Kiedy zobaczyłem zapowiedź Talking Flower, w mojej głowie pojawiło się jedno pytanie: „Co to jest?”. Gdy pojawiła się możliwość przetestowania sprzętu, zgłosiłem się bez wahania. Ciekawość była zbyt duża. Spędziłem z gadającym kwiatkiem kilka dni i teraz mam inne pytanie: „Dla kogo to adekwatnie jest?”.
Zacznijmy jednak od samego urządzenia. Talking Flower jest dokładnie tym, co sugeruje nazwa. To figurka w kształcie kwiatu znanego z serii Super Mario Bros. Fani gier Nintendo na pewno kojarzą tę charakterystyczną roślinę. Niestety nie pozwala ona miotać ognistych kul, ale oferuje kilka innych funkcji.
Zobacz również: Xiaomi Redmi Note 15 Pro 5G – recenzja sprzętu. Przyjemność dla oka

Podstawą działania jest odtwarzanie nagranych komunikatów głosowych. Kwiatek robi to losowo lub po naciśnięciu przycisku umieszczonego z przodu. Informuje nas też, kiedy wybija pełna godzina. Baza dźwięków obejmuje około 30 krótkich nagrań. To proste zdania, które wyraźnie kierowane są do młodszych odbiorców. Zabawka potrafi zapytać, czy odrobiliśmy lekcje, albo przypomnieć o zjedzeniu warzyw.
Nie da się ukryć, iż całość jest urocza. Wygląd i głos sprawiają, iż kwiatek budzi sympatię. Niektóre teksty faktycznie potrafią wywołać uśmiech. Problem pojawia się jednak bardzo szybko. Niewielka liczba nagrań sprawia, iż gwałtownie zaczynają się powtarzać. Po kilku dniach robią się zwyczajnie męczące. Dzieci mogą się tym gwałtownie znudzić, a dorośli kolekcjonerzy prawdopodobnie po krótkim czasie wyłączą urządzenie i postawią je na półce.
Teoretycznie Talking Flower może pełnić funkcję budzika. Podczas konfiguracji ustawiamy godzinę pobudki. W praktyce działa to jednak bardzo słabo. Alarm to jedno krótkie zdanie wypowiedziane tylko raz. Co gorsza, jest bardzo ciche. Urządzenie nie oferuje regulacji głośności. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której taki budzik faktycznie kogoś obudzi. Jedyną opcją jest ustawienie go tuż przy uchu, ale choćby wtedy nie ma gwarancji skuteczności.
Zobacz również: Mysz Turtle Beach Burst II Pro – recenzja sprzętu

Pod względem wykonania sprzęt wypada znacznie lepiej. Plastik jest twardy i sprawia wrażenie solidnego. Kolory są żywe i dobrze odwzorowane. Panel konfiguracji oraz miejsce na baterie ukryto pod pokrywką stylizowaną na doniczkę. Ten drobny detal dobrze wpisuje się w całość projektu.
Do działania potrzebne są dwie baterie AA, których nie znajdziemy w zestawie. To jednak nie koniec utrudnień. Aby je włożyć, trzeba odkręcić małą śrubkę. Wymaga to śrubokrętu krzyżakowego, którego również nie dostajemy. Sama śrubka jest bardzo mała, więc standardowe narzędzia średnio się tu sprawdzają. Cały proces jest niepotrzebnie uciążliwy. Już na starcie trzeba się trochę napracować, żeby w ogóle uruchomić urządzenie.
Po włączeniu wybieramy jeden z sześciu dostępnych języków. W moim przypadku był to angielski. Niestety Nintendo nie zdecydowało się na dodanie języka polskiego. To spore rozczarowanie, biorąc pod uwagę dostępność produktu na naszym rynku. Następnie ustawiamy godzinę oraz pory snu i pobudki. I na tym w zasadzie kończy się konfiguracja.
Zobacz również: Super Mario Galaxy 1+2 – recenzja gry. O Nintendo słów kilka
Wracając do pytania z początku – dla kogo jest Talking Flower? Trudno wskazać jedną konkretną grupę. Jako zabawka ma pewien potencjał, ale gwałtownie się nudzi przez ograniczone możliwości. Jako budzik nie spełnia swojej funkcji. W roli elementu kolekcjonerskiego prezentuje się dobrze, ale raczej będzie stał wyłączony.
To raczej ciekawostka dla fanów Nintendo albo pomysł na prezent dla młodszego gracza. Problem w tym, iż zarówno jedni, jak i drudzy mogą gwałtownie o nim zapomnieć. Talking Flower pozostaje sympatycznym gadżetem, ale niczym więcej.
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z firmą Nintendo. Dziękujemy!
Fot. główna i inne grafiki użyte w artykule pochodzą z materiałów promocyjnych Nintendo














