacji, ona twierdziła, iż boi się zarazić. Gra w jedną bramkę, Sławku.
Mąż milczał, wpatrując się w talerz. Wiedział, iż ma rację, ale lata przyzwyczajenia do roli dobrego syna i brata trzymały go w szachu.
Dobra, mruknął. Porozmawiam z nią. Powiem, iż nie możemy.
Elżbieta nie uwierzyła, ale skinęła głową. Reszta wieczoru upłynęła w napiętej ciszy. Sławko pisał coś na telefonie, marszczył brwi, ciężko wciągał powietrze, ale tematu już nie poruszał.
Sobota rano nie zaczęła się od śpiewu ptaków ani od promieni słońca, a od natarczywego dzwonka do domofonu. Elżbieta, ledwie otworzywszy oczy i przeciągając się w łóżku, zerknęła na zegarek. Dziewiąta rano.
Kto to mógł być? szepnęła, choć odpowiedź już znała.
Sławko, wstając z łóżka, pośpiesznie wciągnął dresy sportowe.
Nie wiem, chyba się pomylili niepewnie wymamrotał, unikając spojrzenia Elżbiety.
Domofon zadzwonił ponownie, długi i natrętny. Potem zadzwonił telefon Sławka.
Tak, Zuzanno? ode brał słuchawkę, winny spojrzeniem na żonę. Umówiliśmy się Pisałem ci Zuzanna, tak nie da się!
Z głośnika dochodziły krzyki tak głośne, iż Elżbieta mogła usłyszeć każde słowo, choćby będąc w drugiej części sypialni.
Nic nie wiem! Już przy drzwiach! Mam wizytę, nie mogę odwołać! Zabierz swoje siostrzeńce, nie bądź frajerem! Zadzwonię mamie, jeżeli nie otworzysz!
Sławko bezradnie spojrzał na żonę.
Elu Ona już jest. Co mam zrobić? Nie zostawiać ich na dworze?
W Elżbiecie coś pękło. To najdelikatniejsze cierpliwości, na której opierał się ich domowy spokój przez lata. Wstała milcząco, weszła do łazienki i zamknęła drzwi na zatrzask. Włączyła wodę na pełen regulator, by nie słyszeć, jak mąż, w kapciach, podchodzi do domofonu i przyciska przycisk.
Po pięciu minutach w mieszkaniu wybuchł chaos. Stukanie czterech małych stóp, wysokie dziecięce okrzyki, coś upadło w przedpokoju, zaraz potem rozległ się krzyk.
Wujku Sławku, masz cukierki?
Gdzie jest kot? Chcemy kota!
Fiu, co to tak pachnie? Nie dam się karmić!
Elżbieta stała przed lustrem, nakładając krem. Ręce drżały. Słyszała Zuzannę w przedpokoju, dającą szybkie polecenia:
Dobrze, przyjmiesz je o piątej. Jedzenie im zostawiłam, ale sprawdź, czy nie zjesz naleśników. I nie dawaj im dużo słodyczy, Paweł ma dietę. To wszystko, lecę, buziaki!
Drzwi zamknęły się z hukiem. Zuzanna zniknęła, zostawiając bałagan na progu.
Elżbieta wyszła z łazienki już ubrana dżinsy, sweter, lekki makijaż, torba przewieszona na ramię. W przedpokoju panował chaos. Bliźniacy, pięcioletni Paweł i Szymon, już wyciągnęli zawartość szafy na buty i próbowali włożyć jej kozaki na własne stopy. Sławko biegał wokół nich, nie wiedząc, co zrobić.
Elu, dokąd? zapytał, widząc żonę.
Mówiłam ci, spokojnie odpowiedziała, przeskakując przez porozrzucane buty. Mam plany. Lekarz, potem spacer, może film.
Co? oczy Sławka się powiększyły. A ja? A oni? Muszę do serwisu, wizyta o jedenastej! Nie mogę przenieść, kolejka dwa tygodnie!
To twoje problemy, kochanie odparła Elżbieta, chwytając płaszcz z wieszaka. I problemy twojej siostry. Wy już się umówiliście, rozwiążcie to sami. Wczoraj już powiedziałam nie.
Elu, nie możesz tak postąpić! w głosie męża zabrzmiała panika. Nie dam rady sam z nimi, a jeszcze auto naprawiać! Posiedź przynajmniej do obiadu!
Wujku Sławku, chcę pić! krzyknął jeden z chłopców, ciągnąc go za spodnie.
A Szymon mnie ugryzł! wydał drugi.
Elżbieta spojrzała na ten bałagan, na męża, który wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć, i poczuła niesamowitą lekkość. Litość, która zwykle trzymała ją przy stole, zniknęła.
Klucze do garażu na komodzie, jeżeli zdecydujesz się jechać z nimi rzuciła. W lodówce nic nie ma, nie gotowałam. Zamów pizzę. Będę późno.
Wyszła z mieszkania i zatrzasnęła drzwi, odcinając krzyki i jęki.
Na zewnątrz deszcz przestał padać, ukazało się blade, październikowe słońce. Elżbieta wzięła głęboki oddech wilgotnego powietrza. Czuła się jak przestępczyni uciekająca z kary. Telefon w torbie wibrował. Dzwoniła teściowa, Nina Iwanowa.
Elżbieta na chwilę się zawahała, potem wyciszyła telefon. Dziś żadnych rozmów.
Dzień upłynął niezwykle. Najpierw poszła do masażysty, który naprężył jej krzywą pleców. Potem usiadła w przytulnej kawiarni, wypiła cappuccino z grubą pianką i czytała książkę, nie przerywając się na gdzie moje skarpetki czy co będzie na kolację. Poświęciła popołudnie na lekką komedię w kinie i szczerze się roześmiała.
Wieczorem wróciła do domu po zmroku, około dziewiątej. Serce trochę się ściskało co tam zrobili? Czy rozbili mieszkanie na dobre?
W mieszkaniu panowała niepokojąca cisza. W przedpokoju wciąż leżały buty, na stole stała otwarta karton po pizzy i puste butelki po napojach. W salonie na kanapie, wśród porozrzucanych poduszek i zabawek, leżał Sławko. Telewizor grał bez dźwięku.
Elżbieta weszła do sypialni. Bliźniaków nie było. Najwyraźniej Zuzanna je zabrała.
Przebrała się w piżamę, zaparzyła sobie herbatę i usiadła przy kuchence. Włączyła telefon. Dwadzieścia nieodebranych od teściowej. Pięć od Zuzanny. Dziesięć od męża. I mnóstwo gniewnych wiadomości w komunikatorze.
Jesteś bezwstydna! pisała Nina Iwanowa. Zostawiłaś męża w takiej sytuacji! U Sławka podniosło się ciśnienie! Jak mogłaś tak zrobić rodzinie?
Dzięki za pomoc, siostro drwiła Zuzanna. Zostałam godzinę wcześniej, bo ty zrujnowałaś mój plan. Nie spodziewałam sięElżbieta wzięła głęboki oddech i postanowiła, iż od dzisiaj najważniejsze będzie dbanie o własny spokój i szczęście.










![Olsztyn po 34. Finale WOŚP. Pierwsze podsumowania i wciąż rosnące kwoty [ZDJĘCIA, WIDEO]](https://static.olsztyn.com.pl/static/articles_photos/45/45917/f0c847e10b1ab0fa779eeace66388991.jpg)

