I gdzie ona niby pójdzie, powiedz mi, Witek? Jacek poderwał głos jeszcze wyżej, ściskając solidny metalowy szpikulec, z którego tłusty tłuszcz kapał na rozżarzone węgle grilla. Kobieta, Witek… kobieta to jak samochód z wypożyczalni. Lejesz paliwo, płacisz OC, to jedzie, gdzie powiesz. A moja Gienia… ja ją “kupiłem” razem z duszą i ciałem dwanaście lat temu. Ja płacę, ja decyduję, rozumiesz? Wygodne. Żadnego własnego zdania, żadnego bólu głowy. Cud-miód i orzeszki.
Witek, stary kumpel Jacka jeszcze z uniwersytetu w Poznaniu, tylko chrząknął bez przekonania. Gienia stała przy uchylonym kuchennym oknie, z nożem w dłoni, krojąc pomidory na sałatkę. Sok sączył się po palcach, a w głowie dudniło jej to samouwielbione: “Ja płacę, ja zamawiam muzykę”.
Dwanaście lat. Przez dwanaście lat nie była po prostu żoną. Była jego cieniem, brudnopisem, poduszką powietrzną. Jacek, owszem, uważał się za profesora prawa, gwiazdę poznańskiej kancelarii. Wygrywał trudne sprawy, przynosił do domu grube koperty z pieniędzmi tysiącami złotych rzucanymi na komodę z miną zdobywcy.
Kiedy, zmęczony, zasypiał, Gienia po cichu zaglądała do jego teczki. Poprawiała mu dokumenty, nad którymi tygodniami głowił się bez efektu. Wyłapywała kompromitujące błędy, przepisywała koślawe akapity, wyszukiwała najnowsze przepisy, które zwykł przeoczyć przez swoje zadufanie. Rano niby mimochodem rzucała:
Jacku, przejrzałam jednym okiem. Może odwołasz się do kodeksu mieszkaniowego? Zaznaczyłam ci na żółto.
Prychał machnięciem dłoni:
Znowu te babskie rady. Dobra, zerknę.
Wieczorem wracał triumfatorski, ani razu przez dwanaście lat nie powiedział: “Dziękuję, Gienia, bez ciebie bym poległ”. Całym sercem wierzył, iż odkrycia to tylko jego dzieło. A Gienia? Przecież ona tylko rosół w domu gotuje.
Tamtego wieczoru na działce nie zrobiła afery, nie wybiegła na taras, nie przewróciła grilla. Po prostu skończyła kroić, dodała śmietanę, postawiła na stół. “Ty zamawiasz muzykę, tak? No to posłuchamy ciszy” pomyślała, patrząc, jak on żuje karkówkę, nie czując choćby smaku.
W poniedziałek rano Jacek kręcił się po mieszkaniu w nerwach, szukając szczęśliwego krawatu.
Gieniu, gdzie ten mój niebieski? Dziś spotkanie z deweloperem.
Z łazienki dobiegł chłodny, zadziwiająco spokojny ton:
Na drugiej półce w szafie.
Zamknęły się drzwi. Gienia nie dopiła kawy, nie oglądała porannego telewizora. Wygrzebała stary notes, znalazła numer do pana Borkowskiego, ich byłego szefa z kancelarii.
Halo, panie Borkowski? Tu Gienia, żona Jacka. Nie, nie wie, dzwonię w tajemnicy. Ma pan może etat w archiwum? Albo chociaż dla kogoś, kto lubi wyciągać sprawy z grobu?
Chwila ciszy. Pan Borkowski pamiętał Gienię. Jej prace dyplomowe, spostrzegawczość, ścisły umysł. Kiedyś, dwanaście lat temu, powiedział jej: “Źle, iż idziesz w kuchenne fartuchy, dziewczyno”.
Przyjeżdżaj odburknął w końcu. Mam sprawę nie do ruszenia. Jak ją rozgryziesz, przyjmuję cię od ręki.
Wieczorem Jacek wrócił do domu wybitnie nie w humorze. Deweloper był uparty, sprawa ślimaczyła się. Rzucił marynarkę na krzesło w przedpokoju, zawołał:
Gieniu, coś do jedzenia będzie? Mogę zjeść konia z kopytami. I, przy okazji, wyprasuj mi białą koszulę na jutro.
Cisza. W kuchni pusto i sterylnie. Na stole jedynie kartka: “Obiad w lodówce, pierogi mrożone. Jestem zmęczona”. Jacek zatkał się w progu.
W tym momencie zamek w drzwiach kliknął. Gienia weszła z teczką dokumentów, w eleganckim żakiecie tym samym, który widział ostatni raz na pasowaniu syna na ucznia pierwszej klasy i w szpilkach.
Gdzieś ty była? wykrztusił. A to za bal przebierańców?
W pracy, Jacku. U pana Borkowskiego, w archiwum twojej dawnej kancelarii. Zatrudnił mnie.
Zaśmiał się, ale był to śmiech jak zaciśnięte gardło:
Ty do pracy? Nie żartuj. Dwanaście lat siedzisz w domu. Zgarną cię tam w archiwum po trzech dniach, bo się zadusisz kurzem.
Pożyjemy, zobaczymy.
Nalała sobie wody.
I co, teraz mam żuć pierogi? Przecież ja tu zarabiam!
Teraz ja też zarabiam. Niedużo jeszcze, ale na pierogi starczy. Koszulę sam wyprasuj. Żelazko tam, gdzie od lat.
To był pierwszy sygnał. Jacek uznał, iż żona przechodzi kryzys wieku średniego: hormony, tamte sprawy. “Pobawi się tydzień, wróci do siebie”, myślał, połykając gumowe ciasto zimnych pierogów. “Zobaczy, jak to jest, znowu będzie moją Gienią”.
Minął tydzień, drugi. Kryzys nie mijał. Dom się zmieniał. Skarpetki przestały pojawiać się schowane w szufladzie, zaczęły lądować brudne w łazience. Kurz, którego dotąd nie zauważał, zalegał na półkach. Sam musiał prasować koszule i z przerażeniem odkrył, jak piekielnie trudne to zadanie. Raz fałdka, raz rękaw się zagina.
Gorsze było coś innego. Gienia przestała być żoną-otulaczem. Dotąd wracał, narzekał godzinami na świat, sędziów, klientów. Słuchała, kiwała, przynosiła miętową herbatę, a jej porady potem prezentował jako swoje. Teraz próbował zaczynać rozmowę:
Wyobrażasz sobie, ten Grabowski znów odrzucił pozew? Mówię mu
A Gienia nie podnosiła wzroku znad laptopa, w kuchni zawalonej kodeksami:
Jacku, ciszej. Jutro muszę ogarnąć starą sprawę o upadłość. Tam labirynt jak w Minotaurze.
Komu to twoje upadłości potrzebne?! wybuchał. Mi się sprawa pali!
Mnie moja praca potrzebna do szacunku do samej siebie.
Wściekał się. Czuł, iż grunt usuwa mu się spod nóg. Bez jej wieczornych konsultacji popełniał błędy niby drobne, a bolesne: spóźnione wnioski, przekręcone nazwiska. Przełożony krzywo się patrzył. Pan Borkowski na naradach groźnie marszczył brwi, najpierw patrzył na Jacka, po chwili przerzucał wzrok na Gienię i kiwał z uznaniem.
Okazało się, iż w trzy dni posprzątała archiwalny chaos. Znalazła dokumenty, które uznano za zagubione. Przenieśli ją z piwnic do głównej sali, posadzili naprzeciw młodego stażysty. Jacek widywał jej prostą, dumną sylwetkę codziennie. Patrzył, jak dziewczyna, która kiedyś niemal sunęła w kapciach, dumnie stuka obcasami.
Burza wybuchła miesiąc później. Kancelaria złapała tzw. złotego klienta Annę Marciniak, właścicielkę prywatnej sieci klinik. Kobietę o stalowym spojrzeniu i zerowej tolerancji na kompromisy. Toczyła spór z dawnym wspólnikiem, który chciał przejąć jej interes na podstawie rzekomo fałszywych papierów. Sprawę powierzono Jackowi miał się zrehabilitować.
Zjadę ich na śniadanie przechwalał się w domu, krojąc kiełbasę na stole, bo czysta deska się skończyła. Zamówię ekspertyzy, świadków, wygramy, Gienia. Dostanę premię, futro ci kupię. Może wrócisz do normalności?
Gienia bez słowa czytała dalej książkę.
Słyszysz mnie? szturchnął ją w ramię. Mówię, premia, futro! Może wtedy wrócisz
Zamknęła książkę, spojrzała długo i nieodgadnionym wzrokiem.
Nie chcę futra, Jacku. Chcę, żebyś przestał się puszyć. Marciniak nie znosi presji. To twardy stary wyga. Z nią trzeba gadać, nie walić młotkiem ekspertyz.
Dobrze, dobrze, domowy psycholog.
W dniu rozprawy w sali wisiała gęsta jak śmietana cisza. Anna Marciniak, starsza pani, niepozorna, z oczami lasera, siedziała na czele. Jacek przechadzał się, sypał prawniczym żargonem, machał wykresami.
Zamrozimy im konta! Zmusimy ich do kapitulacji!
Pan mnie nie słucha. Nie chcę nikogo niszczyć. Ten człowiek to mój chrześniak. Postępuje źle, ale nie chcę go posyłać za kratki. Chcę tylko odzyskać firmę i żeby mnie zostawił w spokoju. Bez sądu, bez prasy, w ciszy. Co pan mi proponuje?
Jacek się zakrztusił powietrzem.
Ale, pani Anno, inaczej się nie da! W sądzie nie można okazać słabości
Dziękuję panie Jacku, jest pan zdjęty ze sprawy odpaliła lodowato. Panie Borkowski, jestem rozczarowana. Myślałam, iż zatrudnia pan fachowców, nie tarany.
Pan Borkowski zbledł, bo strata takiego klienta to dziura w kasie na pół roku. Jacek zamarł, czerwony jak burak. W tej chwili drzwi się otworzyły. Weszła Gienia z tacą sekretarka się rozchorowała, więc poproszono młodszych pracowników o pomoc. Zobaczyła uciekającą Marciniak, panikę w oczach męża. Każda inna na jej miejscu się uśmiechnęłaby złośliwie. “Muzyka gra tańcz!”. Ale Gienia była profesjonalistką. Prawdziwy fachowiec, który w niej spał dwanaście lat, wreszcie się obudził.
Pani Anno.
Głos Gieni zabrzmiał cicho, ale stanowczo. Marciniak zatrzymała się przy drzwiach, choćby nie patrząc.
Przepraszam, tylko herbata z tymiankiem, tak jak pani lubi powiedziała Gienia. Ma pani rację co do chrześniaka. W 1998 roku była już podobna sprawa. Obyło się bez sądu, podpisano ugodę z klauzulą o milczeniu i przekazaniu udziałów w darowiźnie. Obie strony wyszły z twarzą.
Marciniak powoli się odwróciła. Wwierciła w nią wzrok.
Skąd pani wie? To była sprawa poufna.
Studiowałam archiwa odparła Gienia. Odstawiła tacę na stół, dłonie miała pewne.
I jeszcze jedno: weksle można podważyć nie przez ekspertyzę podpisu, a przez wadę formalną. Brakuje jednego wymaganego elementu. Techniczny szczegół, nie potrzeba prokuratora. Pani chrześniak zachowa wolność, pani firmę i spokój.
Zapadła cisza. Jacek patrzył na żonę, jakby nagle urosła jej druga głowa. O tym szczególe nie miał pojęcia. choćby nie przejrzał dokumentów.
Marciniak podeszła do stołu, usiadła.
Herbata z tymiankiem, tak? Po raz pierwszy się uśmiechnęła. Jej twarz na moment zmiękła. Niech pani naleje, kochana, i wytłumaczy mi ten szczegół formalny. A pan, kiwnęła Jackowi bez spojrzenia, niech siada i się uczy.
Przez dwie godziny królową sali była Gienia. Jacek tylko przekładał długopis. Słuchał, jak jego “wygodna” żona krok po kroku rozplątuje najtrudniejsze zagadnienia. Nie dominowała, słuchała, szukała kompromisów.
Gdy Marciniak podpisała umowę, pan Borkowski ściskał Gieni dłoń.
Pani Eugenio, od jutra zapraszam do gabinetu. Pora skończyć z archiwum.
Do domu wracali w milczeniu. W radiu leciała popowa muzyka. Jackowi ręce dygotały. Jego świat, poukładany i przewidywalny, runął. Z gruzów tej budowli stanęła przed nim kobieta mądra, silna, piękna. Najbardziej przerażające wiedział, iż taka była przez lata. Był tylko ślepy.
Weszli do mieszkania. Cicho, ciemno. Syn jeszcze w szkole. Jacek zdjął buty, przeszedł do kuchni, usiadł. Gienia wyszła się przebrać. Patrzył na własne dłonie. Czuł wstyd, palący wstyd. Nie za wtopy w negocjacjach każdemu się zdarza. Za tamte słowa: “Ja płacę”.
Gienia wróciła w domowych ubraniach, bez makijażu. Twarz zmęczona, ale oczy żywe. Otworzyła lodówkę, sięgnęła po jajka i bez słowa postawiła patelnię.
Gieniu…
Głos Jacka zadrżał. Nie odwróciła się, rozbijała jajka o brzeg patelni.
Daj, ja zrobię.
Zerwał się niezdarnie, chcąc przejąć szpatułkę.
Zostaw, usiądź, zmęczona jesteś.
Puściła szpatułkę, usiadła do stołu, patrząc, jak próbuje przewrócić jajko, jak rozlewa żółtko i klnie pod nosem. Podał jej rozlatującą się, przypaloną jajecznicę. Może nie piękną, ale własną robotą.
Przepraszam… wyjąkał, wpatrzony w stół.
Gienia wzięła widelec.
Ale jajecznica wygląda zjadliwie.
Wiesz… zrozumiałem dziś. Ty mnie ratowałaś. Nie tylko dzisiaj. Przez lata. Byłem ślepy i zarozumiały.
Podniósł na nią oczy. W nich był lęk. Lęk, iż teraz ona pójdzie, bo ma już pracę, szacunek u szefa, własne pieniądze. Już od niego nie zależy.
Nie odejdę, Jacku odpowiedziała na jego nieme pytanie. Jeszcze nie. Mamy tyle wspólnego poza majątkiem. Jednak reguły się zmieniają.
Jak? Co mam robić?
Szanuj mnie.
Odgryzła kęs chleba.
Tylko tyle. Nie jestem z jedwabiu, jestem człowiekiem. I partnerem. W domu i w pracy. Podział obowiązków po równo. Nie “pomogłem żonie”, tylko zrobiłem swoje. Rozumiesz?
Tak skinął.
I to była prawda.
To jemy? Uśmiechnął się i chwycił za widelec.
Jajecznica była za słona, spalona, ale od dawna nie jadł niczego bardziej sycącego. Bo tej kolacji nie dostał “w usłudze”. To była kolacja partnerów.











