Notka kulinarna, czyli Drzo odkrywa jogurt grecki.

drzoanna2.wordpress.com 2 dni temu

Gdybym miała z wszystkich moich cech wybrać jedną, najbardziej charakterystyczną, czyli określić się jednym słowem, to było by to słowo „zachłanna” albo „łakoma”.
Jasne, można by równie trafnie, a prościej, wybrać – „pojebana„, ale to określenie zbyt ogólne i nie skupia się na tej części Drzo, o której chcę opowiedzieć.
A więc nienasycona, chciwa, spragniona: życia, miłości, przeżyć, uczuć, emocji, piękna, sztuki, porcelany, Bocha, Ridgwaya i wielu jeszcze innych.
Ale także „nienażarta” w sensie dosłownym 😛
Gdybym dała upust tej kulinarnej pożądliwości to nie tylko błyskawicznie wróciłabym do swojej wagi sprzed 3 lat, ale pewnie gwałtownie dobiłabym do 100 kilo.
Taaak, spust to ja mam niezły 😛
Kotleciki, kartofelki, pierożki, serniczek, szarlotkę, czekolady, wszystko to kocham miłością wierną i wciąż nienasyconą.
Ale, jak wiecie, mój tłusty tyłek i wiszący bandzioch zaczęły mnie wkurwiać, ogarnęłam się, przystopowałam i okroiłam menu bardzo znacznie.
Skupiłam się na warzywkach i owockach, ale także na nabiale.
No właśnie, nabiał, mniam.
Wsio jak leci – sery i serki (bez żółtego, wiadomka, bo tuczący) kefir, zsiadłe mleko, jajeczka w każdej postaci, mniam.
No i eksperymentuję – a to jakiś ser kozi, a to bunz, sięgam po każdy nowo odkryty pleśniowy i z przeróżnymi dodatkami.
Jednego nie tykam – jogurtu.
Jeszcze z owocami, dobra, miałabym umrzeć z głodu to może bym liznęła, ale naturalny?
Chrońcie mnie Boże i Szmatanie, nigdy never!
Toż to ohydztwo, ni to kwaśne, ni to słone, chujoza i tyle.
Jestem wierna tej opinii od zawsze.
No ale… mamy piątek, majóweczkę, wracam do domku po parogodzinnej włóczędze i przypominam sobie, iż obiad czeka w lodówce, owszem, kartofelki, jakiś burak, ale żadnego zsiadłego mleka czy maślanki, nic.
No i jakże to tak?
Się nie da.
Wstępuję więc do Żabki i obczajam i jest niedobrze.
Mają tłuste śmietany i tyle, żadnego kefiru.
Ale przyglądam się baczniej i widzę jogurty, tfu ohydztwo, ale wśród nich „jogurt typu grecki„.
Takiego nie próbowałam nigdy, może w tej Grecji produkują jogurty jakieś bardziej zjadliwe?
Dobra, pare groszy, nie majątek, najwyżej spróbuję i wywalę.
No i dobra, w domu otwieram opakowanie i szok, bo to gęste jak serek homo, nabieram na widelec odrobinę, smakuję i… i matuchno, toż to pyszniaste jest zajebiście!
Do młodych kartofelków ideolo absolutnie!
Pożarłam więc talerz młodych ziemniaczków i pół opakowania jogurtu 350 ml.
Boziu, jakie to było dobre!
Dziś, zaraz, będzie powtóreczka, już mi się brzuszek cieszy na samo wspomnienie 🙂
A do listy nabiałowych zakupów dopisuję „jogurt grecki”.
Mniam.

więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/blog-spis-tresci/

Idź do oryginalnego materiału