Mam sześćdziesiąt lat i mieszkam w Radomiu. Nigdy bym nie przypuszczała, iż po tylu latach ciszy i zapomnienia przeszłość tak brutalnie wtargnie do mojego życia, a najgorsze, iż zainicjuje to mój własny syn.
Dwadzieścia pięć lat temu byłam szalenie zakochana. Wojtek — wysoki, czarujący, pełen energii — wydawał się być spełnieniem moich marzeń. gwałtownie wzięliśmy ślub, a rok później urodził się nasz syn, Bartek. Pierwsze lata przypominały bajkę. Mieszkaliśmy w małym mieszkaniu, wspólnie marzyliśmy i snuliśmy plany. Ja pracowałam jako nauczycielka, a on był inżynierem. Wydawało się, iż nic nie zburzy naszego szczęścia.
Z czasem jednak Wojtek zaczął się zmieniać. Coraz częściej zostawał dłużej w pracy, unikał mnie, oddalał się. Próbowałam ignorować plotki, zamykałam oczy na jego późne powroty i obcy zapach perfum. Aż w końcu stało się jasne: zdradzał mnie. I to nie raz. Przyjaciele, sąsiedzi, choćby rodzice — wszyscy wiedzieli. A ja… próbowałam ratować rodzinę. Dla syna. Zbyt długo to wytrzymywałam, miałam nadzieję, iż się opamięta. Ale pewnej nocy, gdy znów nie wrócił do domu, zrozumiałam, iż dłużej tak nie mogę.
Spakowałam rzeczy, wzięłam pięcioletniego Bartka za rękę i odeszłam do mamy. Wojtek choćby nie próbował nas zatrzymać. Po miesiącu wyjechał za granicę – rzekomo do pracy. Niedługo potem znalazł sobie inną kobietę i jakby wyrzucił nas ze swojego życia. Żadnych listów, żadnych telefonów. Totalna obojętność. Zostałam sama. Mama zmarła, później tata. Przeszliśmy z Bartkiem cały ten czas razem — szkoła, zajęcia, choroby, radości, matura. Pracowałam na trzech etatach, żeby niczego mu nie brakowało. O swoim życiu osobistym nie myślałam — nie było na to czasu. On był dla mnie wszystkim.
Gdy Bartek dostał się na studia w Krakowie, pomagałam, jak mogłam — paczki, pieniądze, wsparcie. Kupno mieszkania było poza moim zasięgiem. Nigdy się nie skarżył. Mówił, iż poradzi sobie sam. Byłam z niego dumna.
Miesiąc temu wrócił do mnie z nowiną: postanowił się ożenić. euforia nie trwała długo. Był zdenerwowany, unikał mojego spojrzenia. W końcu wyjawił:
— Mamo… potrzebuję twojej pomocy. To… chodzi o tatę.
Zmartwiałam. Powiedział, iż niedawno nawiązał kontakt z Wojtkiem. Że ojciec wrócił do Polski i zaoferował mu klucze do dwupokojowego mieszkania, które odziedziczył po babci. Ale — pod jednym warunkiem. Muszę ponownie wyjść za niego za mąż. I pozwolić mu zamieszkać ze mną w moim mieszkaniu.
Zabrakło mi tchu. Patrzyłam na syna, nie wierząc, iż mówi to na poważnie. On kontynuował:
— Jesteś sama… Nie masz nikogo. Dlaczego by nie spróbować jeszcze raz? Dla mnie. Dla mojej przyszłej rodziny. Tata się zmienił…
Bez słowa wstałam i poszłam do kuchni. Czajnik, herbata, drżące ręce. Wszystko zaczęło wirować przed oczami. Przez dwadzieścia lat radziłam sobie sama. Przez dwadzieścia lat ani razu nie zainteresował się, jak sobie radzimy. A teraz wraca… z “propozycją”.
Wróciłam do pokoju i spokojnie powiedziałam:
— Nie. Nie zgodzę się.
Bartek się rozpłonął. Zaczęły się krzyki, oskarżenia. Mówił, iż zawsze myślałam tylko o sobie. Że przez mnie nie miał ojca. Że teraz znowu niszczę mu życie. Milczałam. Bo każde jego słowo cięło mnie do żywego. Nie wiedział, jak nocami nie mogłam spać z wyczerpania. Jak sprzedałam obrączkę ślubną, żeby kupić mu zimową kurtkę. Jak odmawiałam sobie wszystkiego, żeby on jadł mięso, a nie ja.
Nie czuję się samotna. Moje życie, choć trudne, było uczciwe. Mam swoją pracę, książki, ogród, przyjaciółki. Nie potrzebuję człowieka, który raz mnie zdradził — i teraz wraca nie z miłości, ale dla wygody.
Syn wyszedł, nie żegnając się. Od tamtej pory nie dzwonił. Wiem, iż jest zły. Rozumiem go. On chce dla siebie jak najlepiej — tak jak ja kiedyś. Ale nie mogę sprzedać swojej godności dla kilku metrów kwadratowych. To zbyt wysoka cena.
Może zrozumie. Może nie od razu. Ale będę czekać. Bo kocham. Prawdziwą miłością — bez warunków, bez mieszkań i “jeśli”. Urodziłam go z miłości. I wychowałam z miłością. I nie pozwolę, by teraz miłość stała się towarem.
A były mąż… niech pozostanie w przeszłości. Tam jest jego miejsce.