Nie oddałam jej mieszkania, choć obiecałam
Wrocław, listopad. Mokry śnieg pada od rana, lepi się do szyby samochodu. Zuzanna Nowicka, lat osiemdziesiąt dwa, stoi przy oknie na trzecim piętrze przy ulicy Dębowej i patrzy, jak jej wnuczka znów przyjechała pod blok.
Nie wysiada. Siedzi w srebrnym oplu i coś pisze w telefonie. Przyjechała, żeby coś załatwić. Ale jeszcze nie wie, iż ten przyjazd będzie ostatni.
Zuzanna mieszka sama od dziesięciu lat. Córka zginęła w wypadku pod Poznaniem, zięć nie przyjeżdża, bo wódka i długi. Wnuczka — Karolina — ma teraz męża, mieszkanie na Krzykach i żal, iż babcia nie umiera. Bo babcia ma mieszkanie. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, balkon. Na Dębowej, więc do rynku kwadrans. Warte teraz ponad pół miliona.
Karolina czekała, aż się starość skończy. A jak się nie kończyła, to zaczęła przyjeżdżać częściej. Zawsze z torbą. W torbie zupa „u mnie zostało”, ser, chleb. Wychodziła po godzinie, a Zuzanna potem długo wycierała szuflady, bo wnuczka wszystkie otwierała.
Rok temu przyjechała z mężem, żeby „się naradzić”.
— Babciu, my musimy się tobą zająć — powiedziała. — Ty się tu męczysz, schodów nikt nie naprawi, a my mamy pokój gościnny.
Zuzanna nalała herbaty. Znała ten ton. Tak jej brat mówił w siedemdziesiątym dziewiątym, zanim wyjechał do Szwajcarii i zostawił matkę.
— Sprzedasz mieszkanie — ciągnęła Karolina — kupimy większe, razem zamieszkamy. Przepiszesz na mnie, żeby było prościej, a ja zaopiekuję się tobą. No, babciu. Nie chcesz żyć z nami?
— Nie chcę — odpowiedziała Zuzanna. — Ale dziękuję za troskę.
Karolina wyszła wtedy bez słowa. Trzy miesiące nie dzwoniła. Potem zjawiła się z chusteczkami nawilżanymi do okularów i z prośbą o pożyczkę. „Babciu, Zbyszek stracił pracę, ja na pół etatu, rata za auto. Pomóż”. Zuzanna wypłaciła z lokaty czterdzieści osiem tysięcy i przelała na konto Karoliny — z dopiskiem „pożyczka, zwrot do końca roku”. Karolina obiecała podpisać pokwitowanie „jak następnym razem wpadnie”. Nie wpadła.
Teraz stoi pod blokiem.
Schody są śliskie. Zuzanna schodzi powoli, trzymając się poręczy. Otwiera drzwi wejściowe, a Karolina już tam jest. Pachnie perfumami i mokrą kurtką.
— Babciu… — zaczyna.
— Wejdź — mówi Zuzanna.
W przedpokoju ciasno. Karolina zdejmuje buty, stuka obcasem o wycieraczkę. Wchodzi do kuchni, siada. Zuzanna widzi, iż wnuczka zerka na piec, na parapet, na dokumenty leżące na wierzchu.
— Wiem, iż jesteś na mnie zła — Karolina zaczyna swój wyuczony wstęp. — Ale wiesz, iż ja chcę dobrze. Zbyszek ma teraz kłopoty. Poważne. Wziął pożyczkę u kolegi, a ten kolega pracuje dla ludzi, którzy nie czekają. Jak nie oddamy do piętnastego, to będzie naprawdę źle.
Zuzanna wyjmuje z kredensu herbatniki. Te same, co kupiła tydzień temu. Trzyma się prosto. Bolą ją kolana, ale nie siada — siedzi wnuczka, a babcia stoi. Tak już jest od lat.
— Ile? — pyta Zuzanna.
Karolina podnosi głowę. Wierzy, iż się udało.
— Trzysta dwadzieścia tysięcy.
Zuzanna nalewa wrzątku do czajniczka. Para osiada na szybie.
— Dobrze — mówi. — Pomogę wam. Ale najpierw pojedziemy do notariusza. Zapiszę ci mieszkanie na dożywocie. Ty się mną zaopiekujesz, a po mojej śmierci mieszkanie będzie twoje. Do tego czasu przez cały czas mieszkam u siebie i nikt nic z tym mieszkaniem nie robi beze mnie.
Karolina zamiera, potem kiwa głową szybko, jakby się bała, iż babcia zmieni zdanie, jeżeli będzie się zastanawiać za długo.
— Babciu, dobrze, jasne, jak chcesz.
Ściska babkę za obie ręce — dłonie ma zimne od telefonu, który trzymała pod blokiem.
— Ja ci to wynagrodzę! Zbyszek się odwdzięczy!
Zuzanna się nie odzywa. Jadą do notariusza przy Grabiszyńskiej, bo tam przyjmują bez kolejki. Karolina bierze babkę pod ramię przy wysokim krawężniku. Głos ma cienki, radosny.
Notariusz tłumaczy dokładnie: umowa dożywocia. Zuzanna zostaje dożywotnią użytkowniczką mieszkania — może w nim mieszkać do końca życia, nikt nie ma prawa jej z niego usunąć ani nim rozporządzać. Własność przechodzi na Karolinę dopiero po śmierci babki, a do tego czasu Karolina nie może mieszkania sprzedać, obciążyć kredytem ani wziąć pod niego pożyczki — bo wciąż figuruje na nim dożywotnie prawo Zuzanny. O żadnych trzystu dwudziestu tysiącach w akcie nie ma ani słowa — to nie jest przedmiotem tej umowy.
Karolina nie dopytuje o szczegóły. Słyszy „mieszkanie twoje” i tyle jej wystarcza. Podpisuje. Notariusz podnosi pieczęć.
Wieczorem tego samego dnia Karolina dzwoni:
— Babciu, to kiedy z tym przelewem? Zbyszkowi jutro mija termin, mówiłaś, iż pomożesz.
Zuzanna słucha, nie przerywa. Potem kładzie słuchawkę delikatnie, jakby odkładała łyżeczkę po syropie.
— Powiedziałam, iż zapiszę ci mieszkanie. I zapisałam, dziś, u notariusza, masz to czarno na białym. O pieniądzach nie było mowy w żadnym papierze. Nie mam trzystu dwudziestu tysięcy w szufladzie, Karolino.
W tle słychać Zbyszka, który krzyczy coś do drugiego telefonu. Karolina krztusi się słowami, potem krzyczy sama. Zuzanna odsuwa słuchawkę od ucha i patrzy przez okno na Dębową. Może ktoś powie, iż to podstęp. A ona tylko pamięta rok dwa tysiące trzeci, jak Karolina miała jedenaście lat i ukradła babci portfel, bo chciała „pożyczyć na basen”. Już wtedy nic nie oddawała.
Zbyszek przyjeżdża wieczorem sam. Stoi w drzwiach, pachnie papierosami i tanim żelem do wnętrza samochodu. Mówi, iż to „nie po ludzku”, iż teściowa nie może pozwolić, żeby go „rozliczyli w lesie”.
— Niech pan idzie do domu — mówi Zuzanna. — Mieszkanie kiedyś będzie Karoliny, powiedziałam prawdę. A pana długi to pana sprawa, nie moja. Niech pan spłaca po trochu albo idzie na policję, jeżeli grożą.
Zbyszek trzaska drzwiami samochodu, odjeżdża z piskiem opon. Później Zuzanna dowie się od sąsiadki, która zna kogoś z komornika, iż sprawę z pożyczkodawcą Zbyszek jakoś załatwił — sprzedał auto i wziął dodatkową zmianę w magazynie. Nic więcej jej to nie obchodzi.
Mija tydzień. Karolina pisze smsy coraz krótsze. Najpierw czułe. Potem roszczeniowe. Potem jedno: „Wiesz co zrobiłaś. Już nigdy do ciebie nie przyjdę. Zdechnij tam sama”.
Zuzanna czyta przy kuchennym stole. Ma nowy kalendarz z zielonymi okładkami. W grudniu płaci rachunki osobiście w każdym okienku.
Co do czterdziestu ośmiu tysięcy sprzed roku — nigdy nie wróciły i Zuzanna przestaje o nich myśleć jako o czymś, co jeszcze może odzyskać. Wypisuje tę kwotę w zeszycie, w którym prowadzi swoje sprawy, jednym słowem: „stracone”. Zamyka zeszyt.
Po Nowym Roku siada w autobus linii 145 i jedzie na Krzyki. Pieszo do bloku Karoliny. Winda działa, to nowe osiedle. Na trzecim piętrze wisi wycieraczka z napisem „Bienvenue”. Zuzanna dzwoni dwa razy. Karolina otwiera w piżamie, z włosami związanymi gumką z folii aluminiowej — farbuje się. Przez moment nie może wydobyć słowa.
— Ty? Po coś przyjechała?
Zuzanna podaje jej małą reklamówkę z logo apteki. W środku jest słoik miodu z gospodarstwa koło Kłodzka i książeczka do nabożeństwa, którą Karolina dostała na komunię w 1996 roku.
— Przechowałam ci to — mówi Zuzanna. — Robię porządki. A to, co twoje, oddaję. Nie chcę, żebyś po mnie pamiętała to, co niepotrzebne.
Karolina bierze torbę machinalnie. Stoi w progu. Zuzanna czeka. Chce, żeby wnuczka coś powiedziała. Cokolwiek. Może „wejdź”.
Ale Karolina cofa się o krok i zamyka drzwi. Słychać zamek, który przekręca się raz, potem drugi raz. Zuzanna widzi przez chwilę jeszcze rybki na dywaniku, dwie pary butów, reklamówkę, którą wnuczka odstawia na podłogę, jakby się bała, iż coś w niej wybuchnie.
Potem babcia idzie na przystanek. Siada na ławce obok chłopaka, który je zapiekankę z budki. Pyta go, czy mu nie zimno. Chłopak mówi, iż czeka na dziewczynę. Zuzanna odpowiada, iż to miło, gdy ktoś czeka.
Autobus przyjeżdża. Zuzanna wsiada, kasuje bilet emerycki. Wraca na Dębową. Zdejmuje buty w przedpokoju, ustawia je równo przy kaloryferze, siada w fotelu i włącza powtórkę serialu o lekarzach z Zurychu. Na stoliku obok fotela leży notarialny odpis umowy dożywocia — Zuzanna odkłada go do pudełka po butach, między kosmetyki, i zamyka wieczko.












