Nocny ekspres – Gdy drzwi trolejbusu zamknęły się jak akordeon i ciepło z wnętrza buchnęło w chłód w…

newsempire24.com 1 tydzień temu

Drzwi nocnego trolejbusu złożyły się jak akordeon, a fala ciepła ulotniła się z wnętrza na chłodny, poniedziałkowy wieczór w Warszawie. Gromadka pięciu rozbawionych chłopaków dosłownie wpadła do środka, obijając zabłoconymi noskami butów wszystko, co napotkali: schodki, metalowe poręcze i niestety łydki pasażerów.

Nikt z obecnych samotników, których połączył rozklekotany nocny trolejbus, nie miał odwagi wziąć się za upominanie tej hałaśliwej ekipy. Chłopaki, z błyskiem w oczach i piwem w ręku, prześcigali się w opowieściach o swoich przebojach miłosnych, fantazjując o tym, która to Basia czy Kaśka w końcu ich pokocha. Przekrzykiwali się, zalewali złośliwą śmiechawką i co chwila robili toast za różne osiągnięcia. Wieczorek integracyjny przeniósł się do końca pojazdu, gdzie przy każdym salwie śmiechu słychać było znaczące brzęknięcie pustych butelek Żywca.

Stary trolejbus ruszył, drzwi zatrzasnęły się z dźwiękiem wyjętej harmonijki, a pojazd łagodnie odbił się od przystanku przy Alejach Jerozolimskich. Poza świeżą ekipą, pasażerów było ledwie dziesięciu, nie licząc konduktorki pani Zofii. Ta, pamiętająca jeszcze komuny i bony PKO, przetoczyła się środkiem, ściskając w ręku rolkę biletów.

Panowie, opłacamy przejazd rzuciła zmęczonym głosem, zza których okulary wyglądały na starsze od całej gromady razem wziętej.

Ja mam migawkę! beknął jeden.

I ja też!

Proszę bardzo, również!

Ostatni z nich, ledwo po maturze, z wąsikiem jak cień i spazmatycznie machając rękami, starał się krzyczeć najgłośniej. Grupa trzymała fason jak na sopockim Monciaku.

Proszę pokazać! niby to sucho odrzekła pani Zofia, wyraźnie odporna na przedstawienie.

A pani najpierw pokaże! rzucił najszerszy z nich, plując przy tym złocistym piwem.

Ja tu pracuję.

A ja jestem elektrykiem! Czy to znaczy, iż mam światło za darmo mieć? bekał ten od lanego piwa, którego kurtka już przeciekała do skarpet.

Albo płacimy, albo wysiadacie zarządziła konduktorka.

Na to, jak na sygnał, trolejbus stanął na światłach. Reszta pasażerów wybiegła, jakby zobaczyli ducha.

Mówię pani, iż mamy miesięczne! z głupkowato zadzianym uśmieszkiem proklamował najmniejszy.

Antek, na bazę! krzyknęła pani Zofia do kierowcy.

Ta, Antek, na bazę! ogłosili kpiąc chłopaki, wycierając wyimaginowane łzy teatralną gestykulacją.

Trolejbus zawraca, dźwięk jak z czołgu T-34, śmiechy ucichły po kilku sekundach, a najtrzeźwiejszy w końcu pyta:

A jak on się, do jasnej cholery, obrócił na środku ulicy po przewodach?

Reszta wzrusza tylko ramionami.

Machina pędzi, mija samochody, światła wewnątrz gasną. Tylko lampy z miasta i reklamy od czasu do czasu rozświetlają przerażone miny. Pani Zofia milczy, patrząc przed siebie. Ani śladu przystanku.

Hej! Kierowniku, gdzie nas wozisz?! krzyczy któryś.

Zero reakcji.

Halo! Proszę się zatrzymać, chcemy wysiąść! głosy już im drżą, ogarnia ich trzeźwiejący strach.

Nic.

Za oknem już tylko czarne pole, za szybą świecą reflektory. Telefonów nie ma zasięgu, internet odmawia współpracy, Facebook out. Nerwy puszczają, jeden z chłopaków rzuca się do konduktorki:

Pani wie, gdzie ja pracuję?! Jak mnie jutro w robocie nie będzie, to pani emeryturę może pożegnać!

I wtedy gaśnie światło z przodu.

Błagam! Ja muszę się do matury uczyć! piszczy najmłodszy.

Trolejbus sunie, huczy jak samolot. Chłopaki, już całkowicie wytrzeźwieni, wyrywają młoteczek bezpieczeństwa, tłuką butelkami w szyby, próbują otwierać drzwi-akordeony daremny trud.

W końcu pierwszy sięga po portfel:

Proszę, mam tu pięćdziesiąt złotych, choćby bez reszty, tylko wróćmy do Warszawy!

Pani Zofia ani drgnie. Modlitwy, przysięgi poprawy, łzy wszystko na nic. Pasażerowie docierają nad tajemnicze jezioro pod Łomiankami.

Gdzie my jesteśmy… szeptają spanikowani.

Utopią nas. szlocha najmłodszy.

Franek, ty ogarniasz sterowanie trolejbusem? Może weźmiemy ich z partyzanta? jęczy ktoś, ale Franek tylko kręci głową bezradnie.

Nagle drzwi frontowe się rozchylają, pani Zofia wychodzi na zewnątrz, a w kabinie miga światło. Chłopaki widzą cienisty kształt kobiety niosącej coś długiego.

Koniec. Strzelą nam w łeb i wrzucą do jeziora sapią, chowając głowy w kurtkach.

Wtem rozbłyska światło, a konduktorka wraca… ze szmatą i wiadrem.

Jak skończycie ścierać ściany to dam ścierki i pojedziecie do domu. Jakieś zastrzeżenia?

Wszyscy przeczą głowami, trzaskając zębami.

Noc była długa. Dwóch dymało z wiadrem po wodę, jeden kręcił szmatą, reszta rzucała brudną wodę do wielkiej bańki, która wyglądała, jakby już obsłużyła wielu takich nocnych bohaterów. Wyglądało na to, iż ten trolejbus nie pierwszy raz robi takie korepetycje…

Skończyli o świcie. Pojazd lśnił jak nowy choćby szyby aż błyszczały. Chłopaki, absolutnie wytrzeźwieli, pracowali w absolutnej ciszy i zgodzie. Pani Zofia skasowała im bilety, trolejbus ruszył do centrum, podrzucając buntowników po przystankach. Maszyna wróciła na swój codzienny kurs, gotowa powitać nowy dzień i nową porcję pasażerów.

Idź do oryginalnego materiału