Pierwsza otworzyła drzwi Zuzanna. Stanęła w progu jak wryta. Z mieszkania dochodził głos telewizora, rozmowa w kuchni i dziwny, obcy zapach. Za jej plecami Paweł niemal wypuścił walizkę z rąk ze zdziwienia.
Cicho… szepnęła, wyciągając rękę, by go zatrzymać. Tam ktoś jest.
Na ich ukochanej, beżowej kanapie rozparło się dwoje obcych ludzi. Mężczyzna w dresach bezmyślnie przełączał kanały pilotem, obok siedziała korpulentna kobieta z drutami w dłoniach. Na stoliku: filiżanki, talerzyki z okruchami i jakieś lekarstwa.
Przepraszam, kim państwo są? głos Zuzanny wyraźnie drżał.
Nieznajomi spojrzeli na nich bez cienia zakłopotania.
A, przyjechaliście kobieta choćby nie odłożyła robótki. My jesteśmy rodziną Haliny. Dała nam klucze i powiedziała, iż właścicieli i tak nie będzie.
Paweł zbledł.
Jaka Halina?
Pani mama odezwał się mężczyzna, w końcu wstając. Przyjechaliśmy z Olsztyna, z Jankiem na badania. Halina powiedziała, iż możemy się tu zatrzymać, iż wam to nie przeszkadza.
Zuzanna powoli weszła do kuchni. Przy kuchence stał nastolatek, na oko piętnastoletni, smażąc parówki. Lodówka była wypchana cudzym jedzeniem. Na stole piętrzyły się brudne talerze.
A ty kto? wyszeptała.
Janek chłopak odwrócił się zaskoczony. A co, nie można zjeść? Babcia Halina mówiła, iż można.
Zuzanna wróciła do przedpokoju, gdzie Paweł już szukał telefonu.
Mamo, co ty wyrabiasz? jego głos był ledwo słyszalny, ale pełen gniewu.
W słuchawce odezwał się wesoły głos teściowej:
Pawelku, już wróciliście? Jak było na urlopie? Słuchaj, dałam klucze Steni, oni z Wiktorem przyjechali do Warszawy, muszą Janka do lekarza zawieźć. Przecież i tak was nie było, mieszkanie puste… szkoda, żeby stało. Oni tylko na tydzień.
Mamo, a pytałaś nas o zgodę?
A po co pytać? Was nie było. Najważniejsze, powiedz im, iż ja się za mieszkanie wstawiłam, żeby posprzątali po sobie.
Zuzanna wyrwała telefon z rąk męża:
Pani Halino, naprawdę? Wpuściła pani obcych ludzi do naszego mieszkania?
Ale jakich obcych? To moja cioteczna siostra Stenia! Przecież razem w jednej kołdrze sypiałyśmy jako dzieci.
A mnie co to obchodzi, z kim pani spała? To nasze mieszkanie!
Zuzanko, nie denerwuj się tak. Przecież rodzina! Cisi są, nie narozrabiają, Janek chory, pomóc im trzeba. Czy ty nie masz serca?
Paweł odebrał z powrotem telefon:
Mamo, masz godzinę, żeby ich stąd zabrać.
Ale Pawełek, oni mieli tu być do czwartku! Janek się musi zbadać, mieli już hotel opłacony, a ja im pieniądze chciałam zaoszczędzić…
Godzina. Albo dzwonię na policję.
Rozłączył się. Zuzanna opadła na pufę w korytarzu i zakryła twarz rękoma. Nierozpakowane walizki stały pod ścianą, w salonie warczał telewizor, w kuchni syczały parówki. Jeszcze dwie godziny temu w samolocie rozmarzeni myśleli o powrocie do domu, a teraz we własnym mieszkaniu czuli się jak nieproszeni goście.
Spakujemy się… kobieta z salonu zajrzała do przedpokoju z zakłopotanym wyrazem twarzy. Halinka nie wiedziała, iż się nie zgodzicie. Chcieliśmy zapytać, ale nie mieliśmy waszego numeru. Skoro Halinka zaproponowała i mówiliście, iż was nie będzie… Tydzień tylko, badania…
Paweł stał przy oknie, wbijając wzrok w dal. Zuzanna widziała jego napięte plecy. Tak stał zawsze, gdy złościł się na matkę, ale nie potrafił tego okazać.
A gdzie jest nasz kot? przypomniała sobie nagle.
Jaki kot?
Rudy, Burasek. Zostawiliśmy klucze, żeby go ktoś nakarmił!
Nie wiem… Stenia rozłożyła ręce. Nie widzieliśmy kota.
Zuzanna rzuciła się na poszukiwania. Znalazła kota upchanego pod łóżkiem w sypialni, skulonego w kącie, wystraszonego do granic możliwości. Jego futro stało na jeża. Gdy próbowała go wyjąć, tylko syknął i przewrócił uszy.
Burasku, skarbie, to ja… Już dobrze.
Kot patrzył na nią nieufnie. Pachniało obcymi ludźmi. Na jej szafce nocnej stały cudze lekarstwa, pościel była ułożona nie tak, jak zwykle, a na podłodze walały się jakieś kapcie.
Paweł kucnął obok niej:
Przepraszam.
Za co? Przecież nic nie wiedziałeś.
Za matkę. Że taka jest.
Ona uważa, iż ma rację.
Zawsze tak robi cedził przez zęby Paweł. Pamiętasz, jak się wprowadziliśmy? Przyjeżdżała bez zapowiedzi… Myślałem, iż zrozumiała. Ale nie.
Do przedpokoju dobiegły głosy. Przyjechała matka. Zuzanna poprawiła włosy, wstała i wyszła jej na spotkanie.
Halina Stępień weszła do mieszkania z urażoną miną:
Pawle, zwariowałeś?
Mamo, siadaj Paweł wskazał kuchnię.
Co siadaj? Stenia, Wiktor, pakujcie się, nas wyganiają, jedziemy do mnie!
Mamo, siadaj, powiedziałem.
Halina spojrzała na twarz syna i umilkła. W trójkę weszli do kuchni, Janek kończył jeść parówki.
Mamo Paweł usiadł naprzeciwko. Wytłumacz mi, jak pomyślałaś, iż możesz bez pytania wpuścić kogoś do naszego mieszkania?
Chciałam pomóc! Stenia płakała, iż Janek chory, do Warszawy muszą na leczenie, hotel drogi… Pomyślałam, iż u was pusto.
Ale to nie jest twoje mieszkanie.
Paweł… jak nie moje? Mam klucze.
Klucze są po to, żeby nakarmić kota, nie prowadzić hotel.
Ale to rodzina! Stenia, moja siostra, Wiktor porządny człowiek, Janek chory… a ty ich wyrzucasz na ulicę?
Zuzanna nalała sobie wody, ręce jej drżały.
Pani Halino, nie zapytała nas pani o zgodę.
A po co pytać, jak was nie było!
Właśnie dlatego należało spytać Paweł podniósł głos. Mamy telefony. Można zadzwonić, napisać, zapytać. Podjęlibyśmy decyzję.
I co byście zdecydowali? Odmówilibyście?
Może. Może zgodzili, ale na własnych zasadach, wiedząc o wszystkim! To nazywa się szacunek.
Halina wstała:
Zawsze tak… staram się dla was, a wy tylko mi wypominacie. Stenia, pakuj się, jedziemy do mnie.
Ale u ciebie kawalerka, mówiłaś, iż się nie zmieścimy.
Zmieścimy się. Byle z daleka od niewdzięcznych.
Zuzanna odstawiła szklankę:
Pani Halino, proszę się zatrzymać. Dobrze wie pani, iż to było nie w porządku wobec nas. Inaczej zadzwoniłaby pani przed faktem.
Teściowa zesztywniała.
Wiedziała pani, iż się nie zgodzimy. Dlatego postawiła nas pani przed faktem dokonanym myślała pani, przyjedziemy, a tu już goście, a my się dostosujemy. Tak?
Chciałam dobrze.
Nie. Chciała pani po swojemu.
Halina wyglądała na pierwszy raz na zdezorientowaną.
Stenia płakała, Janek cierpiał… żal mi ich było.
To oczywiste odezwał się Paweł. Ale nie mogłaś rozporządzać cudzym mieszkaniem. Wyobraź sobie, iż ja wpuściłbym do twojej kawalerki znajomych bez Twojej zgody podczas twojej nieobecności. Co byś poczuła?
Byłabym wściekła.
No właśnie.
Zapadła cisza. Z salonu dochodziło pakowanie walizek, Stenia płakała, Wiktor krzątał się po pokoju. Janek stanął w drzwiach kuchni, wzrok wbity w podłogę.
Przepraszam… wymamrotał chłopak. Myślałem, iż wolno. Babcia powiedziała…
Zuzanna podeszła bliżej. Zwykły, zmieszany, przestraszony dzieciak. Winni byli dorośli.
Ty niczemu nie jesteś winien powiedziała cicho. Idź, pomóż rodzicom.
Halina wyciągnęła chusteczkę i otarła oczy:
Wydawało mi się, iż robię dobrze. Nienormalnym mi było zapytać… Przecież dla was zawsze chciałam najlepiej…
Mamo, mamy już po trzydzieści lat. Mamy swoje życie.
Rozumiem teściowa wstała. Zostawić klucze?
Zostaw Zuzanna kiwnęła głową. Przykro mi, ale zaufanie zostało nadszarpnięte.
Rozumiem.
Rodzina Steni spakowała się szybko. Długo, niezręcznie przepraszali. Halina zabrała ich do siebie, obiecując jakoś się zmieścić. Paweł wyprowadził ich za drzwi, po czym oparł się o nie plecami.
Chodzili bez słowa po mieszkaniu. Trzeba było zmienić pościel, wyjąć cudzą żywność z lodówki, posprzątać naczynia. Wszędzie ślady cudzej obecności: przestawione rzeczy, okruchy, brudne kubki, przesunięte fotele. Burasek ciągle siedział pod łóżkiem i nie chciał wyjść.
Myślisz, iż mama to zrozumiała? zapytała Zuzanna, otwierając okno w kuchni.
Nie wiem. Chciałbym wierzyć.
A jeżeli nie?
To już nigdy nie pozwolę się tak traktować.
Objęła go. Stali pośród bałaganu, we własnym mieszkaniu, próbując odzyskać dawne poczucie bezpieczeństwa.
Najbardziej mi szkoda kota Zuzanna oderwała się. Przez niego zostawiliśmy klucze. A on cały czas tu siedział głodny i przestraszony.
Myślisz, iż ktoś go nakarmił?
Sądzę, iż nie. Miska pusta, woda brudna. Zapomnieli chyba o nim…
Paweł przykucnął przy łóżku:
Burasku, przepraszam, stary przyjacielu. Już nigdy nie oddam kluczy mamie.
Kot nieufnie wystawił łebek, powoli wyskoczył i otarł się o nogi właściciela. Zuzanna przyniosła mu jedzenie, na które rzucił się łapczywie.
Zaczęli porządki: usunęli cudze jedzenie, zmienili pościel, umyli naczynia. Burasek najadł się i zwinął w kulkę na parapecie. Krok po kroku mieszkanie wracało do normy.
Wieczorem zadzwoniła Halina. Jej głos był cichy, pełen skruchy:
Pawle, zastanowiłam się… miałeś rację. Przepraszam.
Dziękuję, mamo.
Zuzanna bardzo się na mnie gniewa?
Spojrzał na żonę, ona tylko skinęła głową:
Gniewa się, ale z czasem wybaczy.
Po rozmowie siedzieli długo przy stole, pijąc herbatę w milczeniu. Za oknem zapadał zmierzch. Mieszkanie znów było czyste, ciche, należało do nich. Urlop skończył się nagle i brutalnie.










