Nazywam się Ewa Górecka i od dwudziestu trzech lat prowadzę kiosk przy dworcu w Radomiu, tuż pod wiaduktem, gdzie zawsze pachnie kawą z automatu i mokrym asfaltem. Widzę stąd wszystko — kto przyjeżdża, kto ucieka, kto czeka na kogoś, kto nigdy nie przyjdzie. Tamtego dnia, w połowie kwietnia, sprzedawałam bilety komunikacji miejskiej i obserwowałam kobietę w eleganckim płaszczu, która rozmawiała z Krystyną spod filaru.
Krystynę znałam z widzenia — nocowała na dworcu odkąd zabrakło jej mieszkania po rozwodzie, ze dwa lata temu. Miała zawsze tę samą sfatygowaną torbę w kratkę i termos po żurku, który ktoś jej kiedyś podarował. A ta druga, w płaszczu koloru butelkowej zieleni, w szpilkach nieprzystosowanych do dworcowej kostki brukowej — to była Alicja Wardęga, żona miejscowego dentysty, człowieka, który od piętnastu lat leczył mi zęby w gabinecie przy ulicy Focha.
Nie podsłuchiwałam specjalnie. Ale kiedy ktoś stoi metr od twojego okienka i mówi głośno, trudno nie usłyszeć.
— Pojedzie pani ze mną, prawda? — pytała Alicja, a w jej głosie było coś twardego, jakby już dawno postanowiła, iż nie przyjmie odmowy. — Będzie pani miała dach nad głową, ciepły posiłek, wszystko urządzone. Musi pani tylko podpisać jeden dokument u notariusza.
Krystyna wzruszała ramionami, ale poszła.
Dwa dni później zjawiły się znowu, tym razem wracały od strony ratusza, gdzie mieści się kancelaria notarialna pana Zielińskiego — znam go, bo jego syn kupuje u mnie codziennie *Fakt* i papierosy. Alicja szła żwawym krokiem, jakby zdjęła z siebie jakiś ciężar. Krystyna niosła nową, wciąż z metką, torbę na kółkach.
Dowiedziałam się reszty od Basi, sprzątaczki z tego samego budynku co kancelaria — przychodzi do mnie po gazetę i kawę zbożową codziennie o szóstej rano. Alicja sprzedała Krystynie połowę udziału w kamienicy przy ulicy Traugutta, tej samej, w której mieszkała z mężem od osiemnastu lat. Za symboliczną kwotę — sto złotych, tak zapisano w akcie. W zamian Krystyna miała pomóc jej „załatwić parę formalności”.
— Ta pani chce się zemścić na mężu — powiedziała mi Basia, mieszając cukier w kubku. — Podobno ma kogoś młodszego. Wyjeżdża dziś wieczorem. A synka, ośmioletniego, zostawia mężowi. Razem z tą bezdomną kobietą pod jednym dachem.
Nie widziałam twarzy Piotra Wardęgi, kiedy żona postawiła przed nim walizkę syna i wepchnęła do przedpokoju obcą kobietę z termosem po żurku. Ale wiem, jak wyglądał wieczorem, bo wpadł do mnie po papierosy, których nie kupował od lat — rzucił palenie, kiedy urodził się syn.
— Pani Ewo, poproszę paczkę marlboro — powiedział, a ręce mu się trzęsły przy portfelu.
Nie pytałam. Podałam papierosy i resztę, i tyle.
Alicja poleciała tego samego wieczoru do Egiptu z jakimś mężczyzną, o którym mówiono, iż pracuje w salonie samochodowym przy obwodnicy — miał najwyżej trzydzieści lat, jeździł białym BMW, które codziennie parkował przy fontannie na rynku, dokładnie naprzeciwko okna gabinetu dentystycznego Wardęgi. To nie było przypadkowe. To było przedstawienie.
Przez trzy tygodnie nic się nie działo. Piotr przychodził po gazetę, kupował mleko w moim sklepiku, syn czasem szedł z nim za rękę do szkoły przy ulicy Kilińskiego. Krystyna zniknęła — podobno zamieszkała u siostrzenicy w Skarżysku, dostała jakąś pracę w pralni.
A potem Alicja wróciła.
Widziałam ją, kiedy wysiadała z taksówki przed dworcem, walizka na kółkach turkotała po kostce brukowej, opalenizna już zaczynała schodzić, twarz miała ściągniętą — inną niż tamtego kwietniowego popołudnia. Poszła prosto pod adres na Traugutta. Nie zatrzymała się choćby u mnie po papierosy.
Basia opowiedziała mi to później, bo akurat myła klatkę schodową w tej samej kamienicy.
Alicja nie mogła otworzyć drzwi swoim kluczem. Zamek był nowy. Zadzwoniła — otworzył jej Piotr, ale nie sam. Za jego plecami stała Krystyna, w fartuchu, z wałkiem do ciasta w ręku, jakby właśnie piekła szarlotkę. Syn siedział przy stole i odrabiał lekcje.
— To niemożliwe — powiedziała podobno Alicja, cofając się o krok. — Ona miała mi pomóc się rozwieść z tobą. Miała być na mojej połowie, przeciwko tobie.
Piotr, jak relacjonowała Basia, odpowiedział spokojnie, opierając się o framugę:
— Umowa mówiła, iż sprzedajesz jej połowę udziału. Nie mówiła nic, iż ma być twoim sojusznikiem. Ona po prostu zdecydowała, co zrobić z tym, co teraz do niej należy.
Okazało się, iż Krystyna, mając już papiery na współwłasność, poszła do adwokatki przy ulicy Żeromskiego, tej samej, u której ja sama byłam kiedyś w sprawie spadku po matce. Adwokatka wytłumaczyła jej, na co dokładnie ma prawo. A prawo miała do dużo więcej, niż się Alicji śniło.
Krystyna zaproponowała Piotrowi układ: ona pomoże mu wykupić jej udział ratami, zamieszka z nimi tymczasowo — bo i tak nie miała dokąd pójść — w zamian za drobną pomoc w domu i przy dziecku. Nie chciała zemsty na nikim. Chciała dachu i odrobiny godności, o które nikt jej wcześniej nie pytał.
Piotr się zgodził. Nie z litości — jak mówił potem Basi przy furtce — tylko dlatego, iż po raz pierwszy od miesięcy ktoś w tym domu robił coś zwyczajnego: gotował obiad, słuchał, jak syn recytuje wiersz na apel.
Alicja stała jeszcze chwilę na klatce, mówiła coś o „zdradzie", o tym, iż to jej dom, jej pieniądze poszły na remont dachu w dziewięćdziesiątym siódmym. Krystyna, podobno, odłożyła wałek, wytarła ręce w fartuch i powiedziała tylko jedno zdanie:
— Pani sprzedała. Ja kupiłam. Reszta to już nie pani sprawa.
Zamknęli drzwi.
Tydzień później Alicja przyszła do mnie do kiosku — pierwszy raz odkąd wróciła. Chciała papierosy, te same marlboro, których wcześniej nigdy nie kupowała. Ręce miała czerwone od zimna, bo zapomniała rękawiczek, choć był już listopad.
— Niech pani da całą paczkę — powiedziała, grzebiąc w portfelu, w którym, widziałam, zostało jej może trzydzieści złotych.
Zapłaciła, wzięła resztę, drobne monety wsunęła do kieszeni płaszcza, tego samego butelkowozielonego, teraz już wytartego na łokciach.
Nie powiedziałam nic. Podałam jej paczkę i tyle. To nie moja sprawa, co ludzie robią ze swoim życiem — ja tylko sprzedaję bilety i gazety, i patrzę, jak pociągi odjeżdżają i przyjeżdżają, dokładnie na czas albo z opóźnieniem, jedno i drugie się zdarza.












