Odmówiła opieki nad chorą matką męża i postawiła mu wybór
To wszystko wydarzyło się późną jesienią, gdy deszcz bębnił o szyby bez końca, w dzień i w nocy, a jego monotonne rytmy jakby na stałe wyżłobiły się w tej historii. Dotyczy ona moich sąsiadów, a zwłaszcza sąsiadki Grażyny. Kobieta po pięćdziesiątce, pracująca jako ekspedientka w całodobowym sklepie osiedlowym, zwykle wychodziła na nocne zmiany, kiedy cała Warszawa spała. Jej mąż, Janusz, inżynier w fabryce pod miastem, człowiek generalnie dobry, ale przyzwyczajony do tego, iż wszystko płynie wyznaczonym korytem codzienności. Tak było, póki nie przyszła nieszczęśliwa wiadomość o jego matce, Zofii.
Starsza pani, osiemdziesięciopięcioletnia, mieszkała sama w małym domu na Mazurach. Dopadł ją lekki udar, wystarczający jednak, by stało się jasne: sama już sobie nie poradzi. Janusz choćby się nie zastanawiał zabiera matkę do siebie. Jego siostra, Aldona, mieszkająca również w Warszawie, westchnęła tylko z ulgą: Dzięki, Jasiu, iż się nią zajmujesz. U nas kawalerka, a i mąż by tego nie zdzierżył.
Tak oto Zofia pojawiła się w ich mieszkaniu. I od tego momentu dawne życie Grażyny rozpadło się na kawałki.
Cały ciężar spadł na nią. Po nocnej zmianie, zamiast przespać dzień, musiała pielęgnować teściową: karmić, myć, zmieniać pampersy, wyprowadzać na deszczową jesienną ulicę w wózku. Janusz, wracając z pracy, zerkał tylko w przelocie: Co z mamą?. I znikał przed telewizorem w salonie.
Widziałem, jak szła nad ranem, wracając z pracy. Twarz miała kredowobiałą, pod oczami głębokie granatowe cienie. Szła powoli, bez sił. Raz pomogłem jej targać do klatki ciężkie torby z zakupami i paczki pieluch.
Dziękuję, panie Andrzeju wybełkotała bez życia.
Grażyno, to pani sama ledwo stoi. Trzeba by też siebie ratować.
Uśmiechnęła się krótko, gorzko. A kto to ma zrobić? Każdy ma swoje sprawy. Janusz zmęczony po pracy. Aldona ona tylko w święta wpada, żeby skrytykować i coś doradzić.
Próbowała rozmawiać z mężem, rzeczowo i spokojnie.
Janusz, ja już dłużej nie dam rady. Padnę. Zatrudnijmy opiekunkę, choćby na kilka godzin dziennie. Albo pomyślmy o porządnym domu opieki. Tam są profesjonaliści, mają sprzęt, wszystko.
Odpowiedź przyszła natychmiast jakby cios obuchem. Janusz patrzył na nią, jakby powiedziała, żeby matkę wyrzucić na ulicę.
Zwariowałaś?! Oddać własną matkę do domu starców?! choćby tego nie słucham! To przecież MAMA!
W jego głosie pobrzmiewał nie tyle wstyd, co paniczny strach przed tym, co powiedzą inni najbardziej chyba siostra Aldona.
Aldona, gdy tylko się dowiedziała, natychmiast zjawiła się wieczorem, by udzielić lekcji.
Grażyno, jak ci nie wstyd w ogóle myśleć o czymś takim?! Mama do przytułku! Rodzina ci tego nie zapomni! Egoistka, dla ciebie tylko wygoda się liczy!
Grażyna słuchała w milczeniu, patrząc w stół. Nie wdawała się w dyskusje. Co można powiedzieć komuś, kto wpada raz na dwa tygodnie, by dać buzi matce i rzucić: Oj, jakaś ty biedna?
Dźwigała wszystko dalej. Nocami praca, w dzień beznadziejna, wyczerpująca pielęgnacja. Janusz zdawał się nie dostrzegać jej wyczerpania. Widział tylko, iż mama jest umyta, nakarmiona tyle mu wystarczało. Był przekonany, iż tak po prostu musi być, iż taka jest rola kobiety.
Punkt kulminacyjny przyszedł nagle. Grażyna, próbując bez niczyjej pomocy przenieść Zofię z łóżka na wózek, poczuła w kręgosłupie palącą, przeszywającą ból. Nie upadła jakby bez sensu zsunęła się na podłogę, tuż obok łóżka teściowej. Zofia patrzyła na nią smutnym, nieprzytomnym spojrzeniem.
Janusz, kiedy wrócił, biegał roztrzęsiony po domu. Nie miał pojęcia, jak zmienić pieluchę, jak ugotować kaszkę, jak podać lekarstwo. Jego poukładany świat w jednej chwili obnażył całą swoją bezradność.
Lekarka w przychodni wydała wyrok: zerwany kręgosłup, absolutny odpoczynek, leżeć w łóżku minimum dwa tygodnie. Żadnego dźwigania, żadnych wysiłków.
Ale u mnie w domu jest chora teściowa jęknęła cicho Grażyna.
jeżeli się nie położysz, kolejnym przystankiem będzie sala operacyjna. A później może wózek inwalidzki powiedziała sucho lekarka.
W mieszkaniu zapanował chaos. Janusz z przerażoną twarzą starał się ogarniać matkę. Brud, zamęt, bezradność. Zadzwonił do siostry.
Aldona, tragedia! Grażyna leży! Trzeba mamę na jakiś czas do ciebie przenieść!
Z drugiej strony rurki zabrzmiał zmieszany głos:
Jasiu, przecież wiesz, iż się nie da. Kawalerka, mąż i ja nie potrafię z leżącymi. To ogromny wysiłek Ty dasz radę, nie mam wątpliwości.
Janusz rozłączył się i usiadł przy kuchennym stole z głową w dłoniach. Pierwszy raz zobaczył wszystko nie jako kłopot, ale jako najprawdziwszą katastrofę, której centrum stanowili: jego wycieńczona żona i bezradna matka.
Grażyna leżała w swoim pokoju. Choć ból świdrował kręgosłup, myśli się rozjaśniły. Przez drzwi słyszała roztrzęsione kroki męża i ciche mamrotanie Zofii. Kiedy Janusz, jakby starszy o dekadę, wszedł z miską rosołu, spojrzała na niego spokojnie. W oczach nie miała pretensji ni złości, tylko przejmującą stanowczość.
Janusz powiedziała cicho, ale wyraźnie. Nie będę już opiekować się twoją matką. Ani jutro, ani za dwa tygodnie. Nigdy.
Otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale uniosła dłoń, uciszając go.
Słuchaj i zapamiętaj. Są dwie opcje. Pierwsza: razem szukamy i opłacamy profesjonalną pomoc. Czy to opiekunka z zamieszkaniem, czy dobry dom opieki. Wszystko oglądamy, wybieramy, załatwiamy razem.
A druga? wychrypiał Janusz.
Druga: składam wniosek o rozwód i się wyprowadzam. Ty zostajesz tu z matką i tą swoją serdeczną siostrą. Decyduj.
Odchyliła głowę na poduszki i zamknęła oczy. Powiedziała już wszystko.
Janusz wyszedł. Długo siedział w ciemnej kuchni, rozmyślając. Przed oczami miał ostatnie miesiące: wymizerowaną twarz żony, jej cichą rezygnację, własny lęk przed konfrontacją i puste obietnice siostry. Chodził po tej małej przestrzeni chaosu, w którą zamienił się jego dotąd uporządkowany świat. Podjął decyzję nie między matką a żoną, ale między iluzją spokoju a ratunkiem dla wszystkich trojga.
Następnego ranka przyszedł do Grażyny.
Będziemy szukać domu opieki powiedział prosto. Dobrego. I opiekunki na początek, zanim znajdziemy miejsce. Dogadałem się w pracy, biorę urlop. Sam się wszystkim zajmę.
Grażyna kiwnęła głową. Nic nie odpowiedziała.
Dziś Zofia mieszka w prywatnym domu opieki pod Warszawą. Ma czysty pokój, całodobową opiekę, lekarzy. Janusz i Grażyna odwiedzają ją każdą niedzielę. Przynoszą jej domowe ciastka, siadają razem, rozmawiają. Widzisz, iż jest spokojna. Najważniejsze widzą w sobie znów męża i żonę, nie niewolników i strażników.
Kiedyś, gdy spotkałem Grażynę pod blokiem, zapytałem:
I co, Grażyno, życie się prostuje?
Uśmiechnęła się z lekkością, której dawno już u niej nie gościła.
Prostuje się, panie Andrzeju. W końcu zrozumiałam jedno: czasem najbardziej ludzkie jest nie poświęcać się aż do końca, tylko znaleźć rozwiązanie, które udźwigną wszyscy. I mieć odwagę się przy nim upierać.
W tych jej słowach było sedno tej historii. Prawo do własnego życia to nie egoizm. To fundament, bez którego każde poświęcenie staje się jałowe i niszczące.







