Talerze z zimną kolacją wciąż stały na stole. Patrzyłem na nie, nie widząc ich naprawdę. Za to doskonale widziałem cyfry na zegarze, które śmiesznie powoli przesuwały się naprzód. 22:47.
Łukasz obiecał, iż będzie o dziewiątej. Jak zwykle…
Telefon milczał.
Nie czułem już złości.
Wszystko, co jeszcze zostało żywego we mnie, wypaliło się dawno, zostawiając po sobie tylko chłodne zmęczenie.
Około wpół do dwunastej klucz skrzypnął w zamku.
Nawet nie odwróciłem głowy. Siedziałem na kanapie, owinięty kocem, patrząc w jeden punkt.
Cześć, kochanie. Przepraszam, utknąłem w pracy w zmęczonym głosie zabrzmiała sztuczna, dźwięczna nutka, która zawsze pojawiała się, gdy Łukasz kłamał.
Podszedł, próbował pocałować mnie w policzek. Odwróciłem się odruchowo. Ledwie zauważalnie, ale on to poczuł.
Coś nie tak? zapytał, odwieszając szalik.
Pamiętasz, co dziś za dzień? mój głos był cichy, bez życia.
Na chwilę zamarł, próbując sobie przypomnieć.
Środa. A czemu pytasz?
Dziś urodziny mojej mamy. Mieliśmy do niej pojechać z ciastem. Obiecałeś.
Twarz Łukasza natychmiast się zmieniła. Uśmiech zniknął, ustępując miejsca poczuciu winy i paniki.
O Boże, Marto, zupełnie zapomniałem. Przepraszam cię, ta praca… miałem totalny zawrót głowy. Zadzwonię do niej jutro na pewno.
Poszedł do kuchni. Słyszałem, jak szpera przy lodówce, jak brzęczą naczynia. Zawsze w ten sposób ratował się przed trudnymi pytaniami szum naczyń pozwalał się schować.
Ale dzisiaj nie miałem zamiaru go oszczędzać. Wstałem i podszedłem do drzwi kuchni.
Łukasz, z kim dziś siedziałeś do jedenastej w pracy?
Odwrócił się. Ręka z kartonem mleka lekko mu zadrżała:
Z zespołem. Ruszamy z nowym projektem. Terminy gonią, przecież wiesz, jak bywa.
Wiem kiwnąłem głową. I wiem też, iż o trzeciej po południu rozmawiałeś przez telefon: Anka, wszystko rozumiem, ale muszę to naprawić.
Anka. Anna. Jego była żona. Duch, który mieszkał z nami przez te trzy lata. Duch, po którym czuć było chłód niewypowiedzianych żalów.
Łukasz pobladł.
Podsłuchiwałeś?
Nie musiałem podsłuchiwać. Tak głośno mówiłeś w łazience, iż doskonale wszystko słyszałem.
Odstawił mleko na blat i z ciężkim westchnieniem usiadł na krześle.
To nie tak, jak myślisz.
A jak mam myśleć? tym razem w moim głosie pojawiły się jakieś emocje. Że od pół roku chodzisz jak na szpilkach? Wieczorami przepadasz? Patrzysz na mnie, jakbyś mnie nie widział! Próbujesz ją odzyskać? Powiedz wprost. Wytrzymam.
Łukasz spuścił głowę, wpatrzony w swoje dłonie. Silne, sprawne dłonie, które potrafiły naprawić każdy sprzęt, ale nigdy nie nauczyły się budować szczęścia.
Nie zamierzam do niej wracać powiedział cicho.
To co? przez cały czas z nią sypiasz?
Nie! w jego oczach było tyle szczerości i rozpaczy, iż na chwilę zwątpiłem w swoje zarzuty. Marta, przysięgam, niczego takiego nie robię.
To co?! Co tam naprawiasz?! prawie już krzyczałem. Spłacasz jej długi? Rozwiązujesz jej problemy? Żyjesz jej życiem, zamiast być tu, ze mną?
Milczał.
Słowa, które długo tkwiły we mnie, w końcu wylały się lawiną.
Odejdź, Łukasz. Idź do niej, skoro tak ci na niej zależy. Albo do kogo chcesz. Naprawiaj swoje błędy. Tylko zostaw mnie w spokoju. Nie mam już siły. Nie chcę.
Chciałem wyjść, ale Łukasz zerwał się i zagrodził mi drogę:
Nie mam dokąd iść! Nie ma żadnej Anki! Ani nowej, ani starej! Ja sam nie rozumiem, co się dzieje! Po prostu chcę to wszystko naprawić!
Odwrócił się, przełykając ślinę.
Nie mów zagadkami wyszeptałem z trudem.
Ty pytasz, co ja naprawiam? nie wytrzymał Łukasz Siebie naprawiam! A raczej próbuję. I nie potrafię. Rozumiesz? Ty nie jesteś jak ona. Jesteś bardziej cierpliwa, ciepła, wierzyłaś we mnie wtedy, gdy choćby ja w siebie nie wierzyłem. Z tobą wszystko powinno się udać. I mnie powinno się udać nowemu, lepszemu. Ale nie wychodzi! Znów wszystko psuję: zapominam o urodzinach, znikam w pracy, milczę, chociaż wiem, iż na mnie czekasz. Patrzę ci w oczy i widzę, jak gaśnie w nich światło. Tak samo, jak kiedyś w jej oczach.
Milczałem.
Nie chcę szukać innej mówił dalej cicho Łukasz boję się, iż znów popełnię te same błędy. Znów zranię kogoś, doprowadzę do łez albo do nienawiści. Nie umiem być mężem. Nie potrafię być razem dzień po dniu. Bez dramatów i kłótni. Wszystko niszczę wokół siebie. Dlatego nie żyję naprawdę, tylko jakbym chodził po linie, bojąc się upadku. A ty ty przy mnie też już nie żyjesz
Łukasz spojrzał na mnie. Jego wzrok był tym razem zgubiony, ale szczery:
Więc problem nie leży w tobie. Ani w Ance. Problem jest we mnie
Słuchając tego potoku słów zrozumiałem wreszcie: Łukasz mnie nie zdradził z inną kobietą. Zdradził mnie ze swoim własnym lękiem. Nie jest złym człowiekiem, po prostu zagubił się i nie wie, jak żyć dalej.
I co teraz, Łukasz? zapytałem, bez cienia pretensji. Skoro już to wiesz, co dalej?
Nie wiem przyznał szczerze.
To poukładaj się ze sobą powiedziałem w końcu. Idź do psychologa, zaczytaj się w książkach, uderz głową w ścianę, rób, co trzeba. Ale przestań szukać magicznego guzika, który wszystko naprawi. Taki guzik nie istnieje. Jest tylko praca. Nad sobą. Idź i ją wykonaj. Sam.
Beze mnie.
Wyszedłem z kuchni, przeszedłem przez przedpokój i założyłem płaszcz.
***
Zamknęły się drzwi. Łukasz został sam w ciszy, którą przerywał jedynie stuk deszczu za oknem. Podszedł do szyby, zobaczył, jak mój cień znika w mokrym mroku i poczuł nagle niewyobrażalny ciężar. Ciężar tego, co przy nim zostało.
Jego porażka przestała być widmem. Była tu w pustym mieszkaniu, w ostygłej kolacji, w jego własnych dłoniach, które nie potrafiły utrzymać niczego ważnego.
Zamiast biec za mną, wyciągnął butelkę żubrówki.
***
Patrząc przez okno na smugi deszczu, pomyślałem: Czasem, żeby naprawić swoje życie, trzeba najpierw przeżyć, jak wszystko się rozsypuje. Tylko wtedy wiadomo, z czego naprawdę jest się zbudowanym. I najważniejsze nie bać się rozpocząć walki ze sobą. Bez wymówek, bez liczenia na cud, po prostu od dziś.











