Obcy w naszym mieszkaniu: Gdy po powrocie z wakacji Katia i Maksim zastali w swoim domu rodzinę z prowincji, zaproszoną przez teściową bez pytania, ich świat przewrócił się do góry nogami. Półki pełne cudzych rzeczy, przerażony kot i bolesna lekcja o granicach, zaufaniu oraz rodzinnej „pomocy”.

newskey24.com 4 godzin temu

Obcy w mieszkaniu

Zosia jako pierwsza przekręciła klucz w zamku i stanęła w progu jak wrośnięta w ziemię. Z wnętrza mieszkania dobiegały dźwięki telewizora, rozmowy w kuchni i obcy zapach, jakby czyjś sen rozlał się po ścianach. Za jej plecami Marek, zaskoczony, prawie upuścił walizkę, która nagle stała się nadzwyczaj ciężka i miękka jednocześnie.

Cicho wyszeptała kobieta, wyciągając rękę, która przez chwilę wydawała się nie mieć kości. Tam ktoś jest.

Na ich beżowej kanapie, tej od lat, rozsiadło się dwoje zupełnie obcych ludzi. Mężczyzna w szarych dresach przełączał kanały pilotem, obok niego pulchna kobieta robiła na drutach. Na ławie piętrzyły się filiżanki, talerzyki z okruchami, jakieś lekarstwa, a światło lampy rzucało cienie, jakby ta scena powtarzała się od zawsze.

Przepraszam… kim państwo są? głos Zosi drżał, wydobywając się jak przez wodę.

Nieznajomi odwrócili się bez cienia zakłopotania.

A, wróciliście kobieta choćby nie przerwała robótki. My jesteśmy krewnymi Lidki. Dała nam klucze, powiedziała, iż gospodarzy nie ma.

Marek pobladł i zdawało się, iż zaraz wyparuje.

Jaka Lidka?

Wasza mama mężczyzna podniósł się w końcu. Przyjechaliśmy z Olsztyna, z Antosiem na badania. Dostała nas tu, bo mówiła, iż nie będziecie mieli nic przeciwko.

Zosia powoli ruszyła do kuchni, która nagle wydawała się nienaturalnie długa i pełna nieznanych przedmiotów. Przy kuchence stał nastolatek, może piętnastoletni, smażył parówki. Lodówka wypchana była cudzym jedzeniem, a na stole rosła góra brudnych naczyń, z których mrówki mogłyby budować pałace.

A ty? wyszeptała.

Antek chłopak obrócił się do niej. Co, nie można zjeść? Babcia Lidka pozwoliła.

Kobieta wyszła do przedpokoju, gdzie Marek nerwowo już wybierał numer w telefonie.

Mamo, co ty wyprawiasz? jego głos brzmiał cicho, ale jakby spod ziemi.

Z telefonu popłynął głos teściowej:

Mareczku, dojechaliście? Jak wczasy? Słuchaj, dałam klucze Jadzi, ona z Witkiem do Warszawy przyjechali, Antka do lekarzy prowadzić. Myślę, was przecież nie ma, mieszkanie stoi puste, po co ma się marnować? Oni tylko na tydzień.

Mamo, pytałaś nas o zgodę?

No a po co pytać? Przecież was nie było. Tylko powiedz, iż ja odpowiadam za mieszkanie, żeby wszystko po sobie posprzątali.

Zosia chwyciła telefon:

Pani Lidio, pani chyba żartuje? Wpuściła pani do naszego mieszkania obcych ludzi?

Jakich obcych? Jadzia to moja kuzynka! Spałyśmy razem w jednym łóżku jako dzieci.

A co mnie to obchodzi, gdzie pani spała? To nasz dom!

Zosieńko, nie przesadzaj. Rodzina przecież. Są spokojni, niczego nie zniszczą. Antek był chory, musieliśmy mu pomóc. A może taka z ciebie dusigroszka?

Marek odebrał z powrotem telefon:

Za godzinę przyjeżdżasz i zabierasz wszystkich. Wszystkich.

Marek, oni tu do czwartku, Antkowi badania zlecili, muszą być w Warszawie! Zwolniłam im pokój, żeby zaoszczędzić…

Masz godzinę. Jak nie, dzwonię na policję.

Wyłączył się. Zosia usiadła na pufie, schowała twarz w dłoniach. Walizki stały nietknięte, z salonu dudnił telewizor, w kuchni parówki skwierczały w rytmie, którego nikt nie znał. Jeszcze dwie godziny temu lecieli samolotem, marząc tylko o powrocie do domu. Teraz siedziała w swoim mieszkaniu jak intruz we własnym śnie.

Spakujemy się zaraz kobieta z salonu stanęła w korytarzu, przepraszająca już oczami. Lidka mówiła, iż się nie obrazicie. Gdybyśmy mieli wasz numer, sami byśmy zadzwonili…

Marek wciąż stał przy oknie, jakby szukał wyjścia na inny świat. Plecy miał napięte jak skrzypce. Zosia wiedziała, iż tak stoi zawsze, gdy złość nie mieści mu się w klatce piersiowej.

A gdzie Wanda? przypomniała sobie nagle.

Kto?

Kotka. Rudy. Zostawiliśmy klucz głównie dla niej.

Nie widzieliśmy żadnej kotki…

Zosia rzuciła się do sypialni. Wanda siedziała skulona pod łóżkiem, futro sterczało na sztorc. Kiedy kobieta próbowała ją wyciągnąć, kotka prychnęła rozpaczliwie i przywarła do ściany, jakby była tylko cieniem.

Wanda, kochanie, Zosia położyła się na podłodze. To ja. Wszystko dobrze.

Kot patrzył z nieufnością, w powietrzu czuć było zapach obcych elektronicznych snów. Na szafce przy łóżku obce lekarstwa, łóżko zasłane inaczej niż zwykle, na dywanie czyjeś kapcie przewracały się jak martwe chrabąszcze.

Marek usiadł obok:

Przepraszam.

Za co? Przecież nic nie wiedziałeś.

Za mamę… za to, iż taka jest.

Ona myśli, iż wszystko jej wolno.

Zawsze taka była gniew Marka przybierał coraz dziwniejsze kształty. Pamiętasz, jak się tu wprowadziliśmy i przychodziła bez zapowiedzi? Myślałem, iż już jej to wyjaśniłem. Ale to był tylko sen.

Z korytarza dobiegły głosy. Nadjechała Lidka. Zosia poprawiła włosy i wyszła.

Lidia Stanisławowna kłębiła się w przedpokoju jak burza z nad Wisły:

Marek, zwariowałeś?

Mamo, usiądź wyciągnął krzesło w kuchni.

Jakie usiądź? Jadzia, Witek, zbierajcie się, wyrzucają nas.

Mamo, proszę, usiądź.

Lidka zobaczyła twarz syna i zamilkła w półoddechu. Weszli wszyscy do kuchni, Antek kończył pospiesznie parówki, jak w nocnych majakach.

Mamo Marek patrzył jej prosto w oczy. Jak wpadłaś na pomysł, żeby bez pytania ludzi do naszego mieszkania wpuścić?

Przecież ja pomóc chciałam! Jadzia dzwoniła, płakała, Antek chory, potrzebowali się zatrzymać. A wy przecież na urlopie.

To nie twoje mieszkanie.

Jak to nie? Mam przecież klucze.

Klucz po to, by kotkę nakarmić, nie żeby z pensjonatu robić.

Marek, o co ci chodzi? Przecież rodzina! Jadzia to siostra, Witek pracowity, Antek dziecko chore, trzeba mu pomóc. I ty ich wyganiasz na bruk?

Zosia drżała tak, iż woda prawie wylewała się ze szklanki.

Pani Lidio, to niepoważne. Nie spytała nas pani nawet.

A po co? I tak was nie było.

Tym bardziej trzeba było spytać Marek podniósł głos. Telefony mamy, można napisać, zadzwonić. Da się nas znaleźć. Uzarlibyśmy warunki.

A co byście ustalili? Odrzucilibyście ich?

Może na dwa dni by się zgodziliśmy. Ale chcielibyśmy wiedzieć. To jest szacunek.

Lidka wstała:

Tak zawsze. Staram się, pomagam, a wy pretensje. Jadźka, Witek, wychodzimy. Na moim 30 metrach wszyscy się pomieścimy.

Zosia odstawiła szklankę.

Pani Lidio, proszę nie udawać. Wiedziała pani, iż zrobione źle, dlatego nas nie uprzedziła. Liczyła, iż jak już będzie po ptokach, to odpuścimy. Tak?

Chciałam dobrze…

Nie. Pani chciała po swojemu. To co innego.

Po raz pierwszy twarz Lidki stężała z niedowierzania.

Jadzia płakała, Antek cierpiał… żal mi było.

To zrozumiałe powiedział cicho Marek. Ale nie można decydować za cudze. Wyobraź sobie, iż ja wchodzę do twojego mieszkania, gdy cię nie ma, i przyjmuję tam swoich znajomych bez pytania. Co byś poczuła?

Złość.

No właśnie.

Zapadła cisza pełna dziwnych odgłosów ze snu. Z salonu dobiegły chaotyczne kroki i szelesty. Jadzia łkała cicho pod nosem, Witek pakował do reklamówek nieswoje rzeczy. Antek stał w drzwiach kuchni i patrzył w podłogę.

Przepraszam wymruczał chłopiec. Ja myślałem, iż można. Babcia mówiła.

Zosia spojrzała na niego zwykły, przestraszony chłopak, ofiara dorosłych, którzy wciąż gubią się w labiryntach.

To nie twoja wina. Pomóż rodzicom.

Lidka wyjęła chusteczkę, potarła oczy.

Myślałam, iż dobrze robię. Nigdy nie przyszło mi do głowy pytać. Wy moje dzieci, zawsze wszystko dla was robiłam, myślałam, i wy…

My już nie dzieci, mamo. Mamy trzydzieści lat. Mamy swoje życie.

Rozumiem Lidka podniosła się. Klucze zabierzecie?

Tak Zosia kiwnęła głową. Przykro mi, ale zaufanie przepadło.

Rozumiem.

Rodzina Jadzi zebrała się szybko, przepraszała nieporadnie, ściskając w rękach torby jak rozmoknięte sny. Lidka zabrała ich do siebie, obiecując zmieścić choćby pod łóżkiem. Marek zamknął drzwi i oparł się o nie ciężko.

Obeszli w milczeniu mieszkanie. Pościel trzeba zmienić. Lodówkę opróżnić z cudzych resztek. Na każdym kroku ślady cudzego życia: przesunięte krzesła, brudne filiżanki, pozostawione skarpetki. Wanda wciąż siedziała pod łóżkiem.

Myślisz, iż zrozumiała? Zosia otworzyła okno na kuchni.

Chciałbym wierzyć Marek patrzył w noc.

jeżeli nie?

To będziemy twardsi. Nigdy więcej.

Objęła go. Stali w tym zamglonym świecie, próbując odczarować własne miejsce.

Wiesz, co mnie boli najbardziej? Zosia się odsunęła. Kotka. Wszystko przez nią, a ona głodna i przerażona, kiedy trwał ten cały cyrk.

Ciekaw jestem, czy w ogóle ją nakarmili?

Raczej nie. Miska pusta, woda brudna. Zapomnieli o niej.

Marek ukląkł przy łóżku:

Wanda, wybacz. Więcej mama nie dostanie kluczy.

Kotka najpierw wychyliła tylko wąsy, potem wyszła powoli, przymilnie ocierając się o nogi właściciela. Zosia przyniosła jej karmę, rzuciła się na nią jak po tygodniowym poście.

Zabrali się do sprzątania. Wyrzucili cudze jedzenie, zmienili pościel, umyli naczynia. Wanda najedzona spała na parapecie, zamieniając się w miękki pomarańczowy sen. Mieszkanie zaczynało znowu pachnieć domem.

Wieczorem zadzwoniła Lidka. Głos miała cichy i skruszony:

Marek, przemyślałam. Miałeś rację. Przepraszam.

Dziękuję, mamo.

Zosia się na mnie gniewa?

Marek spojrzał na żonę, ta kiwnęła głową:

Gniewa. Ale jej przejdzie. Z czasem.

Po rozmowie długo siedzieli w kuchni, pijąc herbatę w ciszy tak miękkiej, jak śnieg na pustym podwórku. Za oknem zapadały surrealistyczne zmierzchy, wypychając dzień wspomnieniami. Mieszkanie było znowu ich, choć z lekko popękaną rzeczywistością. Urlop skończył się nagle i zimno, jak sen, z którego nie chce się wracać.

Idź do oryginalnego materiału