Zostaw mnie w spokoju! Nie obiecałem ci małżeństwa! A tak w ogóle nie wiem, czyje to dziecko!
A może wcale nie moje? mruknął Wiktor, gdy walcował jak zjawa po podłodze, a Walentyna drżała w osłupieniu.
Walentyna nie mogła uwierzyć własnym uszom ani oczom. Czy to naprawdę ten Wiktor, który kochał ją i nosił na ramionach? Czy to może nieco roztrzepany Witrek, który nazywał ją Walusia i obiecywał niebiańską manę? Przed nią stał lekko zdezorientowany, a więc i wkurzony, obcy mężczyzna. Walusia płakała tydzień, machając na pożegnanie ręką.
Kiedy latko upłynęło, a jej trzynaście lat zamieniło się w pięćdziesiąt, poczuła, iż jej niepozorność już nie da szansy na kobiece szczęście. Postanowiła więc urodzić.
Walentka w wyznaczonym terminie wydała na świat krzyczące dziecko, które nazwała Klementyną. Dziewczynka rosła spokojna, bezproblemowa, nie sprawiając matce żadnych kłopotów, jakby wiedziała: krzycz lub nie, nic nie zmieni się.
Walentka traktowała córkę przyzwoicie, ale widać było, iż prawdziwej, matczynej miłości w jej sercu nie było. Karmiła, ubierała, kupowała zabawki, ale nie przytulała, nie tuliła, nie wyprowadzała jej na spacery. Takie gesty po prostu nie istniały.
Mała Klementyna wyciągała ręce w stronę matki, ale Walentka odpychała ją: jestem zajęta, mam za dużo spraw, jestem zmęczona, boli mnie głowa. Instynkt opiekuńczy zdawał się u niej nie rozbudzić.
W wieku siedmiu lat wydarzyło się coś nieoczekiwanego Walentka poznała mężczyznę. Zabrała go do swojego domu! Cała wioska szepnęła: Jaka to lekkomyślna babka!. Mężczyzna był niepoważny, niepochodzący z okolicy, nie miał stałej roboty, żył jakby w chmurach może choćby oszust. Co za sprawy!
Walentka pracowała w miejscowym sklepie, a on przybierał się do rozładowywania wózków z towarami. Na tej praktycznej bazie ich romans rozkwitł. Niedługo przyprowadził go pod swój dach i ogłosiła narzeczonym. Sąsiedzi potępiali ją: Przyniosła nieznajomego do domu! Głosili, iż mała Klementyna potrzebuje ojca, a chłopak milczy jak grób na pewno coś ukrywa.
Walentka nie słuchała plotek. Czuła, iż to jej jedyna szansa na kobiece szczęście. niedługo zdanie sąsiadów zmieniło się mężczyzna, choć niegadatliwy, okazał się rącznym majsterkowiczem. Dom Walentyny, zrujnowany i pełen potrzeb napraw, odżył pod ręką Iwana tak zwano tego nowo przybyłego.
Najpierw naprawił ganek, potem załatał dach, podniósł przewrócony płot. Każdego dnia coś wznawiał, a ludzie przychodzili po pomoc. Iwan głosił:
jeżeli jesteś stary lub bardzo biedny, pomogę. jeżeli nie, zapłać złotówki albo przynieś jedzenie.
Jedni płacili gotówką, inni puszkami, mięsem, jajkami, mlekiem. Walentka nie miała zwierząt, więc bez Iwana nie mogła sobie pozwolić na częste przyjemności rzadko podawała Klementynie śmietankę czy mleko. Teraz w lodówce pojawiły się świeże śmietany, domowe mleko i masło. Ręce Iwana były jak złoto szewc, żniwiarz i grajek na dudach mawiali ludzie.
Walentka, nigdy nie uważana za piękność, rozbłysła przy jego boku, stała się łagodniejsza, miękka, a Klementyna zyskała dołeczki przy policzkach. Dziewczynka poszła do szkoły.
Pewnego dnia siedziała na werandzie i obserwowała Iwana przy pracy. Potem ruszyła do sąsiadki. Wracając wieczorem, otworzyła furtkę i zatrzymała się w miejscu pośrodku podwórka stały… huśtawki! Delikatnie kołysały się pod powiewem wiatru, jakby wzywały ją.
To dla mnie?! Dziadku Iwan! Czy Ty to zrobiłeś? Huśtawki?! nie mogła uwierzyć Klementyna.
Oczywiście, Klementyno! Przyjmij tę pracę! roześmiał się nieco nieśmiały Iwan.
Klementyna usiadła i bujała się mocno, wiatr świstał w uszach, a na świecie nie było szczęśliwszej dziewczynki. Walentka wstawała wcześnie do pracy, więc Iwan przejął gotowanie przygotowywał śniadania, obiady, wypiekał ciasta i zapiekanki. Nauczył Klementynę sztuki kuchni i nakrywania stołu. Jego ciche ręce skrywały wiele talentów.
Gdy nadeszła zima i dni stały się krótkie, Iwan odprowadzał Klementynę ze szkoły, nosząc jej tornister i opowiadając historie ze swojego życia o trudnej opiece nad ciężko chorą matką, o sprzedaży mieszkania, by pomóc jej, o bracie, który wygnany został ze wspólnego domu podstępnym oszustwem. Pokazywał jej, jak ludzie bliscy potrafią być podstępni.
Uczył ją łowienia ryb. Latem, o świcie, razem siadali nad rzeką i czekali na branie. Dzięki temu Klementyna nabyła cierpliwość. Niedługo Iwan kupił jej pierwszy dziecięcy rower i uczył jazdy, smarując kolana maścią, gdy upadała.
Iwan, rozbijesz dziewczynkę! jęczała matka.
Nie rozbiję. Musi się uczyć upadać i wstawać. odparł stanowczo.
Na Nowy Rok Iwan podarował jej prawdziwe łyżwy. Wieczorem cała rodzina zasiadła przy świątecznym stole, który Iwan udekorował razem z Klementyną. Gdy wybili się dzwony, krzyczeli, śmiali się, stukali kieliszki. Rano Walentka i Iwan obudzili się od krzyku Klementyny:
Łyżwy! Hurra!!! Mam prawdziwe łyżwy! Białe i nowe! Dziękuję, dziękuję!!!
Dziewczynka przytulała je do serca, a po policzkach spływały łzy radości. Potem Iwan i Klementyna poszli na zamarzniętą rzekę, Iwan zamiatał śnieg z lodu, a ona mu pomagała. Uczył ją jeździć, trzymał ją za rękę, aż w końcu stała mocno na nogach i nie upadała. Gdy po raz pierwszy przejechała bez upadku, krzyczała z zachwytu.
Na odchodzącym z rzeki brzegu rzuciła się na szyję Iwana:
Dziękuję Ci za wszystko! Dziękuję, tato
Iwan łzy euforii ocierał po rękach, ukrywając je przed wzrokiem Klementyny, ale łzy zamarzały w drobne kryształki w mroźnym powietrzu.
Klementyna dorosła, pojechała na studia do miasta, napotkała wiele trudności jak każdy. Iwan był przy niej zawsze. Towarzyszył jej na wieńcu, woził torby z jedzeniem, by jej nie brakowało. Towarzyszył, gdy wstępowała na ołtarz. Stał przy oknach szpitala, czekając na nowiny, pielęgnował wnuki i kochał ich tak, jak niektórzy rodzice potrafią.
Pewnego dnia, przy pożegnaniu, Klementyna, trzymając w dłoni garść ziemi, westchnęła głęboko:
Żegnam, tato Byłeś najwspanialszym ojcem na świecie. Na zawsze będę Cię pamiętać
Iwan pozostał w jej sercu na wieki nie jako wujek, nie jako ojczym, ale jako OJCIE. Bo ojciec nie zawsze jest tym, kto nas zrodził, ale tym, kto nas wychował, podzielił ból i radość, kto był przy nas w każdej chwili.










