Od dnia, w którym Tośce odebrano to, co kochała najbardziej, już nigdy nie wszedł do swojej budy. Teraz spał bezpośrednio na gołej ziemi, prawie nic nie jadł i całkiem przestał zwracać uwagę na swojego jedynego przyjaciela, Sergiusza…

newskey24.com 7 godzin temu

Od dnia, gdy Burek stracił to, co miał najcenniejszego, przestał wchodzić do swojej budy. Sypiał na gołej ziemi, prawie nic nie jadł i nie zwracał uwagi choćby na swojego jedynego przyjaciela Marka

Znów przyszedł listopad. Z każdym dniem robiło się zimniej, niebo coraz częściej zakrywały ołowiane chmury, a ludzie szczelniej otulali się grubymi wełnianymi płaszczami i szalikami. W powietrzu wisiało już przeczucie zimy i Burek doskonale wiedział lada dzień spadnie śnieg.

Ciekawe, kiedy ktoś wyścieli moją budę ciepłą słomą? Mam futro, ale noce już przeszywają aż do kości… rozmyślał pies, leżąc na wilgotnej ziemi.

Z nudów obserwował magazynierów: ci krzątali się po podwórku, przenosili pudła i pakowali je do ciężarówek, za którymi ciągnął się nieprzyjemny, ciężki zapach. Stary pies, kiedyś dumny stróż, nikogo tu już nie obchodził.

No i rozłożyłeś się! dobiegł go głos. Do Burka zbliżył się ochroniarz, który wyszedł z kontenera, by zapalić papierosa. Zatrudnili cię tu do pilnowania magazynu, a nie do leżenia jak kanapowy piesek. Phi.

Splunął mu pod łapy i odszedł. Nazywał się Damian. Nie polubił Burka jeszcze wtedy, gdy był szczeniakiem bez powodu, po prostu tak było.

Po chwili pod magazyn podjechał ciemnozielony polonez. Pies natychmiast zerwał się na nogi.

Witaj, przyjacielu podszedł do niego mężczyzna w czapce z daszkiem i z zarostem na brodzie. Przywiozłem ci coś, co cię rozgrzeje.

To był Marek najserdeczniejszy i najbliższy Burkowi ochroniarz. Zawsze miał dla psa dobre słowo i coś smacznego. choćby w swój dzień wolny o nim nie zapomniał: przywiózł świeżą słomę, by Burek nie marzł.

Marek starannie wyścielił budę ciepłą słomą, potem wyjął z auta miskę z gorącą kaszą i mięsem. Czekał, aż Burek wszystko zje, zabrał pustą miskę do umycia i na końcu dopiero odjechał.

Pies został znowu sam. Dobrze, iż noc już blisko we śnie łatwiej zapomnieć o samotności, która prawie nigdy go nie opuszczała.

Gdy całkiem się ściemniło, Burek podszedł do budy. Już miał wejść do środka, gdy nagle zatrzymał się gwałtownie.

Z głębi słomy błyszczały dwa szmaragdowo-jasne kółka. Dało się słyszeć złowieszczy syk.

Burek spojrzał bez złości na niespodziewaną lokatorkę. Przed nim siedziała wychudzona czarna kotka o wielkich, przerażonych oczach. W jej spojrzeniu widać było wyraźne ostrzeżenie:

Nie zbliżaj się. Ze mną nie żartuj!

Mimo groźnego wyglądu, pies poczuł nagłą radość.

Buda jest ciasna, ale zmieścimy się we dwoje pomyślał z nadzieją.

Chciał zrobić krok naprzód, ale wtedy w powietrzu błysnęła łapka z ostrymi jak sztylety pazurami.

Sssss! kotka jasno wyraziła swoje stanowisko.

No trudno. Mogę spać przed wejściem stwierdził spokojnie Burek i rozłożył się pod wejściem do własnego domku.

Rano obudził się wcześnie, czekając na śniadanie, na które od dawna liczył codziennie. Zerknął w stronę budy kotka słodko spała.

Ależ ona urocza

Z kontenera wyszedł niewyspany, pochmurny Damian. Bez słowa rzucił Burkowi jakieś resztki i odszedł.

Psu według zasad należał się normalny, pożywny posiłek, ale Damian nigdy sobie tym głowy nie zawracał. Po prostu rzucał, co popadło. Po takich śniadaniach Burka często bolał brzuch. Ale nie miał komu się poskarżyć.

Pies powąchał podrzucone resztki i nagle wychwycił obcy zapach.

Kotka! Siedziała ledwie metr dalej, nie bojąc się wielkiego stróża, i gryzła skórkę od kiełbasy, jakby to była najnormalniejsza sprawa na świecie.

Burek cieszył się, iż może ją poczęstować była taka chuda.

Gdy ją zauważył, kotka spięła się i przygotowała do ataku. Ale Burek tylko żuł chleb, z zaciekawieniem patrząc.

Czemu się tak złości? Może chce również trochę chleba? pomyślał i niepewnie odstawił swój kawałek.

Cały dzień obserwowali się z ukrycia. Kotka z podejrzliwością i rezerwą. Burek z dobroduszną ciekawością.

Wieczorem, kończąc zmianę, Damian znowu rzucił Burkowi resztki. Kotka nie czekając, rzuciła się do jedzenia.

A to co, czarcia kocina! Won stąd! warknął ochroniarz i sięgnął po kamień.

Kotka uskoczyła kryjąc się za Burka. Pies na chwilę się zawahał, ale zaraz pojął sytuację. Pokazał zęby, zjeżył sierść i patrzył twardo.

Damian prychnął pogardliwie i odszedł, nie mając ochoty na awanturę. Nowy ochroniarz, który potem przyszedł, choćby nie spojrzał na zwierzęta.

Kotka rzuciła psu krótkie, wdzięczne spojrzenie. A Burek rozmyślał:

Czarna kocina czarownica To może być jej imię? Może tak ją nazwę?

Tak więc kotka otrzymała imię Czarcia.

Nadeszły mrozy. Czarcia znów zaszyła się w słomie. Burek nie chciał jej niepokoić, ale tym razem zajrzał do środka.

Kotka spojrzała mu w oczy, pełne wyrzutów sumienia. Dziwiło ją, jak pies może być tak łagodny Mimo to przesunęła się, robiąc miejsce.

Całą noc spali przytuleni do siebie. Nigdy nie spali tak spokojnie.

Od tamtej pory Burek i Czarcia stali się nierozłączni. Jedli razem, spali i rozmawiali swoim zwierzęcym językiem.

Gdy Marek pierwszy raz zobaczył kotkę przy Burku, nie mógł uwierzyć: taka maleńka, taka słaba i nie boi się starego stróża.

Szybko zrozumiał, co ich łączy miłość. A jak wiadomo, dla miłości nie ma przeszkód.

Marek wziął Czarcią pod swoją opiekę: zabrał do weterynarza, wyczesał skołtunioną sierść, dożywiał. Po kilku tygodniach kotka wyraźnie nabrała sił.

Jedynym problemem był Damian. Wmawiał sobie, iż czarna kotka przynosi nieszczęścia i postanowił się jej pozbyć.

Pewnego dnia choćby spróbował ją otruć, ale Burek wyczuł podejrzany zapach i powstrzymał ją zawsze był czujny.

W jedną szczególnie mroźną noc pies i kotka leżeli razem w budzie. Burek wylizywał nową rankę Czarci wiecznie gdzieś znikała i pakowała się w tarapaty.

Nagle oba nosy zadrżały nerwowo. Obcy zapach

Burek wybiegł i zaczął szczekać, ile miał sił. Pożar! Magazyn się palił!

Damian wybiegł z kontenera, klnąc, gorączkowo szukając czegoś w kieszeniach telefonu zabrakło.

Czarcia przeciągle zamiauczała. Ochroniarz odwrócił się kotka siedziała przy leżącym na ziemi telefonie.

Nieszczęsna kocica! rzucił wściekle Damian, odepchnął ją, złapał aparat i zadzwonił po straż.

Burek pobiegł do przyjaciółki. Ta, kulejąc, uciekła dalej od dymu. Wspólnie przetrwali pożar w krzakach.

Kiedy wszystko zgasło, zmęczony Damian, odchodząc, rzucił Czarci spojrzenie pełne nienawiści.

Następnego dnia Burek usłyszał rozmowę koło portierni:

Mówię wam, to przez nią same kłopoty. Widzieliście jej oczy? To prawdziwa czarownica! przekonywał Damian.

No i co proponujesz? odpowiadał ktoś chłodno.

Wywieźć do lasu i po sprawie.

Burek zdrętwiał. Serce ścisnęło się z bólu. Przytulił się do śpiącej Czarci.

Zwariowałeś? Ona tam zginie! sprzeciwił się Marek.

Wszystko mi jedno! Jakiś pożar ci nie wystarczył?

Może rzeczywiście, czarne koty przynoszą pecha przytaknął ktoś.

Żaden z was jej nie ruszy! uciął Marek i odszedł.

Rano Burek się obudził, przeciągnął, ziewnął. Chciał jak zawsze obwąchać śpiącą obok Czarcię.

Ale jej już nie było.

Przewracał słomę pusto. Biegał na zewnątrz, cicho popiskując.

Przy kontenerze mignęło czarne coś. Pies popędził tam.

To był tylko plastikowy worek szeleszczący na wietrze.

Drzwi się otworzyły.

Czego chcesz? Szukasz koleżanki? prychnął Damian z zadowoleniem. Nie ma już twojej koleżanki. Teraz baraszuje gdzie indziej.

Burek patrzył mu w twarz, szukając ukrytego sensu.

A może już padła. W lesie długo nie przetrwa dodał.

Pies nie wydał z siebie choćby dźwięku. choćby wycie, pełne bólu, utkwiło gdzieś głęboko.

Spadł pierwszy śnieg. Wielkie płatki wolno opadały na nieruchomego psa.

Od chwili, gdy stracił to, co najcenniejsze, Burek więcej nie wszedł do budy. Spał na ziemi, prawie nie jadł i nie reagował choćby na Marka.

Burek, ona jest teraz w bardzo dobrym miejscu, uwierz mi. Jest jej ciepło i spokojnie. Wierzysz mi? mówił łagodnie Marek, siadając obok i głaszcząc psa.

Też chcę tam pójść. Chcę do swojej Czarci. Czy mogę? Proszę

Poprzedniego ranka Burek słyszał rozmowę nieznajomych. Stali niedaleko i mówili o nim tak, jakby już nie był żywy, a tylko rzeczą. Mówili, iż pies już stary, iż nie ma z niego pożytku. Trzeba znaleźć nowego, młodego stróża, a tego zejść ze stanu

Co na koniec ustalili, Burek nie pamiętał. I nie chciał pamiętać nic go już nie obchodziło.

Śnieg padał nieustannie, pokrywając go coraz grubszą warstwą. Powoli zamykał oczy.

A może już nigdy nie otworzę oczu? Nie chcę ich już otwierać przemknęło przez zamglone myśli zziębniętego, zasypiającego psa.

Cisza gęstniała. Pies prawie nie czuł już ciała, nie rozpoznawał zapachów, nie czuł wiatru. I raptem w tej ciemności zabrzmiał znajomy głos:

Wstawaj, przyjacielu. Chodź, jedziesz ze mną.

Dalsze obrazy zacierały się: ciepłe wnętrze samochodu Marka, miękkie siedzenie, długa droga po zniszczonej szosie, nowe, nieznane aromaty wpadające przez uchylone okno.

Smutek sprawił, iż pies był słaby i niemal chory. niedługo zasnął głęboko na tylnym siedzeniu przy dźwiękach radia

Po kilku godzinach zatrzymali się. Marek pomógł Burkowi wysiąść i podtrzymywał go, gdy pies powoli szedł do domu.

Będziesz mieszkał ze mną, przyjacielu.

W psie nie było już prawie żadnej radości. Ale nie chciał rozczarować dobrego człowieka, więc spróbował się ucieszyć wyszło trochę niezgrabnie, jednak Marek rozumiał więcej, niż pies by pomyślał.

Spokojnie, zaraz wejdziemy do środka, to ci się poprawi mrugnął Marek, otwierając drzwi.

Kiedy tylko przekroczyli próg, Burek nagle się ożywił. Ten zapach… Znał go najlepiej na świecie. Nie do pomylenia!

I rzeczywiście z parapetu zeskoczyło czarne futerko, szybciutko podbiegając do niego. Jeszcze zanim kotka się zbliżyła, Burek wiedział to ona! Jego Czarcia!

Mówiłem ci, iż ona jest w dobrym miejscu powiedział z uśmiechem Marek. Chyba nie myślałeś, iż pozwolę takim łajzom zostawić twoją przyjaciółkę w lesie?

Ale teraz pies i kotka nie mieli już czasu dla ludzi musieli sobie opowiedzieć wszystko, co ich spotkało!

Kiedy już pogadali w swoim zrozumiałym tylko dla nich języku i wyciągnęli się razem do drzemki, Burek zamyślił się: ciekawe, co naprawdę oznacza czarcia?

Chciał zapytać o to kota… ale po chwili machnął ogonem. Jaka to różnica? Czarcia to moja przyjaciółka. I to jest najważniejsze.W tej chwili wszystko wydawało się na swoim miejscu. Za zimowym oknem cicho padał śnieg, a w cieple domu kotka i pies uczyli się razem od nowa, czym jest radość. Marek przyniósł im po misce ciepłego jedzenia, a potem usiadł obok i przez chwilę tylko patrzył na tę niezwykłą parę.

Czarcia, wyciągnięta wygodnie przy Burku, zamruczała cicho, pozwalając mu owinąć ją łapą. Pies poczuł, iż pewien rozdział jego życia naprawdę dobiegł końca. Samotność, głód i strach zostały gdzieś daleko, przykryte grubą warstwą śniegu i ciszy.

Zasypiając, usłyszał jeszcze spokojne westchnienie kotki brzmiało jak obietnica, iż już nigdy nie będą sami. I tak, w tej ciepłej, bezpiecznej ciszy, zaczęło się dla nich coś nowego: życie nieidealne, ale własne, pełne wzajemnej troski, zaufania i tych drobnych chwil szczęścia, które dla takich jak oni znaczyły wszystko.

A śnieg padał dalej, zupełnie jakby chciał przykryć stary świat i zostawić im tylko nowy początek biały, świeży i czysty, jak najprawdziwsza przyjaźń.

Idź do oryginalnego materiału