Talerze z wystygłą kolacją wciąż stały na stole. Zuzanna patrzyła na nie i adekwatnie ich nie widziała. Za to świetnie widziała cyferki na zegarze, które przesuwały się powoli, jakby drwiąc z niej. 22:47.
Kuba obiecał być na dziewiątą. Jak zawsze
Telefon milczał.
Zuzanna choćby już się nie złościła.
Wszystko, co w niej żyło, dawno się wypaliło, zostawiając po sobie tylko lodowate zmęczenie.
Około wpół do dwunastej w zamku zazgrzytał klucz.
Zuzanna choćby nie odwróciła głowy. Siedziała na kanapie, zawinięta w koc i patrzyła w jeden punkt.
Cześć, kochanie. Przepraszam, utknąłem w pracy w głosie Kuby pobrzmiewały sztucznie entuzjastyczne nuty, które rezerwował wyłącznie na okoliczności kłamstwa.
Pochylił się, by pocałować ją w policzek. Zuzanna odsunęła się odruchowo. Nieznacznie, ale zauważył.
Coś się stało? spytał, ściągając szalik.
Pamiętasz, jaki jest dziś dzień? jej głos był cichy i bez życia.
Zamarł na moment, próbując sobie przypomnieć.
Środa. A co?
Dziś są imieniny mojej mamy. Mieliśmy jechać z tortem. Obiecałeś.
Twarz Kuby zmieniła się natychmiast. Uśmiech zniknął, zastąpiony wyrazem winy i paniki.
O rany, Zuza, zupełnie zapomniałem. Przepraszam, naprawdę. W pracy mam taki młyn Na pewno zadzwonię do twojej mamy jutro.
Ruszył do kuchni. Zuzanna słyszała, jak Kuba buszuje przy lodówce, jak brzęczą talerze. Zawsze tak robił uciekał w krzątaninę filiżanek i widelców, bo wtedy łatwiej schować się przed pytaniami bez odpowiedzi.
Ale dziś nie zamierzała mu odpuszczać. Wstała, podeszła do drzwi kuchni.
Kuba, z kim tak siedziałeś w pracy do prawie jedenastej wieczorem?
Odwrócił się. Ręka z kartonem mleka zadrżała:
Z zespołem! Startujemy nowy projekt. Terminy cisną. Wiesz, jak to bywa.
Wiem skinęła głową. Wiem też, iż o trzeciej dzwoniłeś i mówiłeś: Agata, rozumiem, ale muszę to załatwić.
Agata. Jego była żona. Duch, który mieszkał z nimi przez trzy lata. Duch, od którego na kilometr czuć było chłodem niedopowiedzeń i żalów.
Kuba pobladł.
Podsłuchiwałaś?
Nie musiałam. Krzyczałeś w łazience przez telefon, myślałam, iż prowadzisz audycję na żywo.
Postawił mleko na stole i ciężko opadł na krzesło.
To nie to, o czym myślisz.
A o czym powinnam myśleć? wreszcie w jej głosie pojawił się cień emocji. Że od pół roku chodzisz na palcach? Że giniesz wieczorami? Że patrzysz na mnie, jakbyś mnie nie widział? Chcesz do niej wrócić? Mów prosto: zniosę.
Opuszczając głowę, Kuba patrzył na swoje dłonie. Silne, zręczne dłonie, które potrafiły skręcić każdy mebel z IKEI, ale życie okiełznać nie potrafiły.
Nie zamierzam do niej wracać powiedział cicho.
To co? Śpisz z nią znowu?
Nie! w jego oczach było tyle rozpaczy i szczerości, iż Zuzanna przez moment zwątpiła w swoje oskarżenia. Zuza, przysięgam, nic z tych rzeczy.
To co? Co tam naprawiasz? prawie krzyczała. Płacisz jej długi? Rozwiązujesz jej problemy? Żyjesz jej życiem zamiast ze mną?
Kuba milczał.
Słowa, które Zuzanna tłumiła od miesięcy, wypłynęły falą.
Idź, Kuba. Idź do niej, skoro jej tak potrzebujesz. Albo do kogo jeszcze chcesz. Naprawiaj sobie życie. Tylko zostaw mnie w spokoju. Nie dam rady tak dłużej. I nie chcę.
Chciała wyjść, ale Kuba zerwał się i zagrodził jej drogę:
Nie mam dokąd iść! Nie ma żadnej Agaty! Nowej, starej żadnej! Ja sam nie wiem, co się dzieje. Po prostu chcę coś naprawić!
Odwrócił się, przełykając ślinę.
Nie mów zagadkami wyszeptała.
Pytasz, co naprawiam? nie wytrzymał Siebie naprawiam! A raczej próbuję. I nie wychodzi! Rozumiesz? Ty nie jesteś nią, jesteś cierpliwsza, lepsza, uwierzyłaś we mnie, kiedy sam w siebie nie wierzyłem. Powinno się udać. Ja powinienem być inny nowy, lepszy. Ale nic mi nie wychodzi! Znów zapominam o imieninach, zostaję w pracy, choć wiem, iż czekasz. Znowu milczę. Patrzę w twoje oczy i widzę, jak gaśnie światło. Tak jak kiedyś w jej oczach.
Zuzanna milczała.
Nie chcę szukać innej mówił cicho Kuba boję się, iż znowu będzie to samo. Znowu coś przeoczę. Znowu doprowadzę ją do łez. Do rozpaczy albo do wściekłości. Nie umiem być mężem. Nie umiem żyć we dwoje Dzień po dniu. Bez dram, bez kłótni. Wszystko niszczę wokół siebie. Dlatego nie żyję, tylko jakbym spacerował po linie i ciągle bał się, iż spadnę. A ty Ty też, jakbyś była nieżywa obok mnie
Popatrzył na Zuzannę. Jego wzrok był zagubiony, ale szczery:
Więc problem nie tkwi w tobie. Ani w Agacie. Problem jest we mnie
Zuzanna wysłuchała tego chaotycznego wyznania i nagle dotarło do niej jasno: Kuba jej nie zdradził z inną kobietą. Zdradził ją ze swoim strachem. To nie potwór to człowiek, który się zgubił i nie ma pojęcia, jak iść dalej.
I co teraz, Kuba? spytała bez cienia wyrzutu. Uświadomiłeś to sobie. No i?
Nie wiem odpowiedział szczerze.
To najpierw ogarnij sam siebie wyrzuciła z siebie Zuzanna. Idź do psychologa, zakop się w książkach, puknij się w ten pusty łeb rób coś. Tylko przestań kręcić się w kółko i polować na magiczny przycisk, który naprawi stare błędy. Nie ma takiego przycisku. Jest tylko praca. Nad sobą. Idź i odrób ją. Sam.
Beze mnie.
Wyszła z kuchni, minęła go w przedpokoju, ubrała płaszcz.
***
Drzwi zamknęły się cicho. Kuba został sam, w ciszy, którą co jakiś czas przerywał stukot deszczu o parapet. Podszedł do okna, zobaczył sylwetkę Zuzanny ginącą w mokrym mroku i nagle poczuł ogromny ciężar. Ciężar tego, co z nim zostało.
Jego upadek przestał być tylko niewyraźnym cieniem był już tutaj, w pustym mieszkaniu, w zimnej kolacji, w jego dłoniach, które nie potrafiły niczego utrzymać.
A zamiast biec za Zuzanną, wyjął z szafki butelkę starej ŻubrówkiPrzez chwilę stał tak, wsłuchując się w głuchą pustkę, zdezorientowany jak dziecko, któremu odebrano ulubioną zabawkę. Miał ochotę pobiec za Zuzanną, krzyczeć, tłumaczyć się raz jeszcze, ale każdy mięsień zdrętwiał mu z bezwładu i lęku. Spojrzał na rozstawione talerze, na porcję ciasta dla kogoś, kto nie zjawił się na święcie matki. Po raz pierwszy dopuścił do siebie tę prostą prawdę coś się skończyło.
Podszedł do stołu, powoli sprzątnął zimną kolację. Ruch po ruchu, bez pośpiechu, czuł jak przez palce przecieka całe dotychczasowe życie. Wreszcie umył ostatni talerz, schował go do szafki i na chwilę zatrzymał dłonie na kuchennym blacie. Oddech się uspokoił.
Kuba spojrzał na swoje odbicie w szybie. Obcy facet w poplamionej koszuli patrzył na niego twardo, bez uśmiechu. Wziął wdech głęboki, jakby spodziewał się, iż w płucach znajdzie odpowiedź. Wreszcie pozwolił łzom popłynąć. Bez wstydu, bez tłumaczeń.
A potem sięgnął po telefon. Wybrał numer psychologa, którego wizytówkę już dawno włożył do portfela, na wszelki wypadek. Usłyszał sygnał, wstrzymał oddech. Po drugiej stronie odezwał się spokojny głos:
Dzień dobry. Co mogę dla pana zrobić?
Kuba przymknął oczy.
Chciałbym wreszcie zacząć cokolwiek naprawiać.
I w tej zwyczajnej ciszy, między jednym słowem a drugim, pierwszy raz od miesięcy poczuł, iż może jeszcze zasłuży na przebaczenie najpierw swoje, potem jej. Że kiedyś, po deszczu, otworzy się okno i znowu poczuje cieplejszy powiew.
A dziś spróbuje po prostu przetrwać ten wieczór, naprawdę sam.













