Nieproszeni goście w naszym mieszkaniu – czyli jak po powrocie z wakacji zastaliśmy obcych w salonie, zjedzoną lodówkę, zapłakanego kota i rodzinny konflikt o klucze od mamy

twojacena.pl 1 godzina temu

To ja Ci muszę opowiedzieć, co się nam przydarzyło po powrocie z wakacji, bo sama do tej pory nie mogę uwierzyć! Wyobraź sobie, iż pierwsza przekręcam klucz w drzwiach i aż mnie wmurowało. Z mieszkania słychać telewizor, ktoś rozmawia w kuchni, w powietrzu obcy zapach. Michał za mną ledwo walizki utrzymał, tak go zaskoczyło.

Cicho szepczę do niego i wyciągam rękę, żeby się nie pchał. Tam ktoś jest!

Na naszej kanapie, tej beżowej, co ją tak lubimy, rozparły się dwie obce osoby. Facet w dresie zmienia kanały, obok niego siedzi pulchna kobieta z robótką na drutach. Na stoliku kubki, rozsypane okruchy, jakieś leki leżą.

Przepraszam ale kim państwo są? głos mi drży.

A oni choćby się nie speszyli.

O, już wróciliście kobieta choćby nie odłożyła drutów My jesteśmy rodziną Janiny. Dała nam klucze, mówiła, iż gospodarzy nie ma.

Michał zbielał na twarzy.

Jaka Janina?

No wasza mama facet wstał wreszcie z kanapy. Przyjechaliśmy z Poznania na badania z Antkiem. Janina nas tu ulokowała, powiedziała, iż nie będziecie mieli nic przeciwko.

Przechodzę do kuchni, a tam nastolatek, z piętnaście lat, smaży kiełbaski na patelni. Lodówka cała zapchana jakimś jedzeniem, stół zawalony brudnymi naczyniami.

A ty kto? pytam już totalnie rozbita.

Antek odwraca się do mnie chłopak. A co, nie można zjeść? Babcia Janina pozwoliła.

Wracam na przedpokój. Michał już coś tam grzebie w telefonie.

Mama, co ty wyrabiasz? mówi tak cicho, ale groźnie.

A w słuchawce od razu wesoły głos teściowej:

Michaś, już wróciliście? Jak było na wakacjach? Ja dałam klucze Kasi i Markowi, przyjechali do Warszawy, Antka do lekarzy prowadzić. Myślałam, iż i tak was nie ma, to po co ma się mieszkanie marnować? Oni tylko na tydzień.

Mamo a zapytałaś nas?

A po co pytać? Przecież was nie było. Tylko powiedz im, iż ja się za mieszkanie rozliczam i niech po sobie posprzątają.

Wyrwałam Michałowi telefon z ręki:

Pani Janino, czy pani jest poważna? Wpuściła pani obcych ludzi do NASZEGO mieszkania?

Jakich obcych! Kasia to moja siostra cioteczna! Od dzieciństwa razem spałyśmy na jednym tapczanie!

A mnie to obchodzi, z kim pani spała w dzieciństwie? To nasz dom!

Oj Haniu, nie gorączkuj się, rodzina przecież. Oni są cisi, niczego nie zniszczą, chłopak chory, musieliśmy im pomóc. Chyba nie jesteś taka sknera?

Michał zabrał z powrotem telefon:

Mamo, za godzinę przyjedziesz i zabierzesz ich wszystkich.

Michaś, ale oni do czwartku tu mieli być! Antek ma badania, konsultacje. Oszczędziłam im pieniądze na hotel.

Mamo, masz godzinę. Jak nie przyjedziesz wzywam policję.

Rozłączył się. Usiadłam na pufie w przedpokoju i schowałam twarz w dłoniach. Walizki nieodpakowane, z salonu telewizor, w kuchni tłucze się ktoś przy kiełbaskach. Dwie godziny temu, w samolocie, marzyłam, iż wrócimy nareszcie do siebie. Teraz mam wrażenie, iż jestem gościem we własnym domu.

Spakujemy się kobieta z salonu pojawiła się w korytarzu, skruszona. Janina myślała, iż nie będzie wam przeszkadzać. Sami byśmy zadzwonili, ale nie mieliśmy numeru. Janina zaproponowała i się zgodziliśmy. Chcieliśmy tylko tydzień pobyć, zaliczyć badania.

Michał stał przy oknie, cały napięty. Znałam ten grzbiet tak wygląda, jak się złości na matkę i nie wie, jak to wyrazić.

A gdzie nasz kot? nagle mnie olśniło.

Jaki kot?

Fredzio, rudy. Zostawiliśmy klucze właśnie przez niego.

Nie widzieliśmy żadnego kota Kasia tylko rozłożyła ręce.

Rzuciłam się szukać kota. Znalazłam go pod łóżkiem w naszej sypialni, skulony w kącie. Oczy jak spodki, futro nastroszone. Chciałam go wyciągnąć, to się na mnie syczy i uszy przykleja.

Fredziu, kochanie położyłam się na brzuchu, żeby lepiej go zobaczyć. To ja, już dobrze.

Patrzy podejrzliwie, bo wszędzie pachnie inaczej. Jeszcze na mojej szafce stoją jakieś obce leki, łóżko pościelone nie jak zwykle, na podłodze obce kapcie.

Michał klęknął obok:

Przepraszam.

Za co? Ty nic nie wiedziałeś.

Za mamę. Za jej zachowanie.

Ona i tak myśli, iż dobrze robi.

Zawsze taka była zaczął się denerwować. Pamiętasz, jak się tu wprowadziliśmy i co chwilę wpadała bez zapowiedzi? Myślałem, iż już wie, iż tak nie wolno. A jednak nie.

Z przedpokoju dało się słyszeć głosy. Przyjechała teściowa. Poprawiłam włosy, wzięłam głęboki oddech i wyszłam.

Janina stała w korytarzu, cała oburzona:

Michał, oszalałeś?

Usiądź, mamo Michał pokazał jej kuchnię.

Jakie usiądź? Kasia, Marek, zbierajcie się, nas wyganiają. Pojedziemy do mnie.

Mamo, usiądź, proszę.

Dopiero wtedy spojrzała synowi w twarz i zamilkła. Wszyscy razem przeszli do kuchni, Antek kończył właśnie kiełbaski.

Mamo Michał usiadł naprzeciw niej. Wytłumacz, jak w ogóle mogłaś pomyśleć, iż można kogoś wpuścić do naszego mieszkania bez pytania?

Przecież pomóc chciałam! Kasia dzwoniła, płakała, iż Antka boli, iż muszą do Warszawy, a nie mają gdzie spać. Wtedy wiedziałam, iż was nie ma. To co? Puste mieszkanie się marnuje?

Mamo, to nie twoje mieszkanie.

Jak to nie moje? Mam klucze przecież!

Tylko po to, by nakarmić kota. Nie po to, żeby robić tu hotel.

Michał, to przecież rodzina! Kasia to siostra, całe życie razem, Marek dobry człowiek, pracowity, Antek chory, pomóc mu trzeba, a ty na ulicę ich byś wysłał?

Trzęsły mi się ręce jak wzięłam szklankę z wodą.

Pani Janino, nie zapytała nas pani.

Po co pytać? Przecież was wtedy nie było!

Właśnie dlatego trzeba było zapytać! Michał podniósł głos. Mamy telefony, wszyscy osiągalni. Mogłaś zadzwonić, napisać, zapytać. Razem można coś ustalić.

A co byście ustalili? Odmówilibyście?

Może i tak. Może zgodzilibyśmy się na dwa dni, ale pod warunkiem, iż będziemy o tym wiedzieć. To się nazywa szacunek.

Janina wstała:

Zawsze tak. Staram się, pomagam, a potem mi to się wytyka. Kasia, zbieraj się, idziemy do mnie.

Ale mamo, masz kawalerkę, sama mówiłaś, iż w czwórkę się nie zmieścicie.

Zmieścimy się. Lepiej niż z niewdzięcznikami.

Odłożyłam szklankę:

Pani Janino, proszę się zatrzymać. Przecież dobrze wie pani, iż to nie było w porządku. Gdyby było, zadzwoniłaby pani do nas wcześniej.

Teściowa zamarła.

Wiedziała pani, iż będziemy przeciwni. Chciała nas pani postawić przed faktem dokonanym. Pomyślała pani: wrócą, tu już ludzie, co zrobią? Przemilczą tak?

Chciałam dobrze.

Nie. Chciała pani po swojemu. To coś innego.

Pierwszy raz widziałam ją tak zagubioną.

Kasia płakała, Antka bolało. Żal mi się ich zrobiło.

To zrozumiałe Michał przytaknął Ale to nie dawało ci prawa decydować za innych. A co byś powiedziała, jakbym to ja pod twoją nieobecność wpuścił swoich znajomych do twojego mieszkania, bez pytania?

Wściekłabym się.

No właśnie.

Zapanowała cisza. Z salonu było słychać pakowanie. Kasia łkała, Marek upychał rzeczy do toreb. Antek stał przy drzwiach kuchni i patrzył w podłogę.

Przepraszam mruknął chłopak. Myślałem, iż można. Babcia powiedziała.

Spojrzałam na niego. Zwykły chłopak, przestraszony, zagubiony. Przecież to nie jego wina.

To nie twoja wina, Antku powiedziałam zmęczonym głosem. Idź, pomóż rodzicom.

Janina otarła oczy chusteczką:

Naprawdę myślałam, iż robię dobrze. choćby mi do głowy nie przyszło zapytać. Dla was zawsze wszystko robiłam, myślałam, iż wy też

Nie jesteśmy już dziećmi, mamo. Oboje mamy po trzydzieści lat. Mamy własne życie.

Rozumiem teściowa wstała. Klucze zabieracie?

Tak, zabieramy przytaknęłam. Przykro mi, ale zaufanie utracone.

No wiem.

Kasia z rodziną zebrali się bardzo szybko, długo przepraszali przed wyjściem, Janina zabrała ich do siebie, obiecała się jakoś pomieścić. Michał, jak już zamknął za nimi drzwi, oparł się o nie plecami i ciężko westchnął.

Zaczęliśmy obchodzić mieszkanie. Pościel trzeba zmienić, lodówkę przejrzeć, porządek zrobić. Na każdym kroku ślady po innych ludziach jakieś rzeczy, przestawione meble, brudne talerze. Fredzio cały czas siedział pod łóżkiem i nie chciał wyjść.

Myślisz, iż mama coś zrozumiała? zapytałam, otwierając okno w kuchni.

Nie wiem. Chciałbym wierzyć, iż tak.

A jeżeli nie?

To będziemy bardziej stanowczy. Nie pozwolę, by jeszcze raz tak nas potraktowała.

Objęłam Michała; staliśmy tak, pośród tego bałaganu, który przestał być naszym domem.

Wiesz, co mnie najbardziej boli? odsunęłam się lekko. Ten kot. Tyle zachodu przez Fredzia, a on cały czas siedział głodny i przestraszony, podczas gdy tu taki cyrk był.

Pewnie go w ogóle nie karmili

Sądzę, iż nie. Miska pusta, woda brudna. Jakby o nim zapomnieli.

Michał ukląkł przy łóżku.

Fredziu, wybacz stary. Więcej kluczy mama nie dostanie.

Kot ostrożnie wyszedł, powąchał, rozpoznał gospodarzy i zaraz zaczął łasić się do Michała. Dałam mu jeść, rzucił się na miskę jakby nie jadł tydzień.

Padało sprzątanie: wyrzuciliśmy cudze żarcie z lodówki, zmieniliśmy pościel, umyliśmy gary. Fredzio najedzony zasnął na parapecie, zwinięty w kulkę. Powoli, mieszkanie znowu stawało się naszym domem.

Wieczorem zadzwoniła Janina. Głos cichutki, skruszony.

Michał, pomyślałam nad tym wszystkim. Miałeś rację. Przepraszam.

Dzięki, mamo.

Hania się na mnie gniewa?

Michał spojrzał na mnie, skinęłam głową:

Gniewa się. Ale wybaczy. Z czasem.

Długo potem siedzieliśmy razem w kuchni, piliśmy herbatę i milczeliśmy. Za oknem robiło się już szaro i cicho. Mieszkanie było czyste, spokojne, znowu tylko nasze. Wakacje skończyły się, aż za bardzo gwałtownie.

Idź do oryginalnego materiału