Od miesiąca nie mogę normalnie wejść do własnej łazienki

polregion.pl 3 godzin temu

Nazywam się Daniel Marciniak i mam czterdzieści dwa lata. Od dwunastu lat prowadzę warsztat blacharsko-lakierniczy w Gdańsku, na Przeróbce. Praca pachnie rozpuszczalnikiem i podgrzanym lakierem, ale to mój zapach, przywykłem. Żona, Karolina, prowadzi salon kosmetyczny na Wrzeszczu. Też swój. Też od zera.

Więc niby powinniśmy się rozumieć.

A od miesiąca nie mogę normalnie wejść do łazienki, bo na półce, gdzie stała moja maszynka i pędzel do golenia, leży dwadzieścia osiem par sztucznych rzęs. Liczyłem. Każda w osobnym pudełeczku, każde opisane flamastrem: „9D", „objętość", „kocie oko". Obok stoi lampa z lupą, taka jak u zegarmistrza, i grzałka do kleju. Klej pachnie jak taśma montażowa w moim warsztacie, tylko słodszy.

Karolina mówi, iż to podstawa jej nowego kursu. „Stylizacja oka od podstaw do mistrza". Trzy weekendy, osiem uczestniczek, każda płaci dziewięćset złotych. W salonie miejsca brak, bo remont klimatyzacji, więc przeniosła „część praktyczną" do domu.

Do naszego mieszkania w kamienicy przy ulicy Mariackiej, gdzie w kuchni stoi stół z lat siedemdziesiątych po jej babce, a w pokoju wisi zdjęcie naszego ślubu w Sopocie. Ślub był w październiku, padało, a ona i tak wyszła na molo bez parasola, bo „na zdjęciach deszcz wygląda jak brokat".

Teraz ten deszcz wygląda jak łzy, bo Karolina od miesiąca nie patrzy na to zdjęcie. Patrzy w lustro. W łazience. Na rzęsy.

Zaczęło się niewinnie. Dwa lata temu koleżanka z branży, Magda, zaproponowała jej „wspólny projekt edukacyjny". Miały nagrywać tutoriale, sprzedawać dostęp do platformy, robić certyfikaty. Karolina włożyła w to piętnaście tysięcy złotych — oszczędności z konta firmowego, ale naszych wspólnych, bo przecież dom to wspólny, kredyt też. Magda zniknęła w lutym. Zostawiła po sobie długi za wynajem studia i maila: „Karola, nie gniewaj się, życie pisze różne scenariusze".

No i Karolina się nie gniewa. Ona postanowiła odbić sobie straty. Sama. Kursy, szkolenia, klientki od piątej rano.

— Daniel, ty tego nie rozumiesz — powiedziała mi w czwartek, gdy próbowałem znaleźć w łazience pastę do zębów, a znalazłem pęsetę w kształcie litery L. — Ja nie mogę teraz odpuścić. Jak ja odpuszczę, to Magda wygrała.

— Magda wygrała w lutym — odpowiedziałem. — A ty teraz przegrywasz ze mną.

To było mocne. Wiem. Ale stałem w drzwiach łazienki, w skarpetkach, bo podłoga była lepka od jakiegoś płynu, i trzymałem w ręku mydło w płynie, które okazało się odtłuszczaczem do skóry.

Karolina wyszła z sypialni. Miała na głowie turban z ręcznika i nałożony tylko na jedno oko pasek taśmy, taki do unoszenia powieki. Wyglądała jak piratka z filmu, który puszczają o drugiej w nocy.

— Ja przegrywam z tobą? — powtórzyła. — A kto w zeszłym tygodniu powiedział, iż moja praca to „babskie fanaberie"? Kto powiedział, iż „prawdziwy biznes to taki, w którym widać efekt pod ręką"?

Powiedziałem. Po piwie. U kolegi. Wróciłem o pierwszej i zastałem ją nad laptopem, zamawiała klej z Czech, bo polski dystrybutor miał tydzień przerwy.

— Prawdziwy biznes — warknęła wtedy. — To jest prawdziwy biznes, Daniel. Tylko efekt widać w oczach kobiet, które wychodzą ode mnie i nie chcą zdjąć okularów przeciwsłonecznych, bo im wstyd, iż się popłakały. Ze szczęścia.

Tego nie zrozumiałem. Dalej nie rozumiem. Dla mnie szczęście to cichy warsztat po zamknięciu, gdy ostatni klient odbiera auto i liczy banknoty bez słowa. A nie łzy.

Ale wczoraj powiedziała coś, czego nie mogę wyrzucić z głowy.

Siedzieliśmy w kuchni. Ona obierała jabłko, ale nie jadła. Kroiła je w kostkę i układała na talerzyku, jakby przygotowywała prowiant dla chomika, którego nie mamy. Ja czytałem ogłoszenia o sprzedaży podnośnika dwukolumnowego, bo stary już skrzypiał.

I wtedy, bez żadnego wstępu, powiedziała:

— Wiesz, co mi Magda napisała, zanim zniknęła?

Pokręciłem głową.

— „Karolina, ty choćby bez rzęs wyglądasz jak nikt". Nie zapytałam, co to znaczy. Myślałam, iż to komplement. Teraz myślę, iż to było pożegnanie. Takie, iż niby jestem ładna, ale i tak przegram.

Wstała i wrzuciła jabłko do kosza. Całe. Ani jednego kawałka nie zjadła.

Wtedy postanowiłem, iż w ten weekend wywiozę ją stąd. Nie na długo. Do znajomych na Kaszuby. Mają agroturystykę nad jeziorem Wdzydze, cisza, kaczki. Chciałem pokazać, iż da się oddychać bez tego kleju w nozdrzach.

W piątek po pracy spakowałem torbę. Wsadziłem do bagażnika koc i termos, zrobiłem kanapki z żółtym serem i pomidorem, bo takie lubi. Kupiłem w Żabce jej ulubione krówki. Zaparkowałem pod domem i wszedłem.

W łazience paliło się światło. Zza drzwi słyszałem, jak mówi do kogoś:

— Nie zaciskaj. Teraz delikatnie dociśnij róg. Czujesz? To jest to.

Zajrzałem. Karolina siedziała na taborecie przed wanną, a w wannie, na dmuchanym materacu, leżała kobieta w dresie. Miała szeroko otwarte usta, bo akurat ziewała, a Karolina trzymała jej powiekę trzema palcami i coś tam przyklejała.

— To jest właśnie ta „siódemka" — mówiła Karolina. — Przy opadającej powiece daje efekt lali.

Zauważyła mnie. Nie oderwała rąk od twarzy klientki.

— Daniel, zamknij drzwi. Przeciąg.

Zamknąłem.

Torba stała w przedpokoju do niedzieli.

W niedzielę rano zszedłem na dół po bułki. Wróciłem, a w drzwiach stała sąsiadka z naprzeciwka, pani Hania. Trzymała talerz z sernikiem.

— Panie Danielu — powiedziała. — Ja wiem, iż to nie moja rzecz, ale po nocach u państwa to jakby ktoś remontował. Wiertarka?

— Nie — odpowiedziałem. — To Karolina. Przykleja marzenia.

Pani Hania popukała się w czoło i poszła. Ale wtedy pierwszy raz od tygodnia się uśmiechnąłem, bo powiedziałem coś, co zabrzmiało prawdziwie. Tylko nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle.

A potem był wieczór. Karolina wyszła z łazienki z twarzą czerwoną od pary i usiadła na balkonie. Miała na sobie moją starą bluzę z logo warsztatu, której nie oddaje od trzech lat. Wyglądała w niej jak nastolatka, która za długo bawiła się w dorosłą.

Usiadłem obok. Bez słowa podałem jej krówkę. Rozwinęła, ugryzła połowę, resztę oddała mi. Tak jak wtedy, gdy chodziliśmy jeszcze na randki nad Motławą.

— Wiesz — zaczęła — ja wcale nie chcę, żeby Magda wróciła. Ja chcę, żeby tamto lato przestało się dzisiaj liczyć.

Nie wiedziałem, które lato. Ale zrozumiałem, iż chodzi o coś, co wydarzyło się wcześniej. Osiem lat? Dziewięć? Gdy jej pierwszy salon nie wypalił i wróciliśmy do ciasnego wynajmu, a ona chodziła po domu w płaszczu, jakby zaraz miała wyjść, ale nie wychodziła.

— Daniel — powiedziała jeszcze, a ja słyszałem, iż głos jej się rwie, ale nie od kleju. — Ja chcę, żebyś ty zrozumiał, iż ja nie walczę z tobą. Ja walczę z nią. A ty jesteś jedyną osobą, która może mi powiedzieć: „Karolina, wyglądasz lepiej bez tych rzęs", i to będzie znaczyło coś innego.

Wtedy zrobiłem coś, czego nie planowałem. Wstałem, poszedłem do przedpokoju, otworzyłem torbę, wyjąłem koc. Wróciłem na balkon, okryłem jej nogi. Nie powiedziałem nic.

A potem zszedłem na dół, do samochodu, i przywiozłem dokumenty, które od tygodnia trzymałem pod fotelem pasażera.

Umowa.

Nie podpisałem jej od razu. Trzymałem w ręku przez cały piątek, gdy stałem przed drzwiami łazienki. W sobotę, gdy spała, a ja liczyłem pudełeczka z rzęsami. W niedzielę, gdy pani Hania przyniosła sernik.

To była umowa darowizny mojej części warsztatu. Mojemu wspólnikowi, Maćkowi. Całość mojego udziału — czterdzieści osiem procent. Wartość: trzysta sześćdziesiąt tysięcy złotych. Miałem podpisać w poniedziałek u notariusza. Potem zabrać z konta oszczędności — po Magdzie zostało nam na koncie dwadzieścia trzy tysiące, bo reszta poszła na remont dachu u mojej mamy — i wyjechać.

Do pracy w Holandii. Składać konstrukcje stalowe. Dwa tygodnie w miesiącu w Amsterdamie, dwa tutaj. Maciek mówił, iż za dwa lata spłacę to, co Magda ukradła. I iż Karolina zrozumie.

Nie rozumiała.

Ale ja dopiero teraz zrozumiałem.

W poniedziałek nie pojechałem do notariusza. Zadzwoniłem do Maćka i powiedziałem, iż warsztat zostaje mój. Cały. Że nie sprzedaję, nie daruję, nie wyjeżdżam. A jak chce, to odkupię od niego jego część — i wtedy on też nie wyjedzie. Zapytał, czy zwarłowałem. Powiedziałem, iż tak, ale to przechodzi.

Potem wszedłem do łazienki. Karolina suszyła pędzelki do glue. Obróciła się, przestraszona, bo niby miałem wychodzić.

— Daniel, co ty…

— Pokaż mi — powiedziałem.

— Co?

— Tę „siódemkę". Na opadającą powiekę.

Nie zapytała dlaczego. Zdjęła rękawiczki, kazała mi usiąść na krawędzi wanny. Usiadłem. Włączyła lampę z lupą. Przez trzydzieści minut siedziałem z zamkniętymi oczami, a ona przyklejała mi do powieki dwanaście syntetycznych rzęs.

Gdy skończyła, podała mi lusterko.

Nie poznałem siebie. Ale nie dlatego, iż miałem dłuższe rzęsy. Tylko dlatego, iż zobaczyłem w odbiciu kogoś, kto pierwszy raz od lutego siedzi z żoną w jednej łazience i nie myśli o tym, co stracił.

Wtedy podarłem umowę. Na cztery równe części. Rzuciłem do kosza, obok jabłka, które leżało tam od czwartku i zdążyło zbrązowieć.

Karolina podniosła skrawki. Złożyła je w kostkę, tak jak wtedy jabłko.

— Trzysta sześćdziesiąt — powiedziała.

— Czterdzieści osiem procent — odpowiedziałem.

A ona rzuciła to do kosza, tym razem naprawdę.

Dziś rano, zanim wyszła do salonu, znalazła na szafce w przedpokoju moją maszynkę do golenia. Przestawioną z powrotem na półkę po lewej stronie, tam gdzie stała od zawsze. A obok niej — karteczkę.

„Kurs oczu od podstaw do mistrza. Termin: od teraz. Prowadzący: ja. Uczestnik: ja. Zapłata: już. Pytania: zadawaj."

Wyjrzała przez okno, bo na Mariackiej jeździł tramwaj i dzwonił w ten sposób, w jaki dzwoni tylko rano, gdy nikomu się nie spieszy.

Potem wyszła. A ja poszedłem do łazienki i policzyłem pudełeczka. Dwadzieścia osiem.

Wszystkie leżały po lewej stronie półki.

A moja maszynka — po prawej.

I to, jak na razie, jest całe nasze małe zwycięstwo.

Idź do oryginalnego materiału