Nieprzyjemny posmak – Koniec, nie będzie żadnego ślubu! – wykrzyknęła Marina. – Poczekaj, co się s…

polregion.pl 1 tydzień temu

Nieprzyjemny posmak

Koniec, żadnego ślubu nie będzie! wykrzyknęła Zuzanna.

Poczekaj, co się stało? zdezorientował się Tomasz. Przecież wszystko było okej!

Okej? roześmiała się gorzko Zuzanna. No jasne, okej. Po prostu zatrzymała się na chwilę, próbując wymyślić, jak to w ogóle ubrać w słowa, ale w końcu powiedziała szczerze twoje skarpety śmierdzą! Ja nie zamierzam tym oddychać do końca życia!

Tak mu powiedziałaś? zszokowana matka Zuzanny aż przysiadła, gdy córka oznajmiła, iż wycofuje wniosek. Niewiarygodne!

A dlaczego? wzruszyła ramionami niedoszła panna młoda. Przecież to prawda. Nie mów, iż sama tego nie zauważyłaś.

Oczywiście, iż zauważyłam zmieszała się mama ale przecież to żenujące. Myślałam, iż naprawdę go lubisz. To całkiem porządny chłopak. A skarpety? To można przecież ogarnąć.

W jaki sposób niby? Nauczyć go myć nogi? Zmieniać skarpety? Sprayem psiknąć? Mamo! Słyszysz siebie? Ja chciałam wyjść za mężczyznę, nie adoptować dorosłego chłopca!

No to po co zaszłaś tak daleko? Po co był ten wniosek do urzędu?

Akurat to twoja zasługa, mamusiu! Tomek to porządny, dobry chłopak. Bardzo mi się podoba czyje to były słowa? I te: Masz już dwadzieścia siedem lat, czas najwyższy, byś została żoną, żebym mogła w końcu być babcią! No co, mam rację?

Ale Zuzanno, nie sądziłam, iż jeszcze się wahasz. Myślałam, iż to już na poważnie odbiła piłeczkę mama i wiesz co, cieszę się, iż się dobrze zastanowiłaś i podjęłaś decyzję. Tylko kochanie, tekst o skarpetach trochę jednak przesadzony. Ty taka nie jesteś.

Właśnie dlatego tak powiedziałam, mamo. Żeby dotarło. Po polsku, czyli wprost. Żeby nie było już odwrotu…

***

Na początku Tomasz wydał się Zuzannie zabawny i trochę nieporadny. Wiecznie w tych samych jeansach i t-shircie, nie mądrzył się o Malczewskim, ale potrafił godzinami opowiadać o starych polskich filmach. W takich momentach jego oczy naprawdę błyszczały.

Z nim było lekko i spokojnie.

Właśnie za tym spokojem tęskniła Zuzanna, zmęczona burzliwymi związkami i wiecznym szukaniem tego jedynego.

Po dwóch miesiącach wspólnych wyjść do kina i na kawę Tomasz, czerwieniąc się, zaproponował:

Może wpadniesz do mnie? Nakarmię cię pierogami. Sam lepiłem!

To zaproszenie zabrzmiało tak swojsko, iż Zuzannie aż serce podskoczyło. A to sam lepiłem już w ogóle jej nieodwracalnie rozbroiło.

Jasne, zgodziła się…

***

Mieszkanie Tomka nie wzbudziło entuzjazmu Zuzanny.

Nie było tam syfu, ale wszystko wyglądało jak totalny chaos, bez wyraźnego pomysłu. Szare ściany bez tynku czy tapet, stary, starty tapczan z jednym wałkiem w roli poduszki. Na podłodze stosy: pudełka, książki, gazety z PRL-u. W samym środku para adidasów. Do tego ten zaduch, mieszanka kurzu i czegoś nieokreślonego.

Pokój przypominał bardziej poczekalnię PKP niż miejsce do życia.

No i jak ci się podoba moja twierdza? Tomek rozłożył ręce bez cienia zażenowania. Był z siebie dumny! Naprawdę nie dostrzegał nic niepokojącego.

Zuzanna przykręciła sztuczny uśmiech no bo lubiła Tomka, a kłótni nie chciała.

Wylądowali w kuchni. Tam było jeszcze lepiej: stół pokryty delikatną warstwą kurzu. W zlewie sterty brudnych talerzy, kubki z ciemnym obrączkami. Na kuchence garnek po licznych przejściach. Spojrzenie Zuzanny zatrzymało się na czajniku.

Ciekawe pomyślała jaki on miał kiedyś kolor?

Humor siadł jej momentalnie.

Zuzanna zerkała na Tomka, który z zaangażowaniem coś opowiadał, próbując ją rozbawić. Ale gdy podał jej talerz z pierogami, stanowczo odmówiła, powołując się na dietę…

O jedzeniu czegokolwiek z tej kuchni choćby nie było mowy.

W domu Zuzanna przeanalizowała ten wieczór u Tomka.

Wszystkie te drobiazgi wydają się błahe, no bo mieszka sam chłopak, nie ogarnia domowych tematów, i co z tego?

Ale za tym nieporządkiem Zuzanna zobaczyła coś znacznie większego i trudnego do pojęcia: jak można tak żyć? I nie chodziło tylko o lenistwo i zmywanie talerza. To było bardziej przerażające dla niego to po prostu normalność!

Pozostał taki nieprzyjemny posmak…

***

Potem Tomasz przyjechał do Zuzanny. Oficjalnie się oświadczył. choćby wręczył pierścionek. Poszli złożyć zgłoszenie. Rodzice zaczęli planować wesele.

Bycie narzeczoną jest miłe. Ale kiedy Zuzanna zostawała sama, myślała o Tomku, który próbował dla niej coś przyjemnego zrobić, lepił swoje pierogi i opowiadał dowcipy, przed oczami stawał jej czajnik nieznanego koloru!

I Zuzanna rozumiała: to nie jest tylko czajnik. To dowód! To mówi wszystko o jego podejściu do życia. Do domu. Do siebie. I, pewnie, do niej.

Pewnego razu wyobraziła sobie ich wspólny poranek i zbladła.

Obudzi się, wejdzie do kuchni a tam niedopity kompot i okruchy chleba. Powie: Kochanie, posprzątaj, proszę, a on spojrzy zdziwiony, jak wtedy na swoje mieszkanie, i choćby nie załapie, o co chodzi. Nie nakrzyczy, nie będzie protestował. Po prostu… nie zrozumie. I Zuzanna codziennie będzie tłumaczyć, sprzątać, przypominać. A jej miłość będzie się wykruszać od tysiąca drobnych, dla niego niewidzialnych ukłuć.

A mama tak się cieszyła z zamążpójścia…

***

Wyszła za mąż…

Wszystka czułość i lekkość, jaka była przy Tomku, nagle rozpłynęła się, pozostawiając ciężką galaretę niepokoju.

Zuza, pytał Tomasz niemal codziennie, niepokojąc się u nas wszystko dobrze? Przecież się kochamy?

Jasne odpowiadała, czując, iż coś jej pęka w środku.

W końcu nie wytrzymała i poszła pogadać z przyjaciółką, wylała wszystkie swoje lęki.

I co z tego? nie mogła pojąć i mocno się zdziwiła Kasia. Kurz, czajnik Mój Michał zostawia po sobie Sajgon w kuchni i choćby nie zauważa! Faceci nie widzą takich szczegółów!

Właśnie! Oni tego nie widzą szepnęła Zuzanna. I Twój Michał nigdy nie zobaczy. A ja widzę. Całe życie! I to mnie będzie powoli wykańczać!

***

Nie, nie obwiniała Tomka. Był szczery. Nie próbował jej oszukać. Po prostu żył w innej rzeczywistości. W świecie, gdzie brudny talerz w zlewie jest normą. A dla niej to sygnał: totalne niezrozumienie i obojętność.

Rozumiała, iż nie chodzi choćby o czystość. Chodzi o to, iż patrzą na rzeczywistość zupełnie inaczej. Pęknięcie, które pojawiło się w jej głowie, z czasem zmieniłoby się w wielką przepaść między nimi.

Lepiej przerwać to teraz, niż za parę lat skończyć na dnie tej przepaści, gdy już będzie za późno.

Pozostało tylko znaleźć moment…

***

Zuzannę i Tomka zaproszono na domówkę.

Przyszli, w przedpokoju zdjęli buty

Przeszli do dużego pokoju

Okropny smród ciągnął się za nimi jak polski pociąg po remoncie torów.

Zuzanna nie od razu zorientowała się, skąd bierze się ten zapach.

A kiedy już pojęła i zobaczyła, iż wszyscy gości też to zauważyli zrobiło jej się tak wstyd, iż najchętniej schowałaby się pod stół. Nic nie mówiąc wybiegła do przedpokoju, gwałtownie założyła buty i zniknęła.

Tomasz rzucił się za nią. Dogonił. Złapał za rękę. Zuzanna odwróciła się i bez ceregieli wycedziła mu w twarz, niemal z wrogością:

Koniec! Nie będzie żadnego ślubu!

***

Ślubu faktycznie nie było.

Zuzanna uważa, iż postąpiła słusznie i wcale tego nie żałuje.

A Tomasz

Do dzisiaj nie rozumie: adekwatnie, o co ta cała afera? No dobra skarpety śmierdzą! Przecież mógłby je w ogóle rzucić…

Idź do oryginalnego materiału